polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Oranżada wywiad

Oranżada
wywiad

Otwocka Oranżada zaczynała od psychodelii (zostali wrzuceni do szufladki: polski krautrock) i nowej fali, wraz z wydaniem trzeciego albumu zwracając się w kierunku znacznie bardziej przystępnych, melodyjnych, lecz nadal oryginalnych i autorskich kompozycji, spowitych miękkim brzmieniem. Współpracujący z zespołem Wojtek Czern określił ich muzykę jako swoistą bocznicę kolejową, po której poruszają się mimo oporu materii – czyli braku popularności i odzewu jedynie w niszowych mediach. Kolejowe proroctwo spełnia się wraz z wydaniem czwartej płyty pt. Once Upon A Train, próbującej oddać klimat kilku mazowieckich stacji. Jak mówią muzycy w wywiadzie – w przygotowaniu kolejny album z piosenkami. Jest więc czego słuchać i na co czekać. Tymczasem zapraszamy do lektury wywiadu z zespołem.

Zaczynaliście jako trio. Przed trzecią płytą dołączyli do Was: gitarzysta Przemysław Guryn i Maciej Łabudzki, grający na przeszkadzajkach, djembe i drewnianych instrumentach dętych. Jak do tego doszło, jak wyglądał proces nagrywania płyty Samsara i jak udało się Wam pogodzić pięć – zapewne różnych – gustów muzycznych w tak spójną płytę?

Michał Krysztofiak: Po pierwsze, zarówno Maciek, jak i Przemek to nasi koledzy, więc z grubsza wiedzieliśmy, co mogą wnieść do zespołu. Wiedzieliśmy też, że spokojnie się dogadamy, a to w zespole jest rzecz podstawowa. Maciek Łabudzki wniósł całkiem nowe instrumentarium, więc od razu się idealnie wkleił w przestrzeń dźwiękową. Dla Przemka było przewidziane zarówno miejsce gitarzysty, jak i wokalisty. Ja, jednocześnie grając na gitarze i śpiewając, z założenia miałem nieco ograniczone pole manewru, więc dzielimy się działką gitarowo-wokalną i świetnie dogadujemy.

Robert Derlatka: Z perspektywy kilku lat wydaje się, że Przemek i Maciek weszli do Oranżady w sposób wprost naturalny. Graliśmy (jedynie bez Michała) razem próby od kilku miesięcy jako Uchomory. To była mocno psychodeliczna jazda z graniem do japońskiego filmu, którego akcja rozgrywała się w szpitalu dla umysłowo chorych. Potem jeszcze nagraliśmy cover Syda Barretta Vegetable Man dla włoskiej niezależnej wytwórni Olivietti Olanti. Po odejściu z Oranżady Pawła Jordana i Marka Skoczka powstała nienaturalna wyrwa. Nie graliśmy jako trio od czasu wydania pierwszej płyty i poszerzenie składu o Maćka mającego doświadczenie w mocno folkowym Żywiołaku oraz Przemka grającego niegdyś w Closterkeller czy popowym DR NO było zastrzykiem energii i doświadczenia. Adaptacja bezkonfliktowa. Płyta Samsara była nagrana w miejscu, gdzie normalnie odbywały się nasze Uchomorowe i Oranżadowe próby. Płytą dość wyraźnie zapisaliśmy stan ducha i nasze ówczesne emocje. Jest to według mnie nie do końca udana próba przebicie się do szerszej publiczności. Jeśli chodzi o wyposażenie studia, to nagranie było robione wtedy, kiedy Witek Wilk (właściciel) zaczynał. Mieliśmy do dyspozycji prostą kartę RME i klika zwykłych mikrofonów. Potem Maciek Cieślak przy miksie klął na te tracki, bo były totalnie suche i niektóre instrumenty brzmiały słabo. Nie ma się czym chwalić. Ale jest na tej płycie kilka piosenek, które podobają się fanom – to najważniejsze.

