polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Soulsavers The Light The Dead See

Soulsavers
The Light The Dead See

Kolejna płyta z depeszmoudowego obozu w tym roku. Po bardzo niezłym technowym albumie VCMG (Clark i Gore) znienacka pojawia się album mało znanego zespołu, gdzie głównym wokalistą jest Dave Gahan. I jak bardzo inna to porpozycja! W momencie, gdy Martin łapie świeży oddech i młodnieje grając techno, to Dave bierze udział w płycie, która jest rodzajem spowiedzi dorosłego, doświadczonego człowieka. Niezbyt wiele wiem o zespole Soulsavers, zetknąłem się z nim przy okazji tego albumu po raz pierwszy, i gdyby nie nowy wokalista pewnie nie zetknąłbym się nigdy. Wydaje się, że to rodzaj zespołu profesjonalistów, który potrafi zagrać wszystko i zrobić to z klasą, ale nic ponadto. Ale wokal Gahana wciąga to na inny poziom, podejrzewam że również sama jego obecność pomogła stworzyć dużo lepsze warunki pracy od aranżacji po studio i wysoką jakość wykonawczą i techniczną słychać tutaj bardzo dokładnie.

To taka płyta, która potrafi rozrzewnić, ale także wzmocnić. Unoszące harmonie, kołyszący vibe. Jasne, to jest bardzo retro muzyka, ale przecież przywyczailiśmy się do obecności takiego równouprawnionego wątku we współczesnej muzyce i dobrze, kiedy grają to doświadczeni muzycy, bo znają kontekst każdej nuty.

Najkrócej można tą muzykę scharakteryzować - weźmy coś klasycznego i raczej poetycznego, no na przykład Leonarda Cohena i zmieszajmy z Depeche Mode zagranym tylko i wyłącznie na nieelektronicznych i akustycznych instrumentach, i mamy ten efekt. Trochę jakby Dave chciał się zabawić z tradycją, pokazać, że jest wyśmienitym, charyzmatycznym wokalistą, świetnie czującym się również w takim materiale o jaki by go nikt raczej nie podejrzewał. Jego solowe płyty były bardziej zbliżone do charakteru muzyki macierzystego zespołu, ale nie wiem, czy przypadkiem dopiero na tej właśnie płycie w nieoczekiwany sposób nie pokazał całego swojego wokalnego kunsztu. W DM muzyka i wokal są jednością, tutaj głos góruje nad wszystkim, nie w sensie produkcyjnym, nic tutaj nie odstaje, ale w znaczeniu emocjonalnym, mentalnym. Dave przyciąga całą uwagę, Jest głównym aktorem, możemy w pełni skupić się na jego śpiewie jak nigdy dotąd. Podkłady, choć pięknie zagrane są tylko podkładami, tłem dla pełnego serca przekazu Davea, tworzą niezbędną harmonię, podkreślają to co w melodiach najlepsze.

Ważne są teksty, najkrócej tematyka to życiowe rozterki dojrzałego mężczyzny a to jest cały osobny wątek w historii muzyki rockowej, popowej, każdej. Dave szczególnie od tej tradycji nie odbiega, nie szuka kontrowersyjnych rozwiązań, zauważa proste fakty i o nich mówi. Ale próbuje także dodać słuchaczowi nadziei. Tytuł płyty dotyka tematów raczej ostatecznych, ale według mnie głównym tematem płyty jest właśnie nadzieja, która w ogóle nie musi być matką głupich. Czasem ociera się o związki religijne, żeby nie powiedzieć biblijne, trochę może się to kojarzyć z niektórymi kawałkami Boba Dylana czy z innej paki Nicka Cavea.

Utwory są przebojowo pomyślane i raczej downtempo, w sensie kompozycji tradycyjne i nieskomplikowane, ale ogromne aranże nadają im kunsztu, momentami potęgi, potrafią się rozwinąć od akustycznej gitary po pełną orkiestrę ze smykami i wielkimi bębnami, ale cały czas prym wiedzie głos. Często pojawiają się bardzo oldskulowe klawisze, typu hammond, ani razu nie słychać elektroniki, podejrzewam, że wzmacniacze, rewerby i efekty użyte w nagraniu też są starodawne.

Nazwa zespołu wskazywałaby na obecność muzyki soul i faktycznie pewne elementy są obecne, ale dla mnie więcej tutaj gospelowych momentów, szczególnie gdy pojawia się duży chór. Na pewno ogólny wyraz nie jest europejski, Ameryka Północna i Australia przychodzą na myśl w trakcie słuchania od razu.

Zastanawiający jest moment wydania - wczesne lato, na taką wydawałoby się jesienną muzykę. Ale to właśnie jest ciekawe - może to jest pewien element pustynny, gdzieś tutaj latający, piaskowa burza w Arizonie, na Mojave albo może w Queensland. Ta muzyka słuchana w pełnym słońcu robi frapujące wrażenie. Nie są tutaj wgrane żadne cykady i inne letnie fildrekordingi, ale cały czas się w umyśle wyświetlają. Może to z powodu, że jest to muzyka gościa samotnie podróżującego przez świat? Albo może miały wpływ na to miejsca nagrywania utworów? Nie wiem. Efekt jest bardzo ciekawy.

Ta płyta powinna Daveowi przysporzyć nowych fanów, ludzi którzy wcześniej mogli myśleć, że to jakiś tam gość z takiego jednego zbyt charakterystycznego zespołu. Teraz otwierając się na zupełnie inne ujęcie wypada bardzo korzystnie, dojrzale, łączy się z najlepszymi wokalnymi tradycjami. Filtruje je przez własną (nad)wrażliwość i krótko mówiąc łapie także niedowiarków za serce. No przynajmniej mam taką nadzieję.

Jest też jeden moment dla każdego Polaka humorystyczny - posłuchajcie dokładnie organowego wstępu do utworu „Longest Day“, zrozumiecie co mam na myśli. Dziwny jest ten świat, co nie? Zdarza się.

[Wojciech Kucharczyk]