polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
John Foxx & The Maths The Shape of Things

John Foxx & The Maths
The Shape of Things

W zeszłym roku John Foxx przy pomocy Benge’a i wymyślonego zespołu The Maths powrócił do swojej pionierskiej stylistyki. Ejtis rewiwal w najlepszym stylu i z pełną klasą.
To co można było wycisnąć z syntezatorowej nowej fali lat 80tych w apdejtowany do chwili obecnej sposób zrobił genialnie. Dostaliśmy to, co u wczesnego Foxxa było najlepsze, analogowy chłód, wstrzymywane emocje i intelektualną europejskość, ale idealnie było słychać, że zostało to nagrane AD 2011. W subtelny sposób wykorzystano aktualne techniki i pomysły, nakładając je na archaiczne, analogowe źródło. Od razu też zwracała uwagę ilość basu - tego nagrać w latach 80tych porządnie się nie dało, a teraz subbasy rozkosznie kopią i pompują napięcie. Lawa. Asfalt.
I ten kolejny, świeży album jest tak naprawdę kontynuacją obranej na nowo ścieżki na poprzednim, już na spokojnie, bez wybuchów można iść obranym szlakiem i nie jest tutaj ważne odkrywanie co krok nowych skarbów, tylko konsekwencja z jaką się idzie do góry i cały czas przed siebie.

Dość krótki czas, tak naprawdę pół roku, jakie dzieli zeszłoroczny „Interplay“ i „The Shape of Things“ (pierwsze wydanie płyty było dostępne już na jesiennej trasie), pozwala podejrzewać, że niektóre utwory być może są auttejkami z tamtych sesji, co jest sugerowane tym bardziej drugą płytą z remiksami utworów z „Interplay“, dołączoną do niektórych egzemplarzy. Ale nawet jeśli tak było, to nie ma tutaj żadnego spadku jakości, to po prostu inny zestaw, w ogólnym wydźwięku spokojniejszy, wolniejszy, mniej bitowy i przebojowy, może też mroczniejszy i mówiący o jeszcze trudniejszych aspektach życia.

Dla Foxxa miasto zawsze było główną inspiracją i ta płyta jest może nawet najbardziej miejska ze wszystkich dotychczasowych - to takie foxxowe Metropolis. Na początku kariery jego miasto było spowite mgłą, nieustannie unosił się nad nim jeszcze powojenny opar, zawsze przywoływało skojarzenia z kinem francuskiej nowej fali, generalnie panowała czerń i biel, ale gdzieś z zaułków uśmiechały się cyborgowe stwory rodem z Blade Runnera. Muzyka Johna, czy jeszcze ta we wczesnym Ultravox albo już ta z początku solowej kariery stała idealnie na przecięciu przeszłości i futuryzmu. Obecne miasto zmieniło się diametralnie, jest czystą, tętniącą teraźniejszością. W intrygująco absurdalny sposób starodawne analogowe maszyny sprzed kilkudziesięciu lat, których używa, w idealny sposób pomagają mu tą właśnie aktualność podkreślać.

Mocno przyciąga utwór „Falling Away“, jedyny gdzie pojawia się elektryczna gitara. Krótko tnie, trochę jak we wczesnym Wire. Na pewno zwraca uwagę przez inne dźwiękowe spektrum, odstające od reszty utworów, ale również jest to najbardziej transowy kawałek w tym zestawie. Jest coś o wyjących wilkach, okrutnych pięknościach i srebrnych nabojach. Nie podejmuję się dokładnie tłumaczyć, tekst drukowany niedostępny, wokal przetworzony, nastrój panuje przejmujący.

Są też elementy w pewnym sensie ambientowe, kojarzące się z tymi najbardziej abstrakcyjnymi płytami autora „Underpass“ i „He’s a Liquid“, i tak jak te zbyt artystowskie późne płyty sprzed „prawdziwego“ powrotu mnie nie przekonują, to tutaj w niewielkiej dawce wypadają bardzo pięknie, „Invisible Rays“ jest znakomitym tego przykładem.

„Interplay“ nawiązywała w zasadzie tylko do pierwszej solowej płyty, legendarnego, kultowego (tak, to to słowo) „Metamatic“, electro-synth-pop w krystalicznej, ikonicznej postaci, a na nowej pojawiają się utwory przypominające nastrojem i budową także kompozycje z „The Garden“ albo nawet z „The Golden Section“, gdzie pojawiło się więcej rockowych, może nawet po prostu popowych elementów. „Vapour Trails“ i „Tides“ spokojnie mogłyby się znaleźć obok „Endlessly“ albo „Like a Miracle“, albo nawet „Swimmer“. „Tides“ dodatkowo posiada w sobie posmak kraftwerkowego techno, lub może chodzi tutaj o krautrockową motorykę czy coś w podobnym stylu, po prostu kręci.

Zwracają też uwagę dwa utwory pozostawione na koniec, w których pojawiają się goście - „Talk (Beneath Your Dreams)“ z udziałem Matthew Deara, jak ładnie promo-tekst określa „artysty noir-techno“, który chyba nawet tutaj śpiewa w duecie z Foxxem, wciągająca kompozycja, osadzona na syczącym dalekim dronie oraz „When You and I Begin“ z wokalem Tary Busch. I ten kobiecy wokal na koniec płyty jest jasnym zwieńczeniem, pozostawia całość w zawieszeniu, niczym napis „ciąg dalszy nastąpi“ na końcu filmu. Więc ja zaczynam czekać. Wierzę, że John Foxx i jego przyjaciele się dopiero rozkręcają, teraz jeszcze są w fazie ejtisowego rewiwalu i opisują teraźniejszość, ale jak nie wytracą tempa to za moment mogą wejść w nową fazę futuryzmu i wtedy zrobi się naprawdę ciekawie.

John to skromny, cichy, niemłody już człowiek, o ciągle bardzo poważnym artystycznym potencjale i niecierpliwie czekam na jego kolejne produkcje. Nie boi się partnersko współpracować z młodymi, niewielu jest takich. Cieszę się, że mogłem niedawno uścisnąć jego dłoń, kto wie, może nie ostatni raz. Hero is back.

[Wojciech Kucharczyk]

recenzje John Foxx & The Maths w popupmusic