polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
John Foxx & The Maths Evidence

John Foxx & The Maths
Evidence

W #35 Popupa napisałem: „I ten kobiecy wokal na koniec płyty jest jasnym zwieńczeniem, pozostawia całość w zawieszeniu, niczym napis „ciąg dalszy nastąpi“ na końcu filmu. Więc ja zaczynam czekać. Wierzę, że John Foxx i jego przyjaciele się dopiero rozkręcają, teraz jeszcze są w fazie ejtisowego rewiwalu i opisują teraźniejszość, ale jak nie wytracą tempa to za moment mogą wejść w nową fazę futuryzmu i wtedy zrobi się naprawdę ciekawie.“

Wkleiłem tutaj ten fragment recenzji poprzedniej płyty Johna Foxxa & The Maths The Shape of Things dlatego, bo moje oczekiwania się dokładnie spełniły. Po mniej więcej roku od poprzedniego wydawnictwa otrzymujemy zestaw, który jest dopełnieniem i zwieńczeniem trylogii. Jasne, nie wiemy czy to na pewno trylogia, czy takie było zamierzenie, ale wszelkie znaki na niebie i ziemi według mnie na to wskazują. Trzy płyty są połączone, wymieniają się watkami. I ta ostatnia część jest najbardziej futurologiczna, najbardziej oddalona od wyjściowej ejtisowej epoki, również najlepiej w sensie technicznym zrealizowana i nagrana, tak jakby kilkuletnia praca na koniec przyniosła takie efekty o jakie chodziło od samego początku, tylko trzeba było trochę poczekać. Cyzelowanie brzmień analogowych syntezatorów i drummaszyn do takiego stopnia, żeby zagrały w nieznany wcześniej sposób przyniosło wspaniałe rezultaty. Współpraca Johna Foxxa, pioniera elektro- i synth-popu z absolutnym frikiem wszystkiego co analogowe, ale o conajmniej pokolenie młodszym Benge wydaje się idealna. Każdy dał to co miał najlepszego - John niezwykłą charyzmę, idee i historię a Benge dogłębną wiedzę i kolekcję instrumentów, oraz znajomość nowoczesnych technik nagraniowych. Z tym albumem jest tak, że pierwsze co zwraca uwagę to fakt, że jest to wszystko fantastycznie nagrane, bez wątpienia mogę powiedzieć, że tak dokładnie nagranych starych drummaszyn nie słyszałem jeszcze nigdy, a w kwestii selektywności analogowego dźwięku to być może jedynie tegoroczna płyta VCMG podobnego poziomu dotyka. Jednak Foxx i Benge nie dysponują takim budżetem jak panowie Clark i Gore, więc uważam, że to właśnie oni poszli o wiele dalej w swoich poszukiwaniach.

Drugie co na tej płycie zwraca uwagę to nietypowa konstrukcja albumu - trochę jak w tytule - ewidencja, zestaw dowodów rzeczowych, mniej lub bardziej powiązanych ze sobą często krótkich i wydawałoby się oderwanych od siebie fragmentów, urwanych tropów, zmyłek i zatartych śladów. Ale w skali całości to właśnie buduje dodatkową warstwę nowoczesności, wrzuca wszystko w pewnym sensie na random oraz tempo i dopiero po kilku przesłuchaniach zauważamy w tym szaleństwie precyzyjną metodę. Ten zabieg wzmaga także soundtrackowość muzyki, wiele fragmentów aż prosi się o dopełnienie filmem, choć nasz umysł jest wystarczająco stymulowany, żeby wyświetlić sobie swoje własne, prywatne wyobrażenie. Eklektyzm kompozycji jest pod pełną kontrolą, od kraftwerkowych mikrofragmentów po celtyckie, tak właśnie, poświaty, coś jakby w jednym filmie akcja działa się gdzieś pomiędzy Blade Runnerem w czarnobiałej wersji, albo Do utraty tchu w wersji 3D a Braveheartem i najnowszym „szkockim“ Bondem. Dużo tego? Tak i jest to dobre. Dużo jest tutaj także gości, którzy dodają niejednoznaczności muzyce - od stałych już udziałowców Tary Busch i Matthew Deara po nowych tutaj Gazelle Twin i Soft Moon. Są aktorami w tej opowieści reżyserowanej przez pana fantastycznego Foxxa.

Innym bardzo ważnym elementem jest bas - wczesne płyty Johna nie były basowe, przynajmniej w nagraniu, bo technika nagraniowa na to wtedy jeszcze nie pozwalała, niskie i wysokie ciągle były poza pasmem. Teraz nie ma z tym większych problemów, ale każdy pracujący w studio wie, że i tak nagrać dobrze i czysto bas, tak żeby nie rozwalił głośników nie jest prosto, choć jest masa specjalnych gadżetów to ułatwiających. To co na Evidence panownie osiągnęli jest w tym kontekście mistrzostwem, dodatkowo poziom basu wzmocniony jest krystalicznym ujęciem wysokich dźwięków w kilku momentach, odważę się nawet powiedzieć, że tak dobrze nagranych analogowych talerzy i hihatów wcześniej chyba nie słyszałem. Nad tymi zagadnieniami pracowali od ich pierwszej wspólnej płyty Interplay i z każdym krokiem byli coraz bliżej ideału. Posłuchajcie chociażby „That Sudden Switch“, „Talk“ albo „My Town“.

Na nowym albumie oczywiście daje się znaleźć nawiązania do klasycznych pionierskich płyt Foxxa, ale to oczywiste, że pracuje po to, żeby do nich nawiązywać, ale nie jest to podstawową płaszczyzną porozumienia ze słuchaczem. Dla mnie ewidentne jest i istnieje na to wystarczająco dużo dźwiękowych dowodów, że artysta chce być aktualny i nowoczesny jak tylko to możliwe, ale bez zrywania z chlubną przecież przeszłością i udaje mu się to z dość dużą łatwością. I jakkolwiek takie sformułowania mogą być ryzykowne, to John Foxx jest chyba tym ejtisowym synth-artystą, który zaszedł ze wszystkich rówieśników najdalej, cały czas rozwijając swój język, nie bojąc się prawdziwej współpracy z dużo młodszymi od siebie i nie idąc na jakiekolwiek komercyjne kompromisy. To jeden z tych kilku ejtisowych muzyków, którzy ciągle mają fascynujące historie do powiedzenia a ich rękaw skrywa niejedną tajemnicę. Ja na pewno będę wyglądać w przyszłość razem z Johnem.

[Wojciech Kucharczyk]