Artur Rzempołuch: Gwoli sprostowania - Przemek dołączył przed czwartą, czyli najnowszą płytą.

A Maciek jest z nami od Samsary. Do podłączenia się do butelki Oranżady doszło według mnie zupełnie spontanicznie. Tzw. życiówka. Maćka znamy, bo jest z naszego miasta, a tutaj wszyscy się znają. No, prawie wszyscy. Fajny, ciekawy człowiek, fajnie gra, z wigorem. Więc jakoś tak naturalnie do nas doszedł.

Przemka znamy dłużej. Przedtem nie graliśmy razem, bo my mieliśmy Oranżadę, a on swoje AutoDaFe. Lubiliśmy się, zapraszaliśmy na koncerty, czasem coś poimprowizowaliśmy razem. Przemek ma całkowicie inny styl gry, niż Michał. Nieraz rozmawialiśmy z Robertem, że połączenie tak odmiennych osobowości, jak Michał i Przemo mogłoby przynieść ciekawy efekt. Zastanawialiśmy się co prawda, czy przysłowiowe ego gitarzystów-liderów, pozwoli im na współpracę, ale jak widać, poszło jak po maśle, bo jesteśmy razem już dosyć długo.

Co do nagrywania Samsary, kompozytorsko się niewiele zmieniło od składu trzyosobowego. Za to aranżacyjnie nastąpiła duża przemiana. Maciek mocno wzbogacił brzmienie, dodając raz ducha etnicznego, a innym razem strzelając energią perkusjonaliów. Absolutnie uważam, że Samsara nagrana bez Maćka nie byłaby tak dobrą płytą. Nieskromnie uważam – inaczej niż Robert i Michał – że jest dobra. Muzycznie. Bo jakość nagrania – pewnie, że mogłaby być lepsza.

Brzmienie zespołu zdecydowanie się zmieniło. Pojawiło się więcej klawiszy, miękkiego brzmienia a la Stereolab, nowofalowe inspiracje odsunęliście na bok. Skąd decyzja o zmianie kierunku?

AR: Ale nie było takiej decyzji. To stało się samo. Z graniem, jeśli chcesz być twórczy, jest jak z dorastaniem. Zaczynasz wyrastać z budowania zamków z klocków i zabawy resorakami, a zaczynasz zbierać płyty i podrywać dziewczyny. W następnym etapie sadzisz drzewa, budujesz domy i płodzisz synów, ha, ha. Generalnie, wszystko się zmienia, rozwijamy się jakoś tam przez całe życie. Naturalnym tego następstwem jest wchodzenie w nowe rejony muzyczne.

MK: To chyba naturalny rozwój i chęć zmian. Jakby ktoś grał na skrzypcach, też byście je słyszeli na koncertach. Korzystamy z tego, co jest osiągalne dla nas jako naturszczyków.

RD: Po koniec lat 90. grałem z Przemkiem w Auto da Fe i jego dokładne i wysublimowane brzmienie gitar podobało mi się. Po wydaniu płyty Samsara Przemek dość mocno się zaangażował i praktycznie grał całą płytę na koncertach. To zadziałało tak, że została przyćmiona gitara Michała. A to, że znikła nowa fala, to wynik pojawienia się folkowego turbodoładowania, a czasem słowiańskiej wiochy za sprawą brzmień Maćkowych fujarek, tamburynów i piszczałek. Maciek wprowadził też więcej klawiszy – no i mamy łagodniej.

Gracie sporo koncertów w Niemczech – wiem, że macie tam menedżera. Jak do tego doszło?

