polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Jerzy Mazzoll wywiad

Jerzy Mazzoll
wywiad

Jerzy Mazzoll wrócił. Teoretycznie z pierwszą od dekady solową płytą, a praktycznie z aż trzema wydawnictwami w tym roku. Powstanie „Responsio Mortifera” kosztował go nie mało wysiłku i czasu. Rozmawiamy z nim o tym jak przebiegał ten proces, co robił przez ostatnie dziesięć lat i jakie ma plany na przyszłość.

„Responsio Mortifera” to Twoja pierwsza od 10 lat, solowa płyta. W tym roku wydałeś jeszcze „Minimalover” ze Sławkiem i Kubą Janickimi. Dlaczego teraz?

„Minimalover” ma słuszny tytuł, ze względu na muzykę i na rodzaj jej odczytania. To było nowe spotkanie ze Sławkiem, z Mózgiem, powrotem, otworzeniem się na kolejną generację muzyków. Bo Kuba Janicki gra i obcuje z moją muzyką od czwartego roku życia, wręcz zna te płyty lepiej niż ja.

Na trasie „Minimalover” ze Sławkiem rozmawiałem bardzo dużo, o tym że po śmierci Jacka Majewskiego byliśmy w momencie, kiedy stwierdziliśmy, że już nam wystarczy, że za dużo się stało, żeby grać dalej. Kiedyś z Jackiem Majewskim jechałem z Zielonej Góry do Kalisza i wtedy on dostał wieść o swojej chorobie nowotworowej, dziesięć lat po moim przejściu przez nowotwór. Zwrócił się do mnie jako do specjalisty, a ja nie wiedziałem co mam zrobić. Potem razem z nim  robiłem płytę „Soul cancer”, ponieważ uważaliśmy, że rak to nie tylko choroba, ale sytuacja duchowa i psychiczna. Ale kiedy odszedł, długo nie potrafiłem sobie poradzić z jego śmiercią…

Po przejściu tego wszystkiego wydawało się, że granie płyt dla samego grania i wydawanie ich dla wydawania nie ma sensu. W Gdańsku kilka osób odeszło, a ja jako człowiek trochę tego nie zniosłem, nie widziałem sensu wydawania. Zacząłem robić festiwale – Yass'no i Art Depot – myśląc, że może w ten sposób jestem w stanie dawać ludziom więcej. Więc przez jakiś czas nie wydawałem płyt.

Ale nie zastygłeś i nie zaszyłeś się, nic nie tworząc.

W tym okresie grałem i nagrywałem dużo, zebrałem materiał na z dziesięć płyt rocznie. Wydawać? Ale po co? Zadawałem sobie pytanie, po co inni wydają albumy, które nie mają poważnego znaczenia. Ja miałem dość lekki stosunek do ilości powstających rzeczy. To przełamał dopiero Minimalover gdzie w skupieniu nagraliśmy rzeczy istotne. Warto może dodać, że pojawiały się naciski, żeby reaktywować skład Arhthmic Perfection z Kazikiem Staszewskim, ale absolutnie odmówiłem. Nie robię takich regeneracji, nie muszę się niczym odświeżać. Teraz ducha tamtych czasów przywołuje Minimalover.

Teoretycznie tytuł to „Minimalover”, ale płytę nagraliście pod nazwiskami. Dlaczego?

Ostatnia płyta ze Sławkiem powstała przed śmiercią Jacka Majewskiego. To trio nazywało się najpierw Mazzoll and Arythmic Brain, z czego zrobiło się Arhytmic Brain, a potem było Pieces of Brain z Jonathanem Dobie i już nikt nie wiedział o co i o kogo chodzi.

Obecny skład nawiązuje do tej radykalniejszej wersji Arhythmic Perfection, którą wykonywaliśmy w tamtym trio. Minimalover określa naszą muzykę, a nazwiska nie pozostawiają wątpliwości kto ją wykonuje i tworzy.

Masa różnych rzeczy, osób, zdarzeń zrobiły swoje i postanowiłeś to z siebie wypluć?

Nie był to jednorazowy fakt, tylko sekwencja zdarzeń. Myślę, że poczułem się jakoś beznadziejnie osaczony i musiałem przyznać się przed sobą, że nie uniosę tego. W moim życiu bardzo dużo musiało się zmienić, udałem się na pielgrzymkę do Izraela, myślałem o jakimś odosobnieniu, wyizolowaniu. Wróciłem z żoną i założyłem rodzinę, na co dosyć długo czekałem, a wcześniej sam nie myślałem, że będę na to czekać.

Płyta zaczęła powstawać wcześniej, zacząłem mówić przed sobą prawdę o sobie, przestałem być tym kimś, kogo wcześniej musiałem udawać i grać – mocarza, który sobie świetnie daje radę, który poucza innych. Mogłem też po prostu spojrzeć na swoją muzykę.

