polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Daphni Jiaolong

Daphni
Jiaolong

Debiutanckie wydawnictwo Daphni'ego to jeden z głównych faworytów do tytułu płyty roku w kategorii undergroundowej muzyki elektronicznej. Nawet po świetnym i mocno tanecznym albumie Swim autorstwa Caribou, Dan Snaith całkowicie zaskoczył na nowej produkcji, podążając mocniej niż można było się spodziewać w stronę dance. Dźwiękowa przestrzeń, zawierająca psychodeliczną atmosferę piwnicznego, zadymionego klubu rodem z dzielnicy Friedrichshain zawdzięcza swoją wyjątkowość łączeniu wątków np. afrykańskich z prostotą i motywami dotychczas charakteryzującymi old-schoolową scenę techno z lat 90-tych. Całość uderza świeżością, niezwykłą aurą oraz oszczędnością środków.

Wydawnictwo wyróżnia przede wszystkim świetna linia basu, która stanowi idealny regulator tempa oraz natężenia na całym albumie. Uzupełniona rytmiką instrumentów perkusyjnych wprowadza ona delikatnie w każdy kolejny utwór. Daphni serwuje pełen wachlarz nastrojów, wywołując pozytywne skojarzenia z klubową muzyką, sprzed jej komercjalizacji.

Zaczyna się od spokojnego „Yes, I know”, utworu, który z sekundy na sekundę rozwija się będąc urozmaicany to o wokale, to o delikatne wstawki instrumentów dętych, to o naprzemienne podkręcanie i zwalnianie tempa. Zaraz po nim następuje najbardziej różnorodny na płycie „Cos-Ber-Zam-Ne Noya”, który budzi pozytywne skojarzenia z fristajlowymi motywami i luźną manierą funkowego przerabiania starych tradycyjnych pieśni, takich jak ta pochodząca z Afryki, z lat 70-tych zeszłego stulecia. Bez wątpienia jest to najbardziej eklektyczny moment produkcji, którego odbiór wzmacnia następny, jakże kontrastujący, hipnotyzujący, housowy „Ye, Ye”. Od tego momentu coraz mocniej odczuwalny jest już minimal charakteryzujący techniczną scenę z przełomu wieków. Jest bardzo wszechstronnie – w paru momentach pojawiają się skojarzenia z wczesną twórczością Westbama (m. in. wspomniany już „Ye Ye” oraz „Light”), pierwszymi edycjami Love Parade („Springs”). Następuje przeniesienie ciężaru gatunkowego w stronę coraz większego nacisku na motywy transowe („Pairs”), budowę klimatu kosztem przestronności („Ahora”), a wszystko z każdym kolejnym utworem perfekcyjnie się wycisza i uspokaja, aż do ostatniego na płycie „Long”.

48-minutowa podróż prowadzi subtelnie słuchacza, wizytując po drodze Afrykę, duszny klubowy Berlin, kofiszopowy Amsterdam. Przywołane, pozytywne wspomnienia sceny Detroit zostały doskonale zaplanowane przez coraz bardziej wszechstronnego i zaskakującego, prezentującego kolejne oblicze i muzyczne alter ego Snaitha. Miejmy nadzieję, że trasa promująca ten album przywita nas wraz z nadejściem 2013 roku.

[Dariusz Rybus]