polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Pissed Jeans Honeys

Pissed Jeans
Honeys

Pissed Jeans to dobry zespół, ale Honeys to najgorsze wydawnictwo w ich dorobku.

Nie zrozumcie mnie źle - miejsce w historii PJ mają zaklepane. Byli w pierwszych szeregach "renesansu" punku, który miał miejsce w początkach poprzedniej dekady. Zawsze robili co najmniej solidną muzykę, czego nie można powiedzieć o większości zespołów rockowych w obecnych czasach. Jednak problem w tym, że Pissed Jeans nigdy nie mieli szczęścia, nawet biorąc pod uwagę przejście pod skrzydła Sub Pop. Tak Shallow jak i Hope For Men nie były wybitnymi albumami. Oba wydawnictwa zostały perfekcyjnie skontrowane przez dwa kolejne LP Clockcleaner (odpowiednio: Nevermind i Babylon Rules). Zresztą, nawet debiutancka siedmiocalówka Throbbing Organ nie broni się po latach tak jak, powiedzmy, The Glow Homostupids. Jakość pojawiła się dopiero przy okazji 7'' pt. Don’t Need Smoke to Make Myself Disappear. Nie znaczy to jednak, że wczesnym nagraniom Pissed Jeans nie należy się uwaga. Wręcz przeciwnie - od ultrazłośliwości i ciągłych prowokacji Clockcleaner oraz kretyn-punku Homostupids odróżniała ich relatywna zwyczajność. Kiedy John Sharkey deklamował teksty o klinikach aborcyjnych i podżegał publiczność do wzmożenia agresji, Matt Korvette z PJ skrzeczał kawałki o znudzeniu dziewczynami, podpisywaniu umów z telefonią komórkową i przeglądaniu starych albumów ze zdjęciami. Kiedy Clockcleaner grał kawałki Remo Voor i GG Allina, Pissed Jeans nie grali coverów wcale. PJ byli zawsze bardzo zachowawczy w ukazywaniu swych źródeł - z płyty na płytę ich granie miało coraz więcej wspólnego z ciężkim rockiem w stylu Melvins niż scum-punkiem, z którego wyrośli. Owszem, dawali bardzo dynamiczne koncerty z Korvette będącym znakomitym i dość nieprzewidywalnym frontmanem, ale nie były to szczyty kontrowersji.

Tu ponownie ujawnia się niefart zespołu - ich magnum opus, King of Jeans ukazał się dopiero w 2009 roku. Clockcleaner już dawno nie istniał, podobnie jak i Parts Uknown - label, na którym wydawali pierwsze płyty. Więcej - nie było już nawet części zespołów znacznie młodszych (np. Drunkdriver). Wspomniane odrodzenie scum- i weird-punku kończyło się, tak jak kończą się wszystkie mikrotrendy ostatnimi czasy. Album został przyjęty pozytywnie, ale uwagę publiczności i recenzentów zaprzątały już inne dźwięki (czyt. Animal Collective). Porządne gitarowe granie znów wróciło do undergroundu, a PJ zostali na powierzchni. Stali się mistrzami jednodrużynowej ligi.

Nie zmienia to oczywiście faktu, że King of Jeans to klasyk punk rocka ostatnich lat, stojący na piedestale obok Blood Visions, Exit Dreams, Philistine, Primary Colours i The Intern. Album praktycznie pozbawiony słabych momentów, okraszony perfekcyjną produkcją Alexa Newporta (znanego wcześniej z Fudge Tunnel). KoJ to moment, kiedy zespół zupełnie odkleja się od swoich korzeni i po raz pierwszy nagrywa s w o j ą muzykę, której nie da się tak łatwo porównać do nagrań innych zespołów i w efekcie spojrzeć nań nieprzychylnie. Od riffu "False Jesii pt.II", aż po doskonały sludge "Spent" i końcową narrację z "Goodbye (Hair)" - wszystko żarło ze sobą doskonale - brzmienie, teksty, wykonanie. Nawet towarzyszący teledysk i okładka płyty były znakomite.

Honeys zastaje zespół w jeszcze dziwniejszym miejscu niż poprzednio. Zespół obchodzi w tym roku dziesięciolecie co, jeśli chodzi o punk rock, przekłada się na eony. Muzycy nie kryją zmęczenia - na zeszłorocznym Offie Korvette otwarcie mówił, że zespół działa na zasadzie impetu. "Gdyby nie Sub Pop, zapewne by nas tu nie było", stwierdził. To, niestety, słychać.

Zacznę od pozytywów - po raz kolejny popis dał Newport. Płyta brzmi fantastycznie - jest naprawdę ciężka, momentami zespół przebija się przez ścianę feedbacku (vide: otwarcie "Chain Worker"). PJ nie brzmieli tak niechlujnie od czasu Shallow. Tempa są dość szybkie - długość kawałków rzadko przekracza trzy minuty. Znalazło się nawet miejsce dla półtoraminutowego przerywnika brzmiącego, jakby został popełniony przy włączonym czterościeżkowcu.

Z drugiej strony - zupełnie nie idzie za tym jakość materiału. Kawałki brzmią, jakby były odrzutami z sesji King of Jeans. Nie ma tu tak łatwo rozpoznawalnych riffów jak choćby "Dream Smotherer" lub "Pleasure Race". Znów da się wypunktować podobieństwa brzmieniowe, ale tym razem odniesienia są znacznie gorsze: "Romanticize Me" brzmi jakby został napisany przez Future of The Left (nie jest to zaletą), "You're Different" to praktycznie bezpośrednia zrzynka z Jesus Lizard, a skądinąd zabawny "Cat House" to riff i brzmienie QOTSA z okresu Songs For The Deaf. Zdarzają się też autoplagiaty: "Loubs" to po prostu gorsza muzycznie i tekstowo wersja "Lip Ring" z poprzedniej płyty. Tam, gdzie mieliśmy graniczący z fascynacją strach przed piercingiem, tutaj mamy opis fascynacji butami. Szokujące... Brak też wcześniejszego, łatwo rozpoznawalnego stoickiego humoru w tekstach Korvette. Zastąpiły go suche obserwacje nt. życia w obecnych czasach.

Otrzymujemy w ten sposób kawałki o randkowaniu przez Facebook, pracoholizmie, byciu dorosłym dzieckiem i wspomniany pean na cześć kobiecych butów. Sytuację nieco ratują niezłe kawałki otwierające płytę i umiejętne sekwencjonowanie całego albumu, ale to tylko makijaż. Maseczki upiększające to w takim graniu symptom wypalenia.

[Marek J Sawicki]