Dlatego pierwszy tytuł tej płyty brzmiał „Single4You” – nawiązujący do moich „Single 3”, a jednocześnie będący trochę transkrypcją pierwszego przykazania Dekalogu: „Nie będziesz miał innych bogów przede mną”. Chciałem iść w stronę pierwszego przykazania, spotkania mojej żony. Miałem okres, w którym zmagałem się z tym, żeby zostać sam – cierpienie powoduje, że tego chcesz, uciec.

Dużym przełomem w powstawaniu tej płyty było zawiązanie współpracy z Marcinem Dymiterem, prawda?

Tak, to śmieszne, bo mieszkaliśmy obok siebie przez jakieś dwadzieścia lat. Graliśmy różne rzeczy, ale obydwaj byliśmy improwizatorami, którzy nie wdepnęli w idiom jazzowy. On to u mnie zauważył, mimo że grałem na klarnecie albo tworzyłem dowcipne składy jak np. Arhytmic Perfection, będące punkową grupą, która grała jakiś tam jazzik. Marcin w pewnym momencie podjął się analizy i przejrzenia moich materiałów, bardzo różnych. Trzeba je było przeselekcjonować, zmontować…

Kiedyś pojechałem do Torunia, żeby testować pewnego waltronistę i zagraliśmy jeszcze z DJem, który wziął do rąk gitarę. Zacząłem grać na bas klarnecie, ale dostrzegłem, że w zasadzie ja robię całą muzykę, a oni prawie wcale nie grają. Więc postanowiłem nie grać i przez półtorej godziny śpiewałem jakieś improwizowane teksty. Miałem to nagrane i strasznie mi się podobało, dla mnie to było miażdżące. A Marcin przesłuchał i nic z tego nie wziął. Nie wykorzystał nic z półtoragodzinnego nagrania! Potem okazało się, że było to dobre posunięcie.

Jak wyglądał proces tworzenia materiału? Na ile to było jego nagrywanie a na ile zbieranie tego, co już miałeś?

Analizowaliśmy to razem – jego geniusz, cierpliwość objawiały się w wyciąganiu istotnych rzeczy z historii np. nagrań z mojego telefonu komórkowego, a zrezygnowaniu z dobrze udokumentowanych nagrań na taśmach. Dla mnie ta analiza była zbyt bolesna dlatego nie mogłem jej sam wykonać, a on wykazał chęć do pracy i zmuszał mnie do działania. Większość materiału pochodzi z koncertów, które zagrałem w przeciągu ostatnich kliku lat, reszta nagrania jest od nowa lub to premierowy materiał. Na przykład tekst „Na granicy zmęczenia i skupienia czas zacząć”, który otwiera płytę, Marcin ocenił jako bardzo dobry, ale stwierdził, że w tej koncertowej wersji jest za bardzo pod spodem i trzeba zagrać to na żywo jeszcze raz. Ale wtedy pojawiał się mój upór improwizatora, że to przecież powstało w określonej sytuacji i momencie, a na nowo nie da się tego skomponować. Początkowo myślałem, że Marcin ogarnie trochę moich prac, może coś wybierze, a dopiero potem zaczęło się to przeradzać w poważną współpracę. Jeden z utworów nagraliśmy u niego w domu – otworzył jakąś zaczarowaną walizkę i wyjął z niej jakieś zabaweczki, analogowe samplery itp. a ja bez jakichkolwiek efektów zagrałem na klarnecie i wszystko nagraliśmy na jeden mikrofon.

To było powierzenie – tak najlepiej by to brzmiało – sekretnych archiwów, Marcinowi. Dla mnie współpraca z nim była wielką przyjemnością i zaszczytem, z powodu tego co nas przez te lata różniło. Marcin był dla mnie dialogującym muzykiem, a spotkanie to bardzo ważny element muzyki. Tylko wtedy powstają nowe kompozycje, które rodzą się z wymiany myśli, dyskusji i współpracy.

Dosyć mozolnie powstawała sama okładka.

Tak. Zabierały się za to z trzy osoby, ale żadna z prac mnie nie satysfakcjonowała. Finalny projekt jest autorstwa Aurory Lubos, z którą współpracowałem przed rokiem, tworząc muzykę do jej spektaklu „Nóż, koń i schody”. Kiedy poprosiłem ją, żeby zrobiła okładkę, od razu z chęcią się tym zajęła.

Miałeś wrażenie, że oglądałeś te kolejne wersje i to nie było „to”? Aż nagle zobaczyłeś wersję Aurory i trafiła w sedno?

Tak, jej okładka mnie boli, to mnie zmiażdżyło. Moja żona powiedziała nawet, że jej spektakl to w jakimś sensie żeńska wersja „Responsio Mortifera”, pewnie dlatego jej praca okazała się takim trafieniem.

