polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
LEMOLO THE KALEIDOSCOPE

LEMOLO
THE KALEIDOSCOPE

 

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem „Knives” – utwór otwierający album The Kaleidoscope doznałem dość konkretnego zakrzywienia czasoprzestrzeni. To było i wciąż jest pięciominutowe poruszające przeżycie z chwilą zwątpienia w tle. Anielski głos Meagan Grandall zamyka na długi moment bramy do realnego świata. Idealnie zbudowany nastrój, minimalizm instrumentów, które tylko towarzyszą wokalowi budują niesamowitą aurę, świetnie przechodząc wraz z pojawiającym się biciem bębnów od melancholii i zagubienia do poczucia rozkwitu i pewności siebie. Coraz intensywniejsza atmosfera wywołuje szybsze bicie serca dając sygnał, przypominając, że nasze żyły wciąż pulsują i dalej możemy odczuwać piękno doświadczeń, które niesie ze sobą życie. Ta jedna pozycja pochłania tyle energii, ile niejeden album w ogóle. 

Dopiero po jakimś czasie można skupić się na płycie jako całości. Okazuje się, że z każdym kolejnym odsłuchem, inne utwory zaczynają powoli wychodzić z cienia piorunującego, magicznego wstępu. Drugi w kolejności „Beautiful Night” to już regularna perkusja, pianino, chórki, a wraz z kolejnymi kompozycjami jest coraz bardziej kolorowo, przestrzennie, bogato. Kojące „Move me”, wzruszający „Letters”, melancholijny „Whale Song”. Każdego z nich charakteryzuje niepowtarzalny motyw oraz rozwinięcie. Nic nie powtarza się dwa razy. Po bardzo skocznym „Open Air” następuje oparty o niesamowitą postgrunge’ową dynamikę, upadający z sekundy na sekundę niczym wodospad „On Again, Off Again”. Dopełniające wokal chórki, transowy riff gitary, coraz intensywniejsze bębny po prostu hipnotyzują. Potem jest bardzo nastrojowo. „Tracing” to tylko śpiew i pianino. Następnie wybuchający „Who Loves”, podniosły „We felt the Fall” i kończący, cudownie flegmatyczny „The Wind”.

Minimalizm i atmosfera wydawnictwa pochłaniają słuchacza całkowicie. Lemolo udowadnia, że dream pop wcale nie musi być narcystyczny, zadufany czy przekombinowany. Do prawdy trudno wyjść z zachwytu, tym bardziej, że płyta jest autorstwa zaledwie dwóch osób. Z drugiej strony patrząc, to przecież reprezentantki sceny miasta Seatlle. I prawie wszystko wydaje się już jasne. Czarujący debiut.

 

[Dariusz Rybus]