polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
KONG wywiad z Markiem Drillichem

KONG
wywiad z Markiem Drillichem

 

Gdzieś w muzycznym światku holenderski KONG znalazł przystań, w której od ponad 20 lat zacumował ze swoją instrumentalną propozycją. Basista Mark Drillich, który od początku przewodzi tej załodze, dał się namówić na wywiad. Zacząłem od starych, przedinternetowych czasów, gdy słuchanie muzyki było innym doznaniem. Wspomnieliśmy też o najnowszej propozycji KONG - "Merchants Of Air". To ciągle rozpoznawalny styl, naturalna chęć tworzenia i wciąż nieodkryty szerzej potencjał koncertowy. Luz i swoboda ze strony Marka mogłyby służyć za wzór dla wielu muzyków. Zapraszam do lektury, którą może umilić cały album dostępny do odsłuchu na stronach bandcamp.

Witaj Mark! Discogs.com wyświetla aż 12 artystów, którzy używają bądź używali nazwy Kong. Jak przeciętny fan muzyki ma się w tym połapać? Czy w związku z tym często w kontekście waszego zespołu pojawia się nazwa zapisywana tylko wielkimi literami?

KONG to kiepska nazwa. Oczywiście, kiedy zaczynaliśmy nie było jeszcze Internetu. Bardzo ciężko było więc sprawdzić, czy są jacyś inni artyści posługujący się tą samą nazwą. Obecnie wszelkie odniesienia do Hong Kongu i King Konga są bardzo mylące, gdy szuka się informacji o nas w sieci. Jak widzisz nazwa może nie jest oryginalna, to mam nadzieję, że choć nasza muzyka nadrabia w tym temacie. I choć zapisywanie nazwy zespołu wielkimi literami niewiele tu pomaga, to myślę, że jednak lepiej wygląda.

Pamiętam jak w 1992 roku intrygowała mnie okładka kasety "Phlegm". W morzu deathmetalowych dźwięków wydawaliście się doskonałą odskocznią. Do tej pory z sentymentem podchodzę do tej płyty, a szczególnie do utworu "Stockhouse". Jak dziś, 20 lat od premiery tego albumu, postrzegasz tę płytę?

Nadal bardzo mi się podoba. Uważam, że stanowi istotny krok w rozwoju zespołu. Nasz pierwszy album "Mute Poet Vocalizer" był szorstki, eksperymentalny i nieco prymitywny (w dobrym tego słowa znaczeniu). Natomiast wspomniany "Phlegm" przeniósł nasz muzyczny kierunek na kolejny poziom, gdzie elektronika, sample, bity znalazły swoje miejsce. Wtedy nie było jeszcze tak dużo metalu w naszej muzyce. Późniejsze albumy mają więcej metalowych riffów, które także bardzo lubię, ale "Phlegm" była zawieszona między różnymi stylami. W porównaniu do pierwszego albumu ta płyta brzmi o wiele lepiej. Gdy słucham jej teraz, to myślę, że można byłoby na nowo lepiej ją zmiksować.

Przed wywiadem nurtowało mnie pytanie: czy gdzieś w polskiej prasie muzycznej czytałem wywiad z KONG? Opłacało się poświęcić prawie godzinę na odnalezienie wywiadu w polskiej edycji Metal Hammera z 1999 r., którego udzieliłeś promując "Freakcontrol". W tamtym okresie mieliście chyba najlepszą promocję? Jak wspominasz okres współpracy z Roadrunner?

Tak, promocja ze strony Roadrunner była dobra. Mieli wtedy całą tę promocyjną maszynę, do której po prostu wystarczyło się przyłączyć i nawet dla nas zaczęła ona działać przez jakiś czas. Poza tym to holenderska firmą i swoją siedzibę miała niedaleko Amsterdamu, co ułatwiało czasem kontakt. Z drugiej strony była to bardzo duża firma płytowa, która - oprócz kilku pracujących tam osób - okazała się tak naprawdę niezainteresowana utrzymywaniem w swoim katalogu tak niekomercyjnego zespołu jak KONG. Wiesz, że albumy wydane dla Roadrunner wciąż nie są dostępne na iTunes. Oni po prostu mieli to w dupie.

Zanim jednak trafiliście do Roadrunner swoje trzy albumy wydaliście w angielskiej Dreamtime Records. Wtedy wspólnie z G.G.F.H., Sonic Violence i Ship Of Fools tworzyliście coś na kształt przeciwwagi dla nietypowych zespołów z Earache (Godflesh, Scorn, Pitch Shifter). Jak wspominasz tamtą scenę i duże związki z niezależną sceną metalową?