A potem płytę trzeba było wydać.

Tak, z wydawnictwami też było zamieszanie. Finalnie zajęło się tym Osso Publisher. Jestem bardzo zadowolony – wszystko odbywa się na miejscu, z jasnymi i klarownymi zasadami, bez wątpliwości.

Wracasz po 10 latach i wydajesz album w kompletnie nieznanej wytwórni?

Trochę tak było. Słuchałem kto co wydaje, ale wydawnicze nurty trochę mi nie pasowały. Idąc do majorsa, bałem się próby gatunkowego zaklasyfikowania. Wydając album, musiałem też czuć, że ktoś ma totalne przekonanie do moich nagrań, ma przekonanie do tej muzyki takie jak ja i wyda to bez żadnych uwag. Poza tym ta płyta wymaga nowych kontekstów, dlatego zdecydowałem się na wytwórnię nową, niezależną, która chce – lubię to słowo – zawalczyć, która tak jak ja, w tym momencie stawia na jedną kartę. Widzę w tym potencjał i to, że będziemy mogli wydawać kolejne rzeczy tak jak ja to przewiduję.

Spróbujmy ułożyć wszystko chronologicznie. Rozmawiamy z okazji premiery płyty „Responsio Mortifera”, którą poprzedziło wydanie krążka tria „Minimalover”. Ale Twój solowy album był zapowiedziany przez epkę „Jeden Dźwięk i Pan Bóg”, wydaną wiosną tego roku.

Kiedy zakończyliśmy z Marcinem Dymiterem pracę nad „Responsio Mortifera”, pojechałem do Mózgu. Ukazał się już „Minimalover” i nagrywałem tam „Jeden Dźwięk”. W tym czasie w klubie koncert grały Świetliki i o 2 w nocy przyszedł do mnie Marcin Świetlicki z propozycją, żeby coś nagrać. Szybko ściągnąłem pewien klarnetowy riff, który nagrałem wcześniej w małym studio w Puszczykowie u Litzy, a Świetlicki do niego zaśpiewał. Tak powstał utwór „Pan Bóg”. To połączenie, w efekcie przerodziło się w epkę, na którą złożyły się te dwa utwory. Na początku chciałem wydać tylko „Jeden Dźwięk”, ale wydawca, Audiotong, nalegał by połączyć go z utworem „Pan Bóg”, stąd na epce, znalazły się te dwa kawałki.

„Jeden dźwięk” to fascynujący utwór – zarówno pod względem brzmienia jak i wysiłku, który trzeba włożyć w to, żeby go zagrać.

To jest prawda o mnie. Ta epka pomogła mnie dookreślić. Po raz pierwszy „Jeden dźwięk” zagrałem w Mózgu w 1994 roku i będę go grać do końca życia. Dla mnie ma wymiar wyczynowo sportowy – jak wykonałem go pierwszy raz, w planie miałem grać Alberta Aylera. Byłem wkurzony, że to nie było zaznaczone na plakacie, więc stwierdziłem, że zagram coś innego. Powiedziałem akustykom, żeby nie wyłączali prądu, usiadłem, do pulpitu obok przywiązałem mojego psa i zacząłem grać techniką circular breathing najniższe ”c” w moim bas klarnecie. Robię jeden, drugi, trzeci i czwarty oddech, po czym zastanawiam się ile czasu minęło. Pięć minut? Pięć sekund? Pięć oddechów? W tej kompozycji mniej więcej powinienem grać godzinę, a ja po tych kilku minutach już ledwo żyłem i zastanawiałem się, gdzie ja jestem i co robię. To był bardziej performance, całość trwała 57 minut i 57 sekund, nikt się w tym czasie nie ruszył, nikt mi nie dawał znaków czasowych, zapomniałem położyć sobie zegarka. Ludzie myśleli, że coś się stanie, że coś odwalę jak zawsze. A tu nic. Teraz uznałem, że jeśli chcę poważnie wracać, to muszę coś z tym zrobić. To jakieś niezwykłe wyzwanie, które powołuje mnie do pokory. Za każdym razem inaczej wykonuję tę kompozycję.

Jeden dźwięk tworzyłeś w pojedynkę, a „Responsio Mortifera” to w zasadzie praca duetu – Twoja i Marcina.

Tak, ta płyta powstała z takich dialogów.

Gdybyś użył – tak jak wcześniej planowałeś – „Single4You”, tytuł wskazywałby na spokojny, wyciszony powrót. A „Responsio Mortifera” sugeruje powrót mocny, potężny, to śmiercionośna odpowiedź.