AR: Henniga poznaliśmy chyba poprzez Wojcka Czerna. Oni ze sobą współpracowali. Hennig ma w Niemczech agencję wydawniczą i sklep Lollipop Shop. Od dawna zajmuje się propagowaniem na tamtejszym rynku wykonawców ze wschodu, z byłego bloku komunistycznego, i sprzedażą ich dzieł. Tak więc, przy okazji kolejnej jego wizyty w Polsce, doszło do spotkania na którymś z naszych warszawskich koncertów i okazało się, że to przemiły, otwarty człowiek i że się rozumiemy. Zaiskrzyło i wkrótce potem pojechaliśmy szczęśliwi na nasze pierwsze zagraniczne występy.

MK: Poznaliśmy się na jednym z pierwszych koncertów w klubie Aurora prowadzonym wówczas przez Zbigniewa Liberę i jego żonę. Henningowi po prostu spodobało się to co graliśmy - byliśmy wtedy mocno psychodeliczni  – i tak się zaczęło.

Jesteście świeżo po wydaniu czwartej płyty Once Upon A Train. Skąd pomysł na nagranie albumu o mazowieckich stacjach kolejowych? Jak wyglądał proces nagrywania? Byliście fizycznie w tych miejscach?

RD. Once Upon A Train to pochwała dla czasu, kiedy jeszcze każdy go miał tyle, ile chciał. Faktem jest, że każdy z nas podróżował przez te stacje setki razy i mocno się one odcisnęły w naszej psyche. Taka podróż z Otwocka do Warszawy to jakby 45-minutowa mantra. Podobne do siebie, modernistyczne wiaty na dworcowych przystankach w zalesionej okolicy na przedmieściach budowały w mojej głowie zawsze jakieś dodatkowe obrazy podczas podróży. Pomysł nagrania płyty powstał, kiedy znajomy aktor Przemek Skoczek zaproponował zrobienie muzyki do przedstawienia o wymownym tytule Przystanki. To był iskra i drogą transfuzji, nasze wyobrażenia zostały przelane najpierw na wielki kawałek papieru, a potem te pięć pierwszych osobistych i indywidualnych skojarzeń połączyło się w muzyczne miniaturki.

AR: Fizycznie to my te miejsca mamy wryte głęboko pod skórę. To miejsca, w których upływało nam życie. W Otwocku wyrastaliśmy, do Świdra jeździliśmy kąpać się w rzece i skakać na główkę z mostu kolejowego. Józefów miał w czasach naszej młodości najlepszą lodziarnię w okolicy. Do Falenicy jeździło się, jak potrzeba było przyciąć deski w Pagiecie, chciało się kupić gołębia czy królika lub, jak niektórzy z nas, popić piwa na bazarku. Bo trzeba zaznaczyć, że był taki okres pod koniec zeszłego stulecia, że dostanie w Otwocku piwa w sklepie graniczyło z cudem. Jak się pojawiło, to było rozchwytane w kilka minut – i pustynia. A na bazarku w Falenicy Warka zawsze była obecna. Można było jechać w ciemno. I przy okazji chłonąć ten małomiasteczkowy folklor. W Międzylesiu istniał duży zakład przemysłowy ZWAR, który dawał zatrudnienie wielu absolwentom otwockiego technikum nukleonicznego. W ten czy inny sposób byliśmy z tymi miejscami związani.

Inspiracją, jak powiedział Robert, było przedstawienie Przystanki, ale nie tylko.

Równolegle zaniepokoił nas los tych pomników przedwojennej polskiej architektury. Doszły nas słuchy o planowanych wyburzeniach i postawieniu w to miejsce, standardowych plastikowo-blaszano-szklanych daszków. Ta płyta jest więc też czymś w rodzaju protestu przeciw takiemu działaniu, jak i rodzajem albumu upamiętniającego klimat tychże stacji.

Jakiego instrumentarium użyliście na płycie i w jaki sposób go używaliście? Jakieś niestandardowe metody? Płyta była nagrywana analogowo? Skąd zamiłowanie do analogowego brzmienia?

