polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
CAT POWER Sun

CAT POWER
Sun

Pierwszy od The Greatest zestaw autorskich utworów Chan Marshall ma w sobie potężną siłę muzyki tworzonej przez osobę, która po długim rozbracie z graniem i zapewne zwątpieniu w swe możliwości twórcze, nagle znajduje nową motywację i trafia na wyżyny swych możliwości twórczych. Pod tym względem Sun coraz bardziej kojarzy mi się z trójką Portishead – nieoczekiwaną płytą przeobrażającą charakterystyczny dźwiękowy świat wykonawcy, ukazującą dawne atuty w nowym pryzmacie, który nie stara się być na siłę nowoczesny, lecz podporządkowany jest atutom nowym, których się przed laty nie domyślaliśmy. I być może stawia kropkę nad „i” wielkości wykonawcy, a być może, na co w obu przypadkach liczę, otwiera nowy rozdział. Zwłaszcza, że Sun to niemal w całości dzieło Cat Power.

Mało jest tu gitary w roli instrumentu prowadzącego utwory, częściej czynią to figury pianina albo syntezatory, gitarze pozostają przestrzenie. Spowijająca Sun w rezultacie syntetyczna, lekko ejtisowa aura okazuje się zaskakująco dobrym kontekstem dla szorstkiego, głębokiego głosu Chan, podobnie jak groove najbardziej tanecznych utworów typu „Ruin" czy „369". Programowanie bębnów trochę trąci myszką i chwilami jest wręcz siermiężne, ale ma swój urok czegoś tworzonego ręką niewprawną, lecz przez umysł pełen entuzjazmu i pomysłów. Choć wydaje się ono podobnie „sprzed lat” jak efekty pracy Johna Congletona na niemal równolegle wydanej (notabene doskonałej) płycie Davida Byrne i St. Vincent, to tam to bycie passe razi, bo wynika ze źle pojętego profesjonalizmu producenta, a tutaj jest podstawą autorskiego credo. To olbrzymia różnica, to swoiste zaproszenie w głąb króliczej nory. Podobnie jak niepotrzebne z wokalnego punktu widzenia, traktowane jako środek artystyczny, zastosowanie auto-tune’a. W tym zaś Sun przywodzi na myśl ostatni album Sufjana Stevensa, który również zmagając się z elektroniką raz po raz się potykał, ale stawiając ryzyko nad perfekcjonizm cyzelowania wypracowanej formuły, okazał się zwycięzcą. Najlepszy od lat zestaw piosenek, pełna światła atmosfera i odwaga wskoczenia na głęboką wodę czynią powrót Cat Power olbrzymim sukcesem. Mam tylko nadzieję, że na koncertach całą warstwę instrumentalną zrealizuje zespół i Chan nie schowa się syntezatorem – jej koci krok i śpiew na żywo to ucieleśnienie scenicznego magnetyzmu. I z tego połączenia z przeszłością proszę nie rezygnować.

[Piotr Lewandowski]