Powiem ci, jak do tego doszło. Byłem u znajomych w Poznaniu, którzy mieli książkę o żywotach świętych. Przeglądając ją, natknąłem się na historię Joanny D'Arc. Ona, gdy w swoich burzliwych losach, w końcu z pełnym przekonaniem zeznała prawdę, na akapicie jej spowiedzi inkwizytor, który ją przesłuchiwał, napisał: Responsio Mortifera. W wolnym tłumaczeniu oznacza to odpowiedź niosąca śmierć. To jest sens tego tytułu – wtedy wiedziałem, że to pasuje do mojej płyty idealnie. To nie znaczy, że finałem jest śmierć, ale to, że byłem szczery i powiedziałem prawdę o sobie. Wszystkie etapy powstawania tej płyty, stawiały mnie na nowo w pokorze. W tym, że muszę powiedzieć prawdę o swojej muzyce w wielkości, a jednocześnie w bezsilności.

Jak rozumianej bezsilności?

W sensie duchowym – wszystko w czym udawałem, że jestem w stanie dokonać tego sam, to była pycha. Na płycie są teksty bolesne, kiedy dotknąłem tego dna rozpaczy, pojawiła się nadzieja i wszystko mogło się zacząć odmieniać. Tytuł „Responsio Mortifera” określał wszystko – w jakim byłem momencie, jak próbowałem ocalić siebie, przez zakłamanie sytuacji w której jestem. Musiałem powiedzieć prawdę – że byłem w rozpaczy, bliski śmierci i nie miałem nadziei życia ani woli do tego. Kiedy się przyznałem, okazało się, że jest z tego wyjście. Czuję, że mogłem się od tej historii odciąć. Powiedzenie prawdy o swojej słabości czy grzeszności powoduje, że masz szansę coś z tym zrobić – odciąć się albo w tym odmęcie się zanurzyć. Ja miałem pragnienie z tym skończyć. Dlatego ta śmiertelna odpowiedź, która nawet jest sformułowaniem prawniczym, wpasowała się do tego, co nagrałem. Uznałem, że muszę nagrać płytę, która będzie w pełni prawdziwa, osobista, nie będzie w żadnym stylu

Płyta to muzyka i masa nagranych, wypowiadanych tekstów, czasem brzmiących tak, jakbyś gadał pod nosem sam do siebie. Skąd pomysł na takie przeplatanie muzyczno-tekstowe?

Myślałem, że płyta „Single4You” będzie piosenkami, które wyśpiewałem na wspomnianym koncercie w Toruniu, a ja tylko dogram do nich muzykę. Często odwrotnie robiłem muzykę, wbrew logice np. z Tomkiem Gwincińskim mogliśmy nagrywać kawałek od końca. Myślałem, że to będzie „piosenkowa” płyta i taka została, tylko że jest poważna. Stała się poważną, jednolitą opowieścią. Kiedy Marcin Dymiter przyniósł mi finalny, zmasterowany materiał, powiedział, że trwa 41 minut i 41 sekund i jest na nim 14 utworów. A kiedy mu go oddawałem miałem 41 lat. Miałem jeszcze więcej do zaśpiewania, ale w pokorze musiałem przyznać, że trzeba coś odsunąć.

Ale chyba nie cbędziesz zekać znów dziesięć lat? Czy „Responsio Mortifera” uruchomiło jakąś reakcję łańcuchową na plany co do kolejnych wydawnictw? Wiem, że w zaawansowanym stopniu jest już przygotowywany Twój wspólny materiał z Igorem Pudło ze Skalpela.

W dużej mierze też gotowy jest projekt „Yass’no czyli prawdziwa historia wolności”. To słuchowisko audio-wizualne, w którym zagrałem i opowiedziałem subiektywną historię muzyki yassowej wraz z piętnastoma muzykami i artystami wizualnymi. Zrobiliśmy też nagranie z Shanirem Blumenkrantz’em z Nowego Jorku, czego efektem będzie Mazzoll Toy. Ruszyło też Forum Mistrzów Improwizacji Solowej – to swego rodzaju spotkania, koncerty solowe, wykłady i dyskusje o muzyce.

„Responsio Mortifera” zamknęła pewien okres – bardzo ważny, a to już wystarczy by pojawiły się kolejne elementy układanki jaką jest moja twórczość, którą pojmuję jako całość i nie oddzielam jej od życia. Mogę dziś powiedzieć, że pewne rzeczy już są gotowe: w ostatnich latach spotkałem wspaniałych improwizatorów nie zamykających się w żadnym stylu czy gatunku i jest mi to bliskie. Obok Emitera był to Igor Pudło, z którym wspólnie graliśmy na koncertach materiał z jego płyty „Breslau”. Zbliżyło nas to muzycznie i spowodowało, że pod roboczym tytułem „Double Nelson” powstało dzieło wspólne, w którym Igor wymixował mój kwintet i septet w sposób niebywały i ekscytujący. Nazywamy ten projekt MazzBoxx.

Więc pozostaje wyczekiwać rezultatów.

[Jakub Knera]