polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
SOUNDGARDEN King Animal

SOUNDGARDEN
King Animal

Z dzisiejszej perspektywy nagrania tych najmniej grunge’owych wśród seattle’owskich tuzów lat 1990. bronią się najlepiej. Upływ czasu szczególnie dobrze zrobił ich ostatniej płycie, Down on the Upside, bardziej dwuznacznej i abstrakcyjnej niż wcześniejsze klasyki. Soundgarden „rozpadło” się po cichu, bez afer i przedawkowań, pozostawiając otwartym pytanie, jaki mógł być ich kolejny krok. King Animal, który ukazuje się w ponad dwa lata od pierwszych koncertów reaktywowanej grupy, takim krokiem nie jest. To zestaw utworów utkanych z najbardziej charakterystycznego abecadła grupy, lekko odświeżonego bardziej XXI-wieczną produkcją, a w drugiej połowie płyty przeplecionego lżejszymi wątkami, które Cornell z powodzeniem eksplorował na swojej pierwszej solowej płycie Euphoria Morning, zanim wpadło mu do głowy robienie piosenek do Bonda albo z Timbalandem. Z wyjątkiem zamykającego album, kapitalnego quasi-bluesowego, quasi-gospelowego „Rowing”, albo rolling-stonesowego „Attrition”, to przewidywalny album. Standardowo wyznaczany przez motoryczne riffy, w które Thayil (bądź co bądź jeden z najciekawszych gitarzystów Seattle, który przez ostatnie lata jeśli coś nagrywał, to gościnnie i sporadycznie) raz po raz wplata orientalne ornamenty; szorstko-melancholijny wokal Cornella operujący zestawieniami górnych i dolnych rejestrów; porządną sekcję rytmiczną Shepherd / Cameron, która rzadko wychodzi na pierwszy plan (choć gdy już to robi, np. w „Worse Dreams”, dostajemy jeden z lepszych numerów), ale kompozycyjnie odgrywa istotną rolę – i w przeszłości, i tutaj.

Mniej więcej do czasu pierwszej płyty Audioslave Cornell był jednym z moich ulubionych wokalistów, potem z roku na rok z coraz większym niedowierzaniem obserwowałem jego wyczyny i na szczęście na King Animal słychać, że w oryginalnym zespole wypada on najlepiej, choć dość tym razem jego melodie są raczej mało chwytliwe. Szkoda, że sięgając po pół akustyczne rozwiązania zespół przeplata tu utwór świetny utworem złym, marnując okazję do wykreowania klarownego, nowego oblicza. Gdyby taką płytą – trochę na siłę, trochę bez życia, nierówną – pożegnali się w 1996 roku, to przez następne -naście lat zapewne wracałbym do nich rzadziej. Ale to ciągle Soundgarden – jeśli się ten zespół lubi, to spokojnie można płyty posłuchać, zwłaszcza, że po wiosennym singlu „Live to Rise” można się było spodziewać gorszego albumu. To w sumie niepotrzebny album, ale jeśli ma być pretekstem do bardziej regularnej trasy koncertowej, to nie mam nic przeciwko, chętnie się na ich koncert znów wybiorę.

[Piotr Lewandowski]