Byliśmy pierwszym zespołem w Dreamtime, pododdziale Peaceville Records. Peaceville był w tym czasie, wraz z Earache, wiodącą wytwórnią deathmetalową, z takimi zespołami, jak Paradise Lost i Autopsy, czy później My Dying Bride oraz Anathema. Gdy zgłosił się do nas właściciel firmy, to była dla nas niespodzianka, że ktoś taki chce podpisać z nami kontrakt na wydanie płyty. Był bardzo otwarty na inne style muzyczne, co utwierdziło nas ostatecznie w podjęciu decyzji. Chociaż była to w sumie mała wytwórnia, to mieli już wtedy dobrą opinię na muzycznej scenie i co warte podkreślenia zrobili niezłą promocję naszemu pierwszemu albumowi. Oczywiście było trochę problemów. W końcu nasza muzyka była zupełnie inna od tego, czego ludzie oczekiwali od płyt z logo Peaceville, ale na szczęście fani metalu są na ogół dość otwarci na świat i na nowe dźwięki. Po wydaniu naszego drugiego albumu Peaceville zostało przejęte przez Music For Nations i sytuacji zmieniła się dla nas diametralnie. Nagle znaleźliśmy się w dużej metalowej wytwórni, która zupełnie się nami nie interesuje, więc kwestią czasu było to, iż wkrótce nasza współpraca się zakończy. Stało się to zaraz po trzeciej płycie.

Można stwierdzić, że jesteście teraz samowystarczalnym i w pełni niezależnym zespołem. Dwie ostatnie płyty wydaliście we własnej wytwórni (Kongenial), wszystkie swoje płyty (oprócz "Push Comes To Shove") zarejestrowaliście we własnym studio, korzystacie z możliwości dystrybucji muzyki, jakie daje Internet. Ale z drugiej strony, domyślam się, że muzyka to wciąż tylko hobby i musicie regularnie pracować?

Tak, mamy własne studio, co jest oczywiście bardzo wygodnym rozwiązaniem, więc próby i nagrania możemy zrobić, kiedy chcemy. W procesie miksowania płyty pomocny okazał się Dirk de Vries, były muzyk KONG, który nadal jest naszym dobrym przyjacielem, a przy tym także producentem. Współpracujemy z firmą dystrybucyjną Suburban, która działa na terenie Holandii, Belgii i Niemiec oraz prawdopodobnie jeszcze w kilku innych państwach. Natomiast Internet daje nam możliwość zrobienia sporej promocji i sprzedaży muzyki przez nas samych. Jednak nadal podstawą utrzymania jest nasza praca, gdyż kwestia finansowa to rzecz marginalna w naszej muzyce. I choć jest to czasami skomplikowane, udaje się nam wygospodarować wystarczająco dużo czasu, aby spędzać go w studiu. Z drugiej strony, techniczne nowinki umożliwiają teraz tworzenie muzyki w domowym zaciszu. Wiele kawałków pochodzi właśnie z takich "solowy jam sessions" z gitarą i laptopem w sypialni lub kuchni.

Przy muzyce instrumentalnej nadawanie tytułów kompozycjom wydaje mi się dość trudnym zadaniem. Kiedyś nawet czytałem, jak duży problem ma z tym Joe Satriani. Co decyduje o tym, jak nazwiecie dany utwór?

Nie spędzamy zbyt dużo czasu na wymyślaniu tytułów. Tuż przed ukończeniem okładki płyty wszyscy muzycy dają mi listę możliwych tytułów. Wtedy przedstawiam te propozycje i wspólnie dokonujemy wyboru, nanosząc drobne zmiany w trakcie. Niektóre tytuły mają jakiś głębszy sens, ale są i takie, które bardzo często nie mają określonego znaczenia. Po prostu czujemy, że brzmią dobrze i jakoś pasują do tego konkretnego utworu. Na przykład tytuł "The Gates Of Exception" jest wariacją na temat "The Doors Of Perception", książki, od której swoją nazwę zaczerpnął zespół The Doors. Natomiast w naszym utworze są partie organowe, który skojarzyły się nam właśnie z The Doors.

Najnowszy album "Merchants Of Air" nie burzy charakterystycznego stylu grupy. To nadal taki miks różnych gatunków, oparty na dynamicznej sekcji rytmicznej, gitarowych wariacjach z domieszką elektronicznych partii. Czy komponowanie przychodzi z biegiem lat łatwiej czy trudniej?

Dla mnie komponowanie nowej muzyki jest zawsze trudnym i nie do końca kontrolowanym procesem. Nadal nie mamy pojęcia i przepisu, jak zrobić to najlepiej. Jednak na najnowszym albumie sam proces był łatwiejszy niż poprzednio. Miało to związek ze zmianą naszego sposobu pracy. W dawnych czasach zwykliśmy siedzieć razem w sali prób i improwizować w nieskończoność, aż coś ciekawego z tego wynikło. Czasem taki sposób tworzenia może być bardzo frustrujący. Tak jak wspomniałem wcześniej, teraz mamy okazję pracować solo, w domu lub w różnych kombinacjach osobowych w studiu. Ktoś może rozpocząć kompozycję w domu, wysyłając mp3 pocztą elektroniczną na adres innego muzyka, aby kolejna osoba dodała swoje pomysły, odesłała go z powrotem i tak dalej. Potem często kończymy taki utwór już razem w studiu. Jak więc widzisz, wszyscy mogą pracować swoim tempem, na swój sposób, a cały proces wydaje się utrzymywać świeżość oraz być ciągle inspirujący.

Czy wreszcie sam proces jest bardziej efektem studyjnego perfekcjonizmu czy też improwizacji, która przeradza się w konkretne pomysły?

W zasadzie każdy utwór zaczyna się od improwizacji. Dla mnie początkiem jest zazwyczaj loop, próbka dźwięku, fragmenty z programów radiowych, reklam, programów telewizyjnych lub muzyki klasycznej. Ale może to też być gitarowy riff oparty na najprostszym podkładzie perkusyjnym. Cel jest taki, aby jak najszybciej wykryć coś ciekawego i pójść w rejony improwizacji. Potem te ukształtowane formy i fragmenty poddajemy długiemu procesowi organizowania i rozmieszczanie. Myślę, że kompozycja zawsze zaczyna się od odkrycia nowego dźwięku, riffu lub melodii, które brzmią tak, jakby zawsze tam były, ale nigdy ich wcześniej nie zauważyłem.

Muzyka KONG wydaje się być dopracowana w najmniejszych szczegółach. Jak radzicie sobie na koncertach z jej odtworzeniem? I czy te wszystkie elektroniczne partie także są odtwarzane?

Niekoniecznie. Kiedy na żywo zaczynamy próby nowych kawałków, zawsze staramy dowiedzieć się, które elementy są niezbędne, a które są mniej ważne dla klimatu lub "idei" utworu. Podczas koncertu lepiej pominąć niektóre nieistotne szczegóły, ponieważ i tak dzieje się wiele, a czasem ciężko ogarnąć temat tak, aby wszystko było słychać na sali. W studiu jest możliwość, aby dodać jakieś drobne elektroniczne wtręty, tam gdzie jest na to miejsce w obrębie utworu. Jednak w konwencji koncertowej takie dźwiękowe niuanse mogą przesłaniać czasem odbiór całej kompozycji.

Na koniec odbiegnijmy od tematów muzycznych. Słówko o Euro 2012. Czy trzy porażki Holandii w meczach grupowych odbierasz jako koniec pewnego etapu w piłce holenderskiej? Myślisz, że zmiany w składzie drużyny będę duże?

Mam nadzieję, że tak! Euro 2012 to blamaż futbolu holenderskiego, ale w takim najgorszym stylu. Teraz jest wreszcie szansa, że coś się zmieni się. Mamy już nowego trenera (Louis van Gaal - przyp. autor), który jest rzeczywiście doświadczonym szkoleniowcem, ale z drugiej strony, nie jest to powiew świeżości. Mam jednak nadzieję, że będzie wystarczająco silny, aby wykopać niektórych starych graczy lub przynajmniej dać nowym, młodych zawodników szansę na sprawdzenie się. Wracając do Euro, to w końcu po fazie grupowej nie troszczyłem się już o drużynę narodową i nadal mogłem cieszyć się finałowymi rozgrywkami. Przeczytałem też ostatnio, że Polska i Ukraina zrobiły naprawdę dobrą robotę przy organizacji tej imprezy.

[zdjęcie: Caroline Koning]

 

[Marc!n Ratyński]

recenzje Kong, King Kong Ding Dong w popupmusic