AR: Aby opowieść o czasach świetności tych dworców była bardziej autentyczna i pasująca duchem, dopieściliśmy, doaaranżowaliśmy te dźwięki i wyruszyliśmy do Wojcka (Wojtek Czern, OBUH Records – przyp. redakcji), nagrać je w technice analogowej. Materiał zarejestrowaliśmy spontanicznie, na tzw. setkę, w dwóch, może trzech podejściach, podczas jednej sesji. Potem tylko drobne dogrywki, zaproszony gość – Ziut Gralak, miks w Obuhu i wysyłka do Kalifornii na mastering. Głównym niestandardowym posunięciem było zastąpienie zestawu perkusyjnego jednym drewnianym pudełkiem – instrumentem o nazwie cajon. Został on zakupiony specjalnie na ten projekt. Początkowo miałem obawy, czy udźwignę ten ciężar i uda mi się zastąpić odgłosami jednego pudła ten obszar dźwięków, jaki oferowała mi klasyczna perkusja. Okazało się szybko, że polubiliśmy się mocno. Byłem szczerze zaskoczony, ile można wyciągnąć duszy z tego instrumentu. Oprócz cajona wykorzystaliśmy jeszcze parę instrumentów rzadziej występujących w składzie rockowym. Między innymi harmonijkę, sipsi, djembę. Także flet i trąbkę, ale te były już wcześniej obecne w naszej twórczości.

Dalej już było dosyć standardowo. Chyba że uznamy nagranie wszystkiego na taśmę i na setkę za posunięcie niestandardowe. My kochamy ten rodzaj energii i oczywiste dla nas było, że taki temat jak Przystanki musi powstać w ten właśnie sposób. Co do zamiłowania – dźwięki analogowe są po prostu inne. Może mniej dynamiczne na pierwszy rzut ucha. To jednak złudzenie. Wsłuchując się wnikliwiej, zauważamy bogactwo dźwiękowe, którego brakuje cyfrze. Analogowe brzmienie ma więcej środka, a w tym paśmie się naprawdę dużo dzieje. Poza tym jest cieplejsze. Dobrze nagrana i wytłoczona płyta winylowa kładzie na łopatki ten sam materiał z kompaktu. Oczywiście, wszystko zależy też od muzyki. Na dyskotekę idę potańczyć. Tam nie wsłuchuje się w niuanse, tylko bawię. Tam nie potrzeba analogowego środka. Za to musi być dużo basu i wysokich żeby wibrowało w brzuchu i był mocny bit. Gdy jednak chcemy rozkoszować się muzyką, wtedy okazuje się, że stary poczciwy analog wciąż rządzi.

RD: Wojcek to w pełni profesjonalny reżyser nagrań. Tak zbudowany materiał zapewnił wyklarowane brzmienie, które od początku sesji wspaniale zrozumiał i wyczuwał. Jego dokładność przy doborze mikrofonów i staranność w dobieraniu odległości tychże od wzmacniaczy oraz dość karkołomne zadanie, jak nagranie cajona za 500 zł, były perfekcyjne. Użyliśmy cajona zamiast bębnów i to uwolniło nas od rocka na tym albumie. Zagrałem tam też swoje basy na starej niemieckiej gitarze Framus i zrobiła nam się fajna miękka sekcja. Master robiliśmy u Johna Goldena, trochę licząc na to, że uda się zachować na maksa analogowy charakter nagrania, a trochę żeby ich sprawdzić przed wydaniem kolejnej płyty. Pomysł z masterem za oceanem wyszedł od Maćka Cieślaka. On wie dość dobrze, że całe to analogowe nagrywanie to dość wyczerpująca historia, co udało się nam osiągnąć. Miksy z Wojckiem w Obuhu to też niełatwa sprawa, wziąwszy pod uwagę, że każdy z nas ogarnia większość swoich rzeczy w technice cyfrowej. Nagranie było uwieńczone w pełni analogowym miksem.

Inspiruje Was podróż, przemieszczanie się? Lubicie kolej? Czy macie sentyment do dwudziestolecia międzywojennego i czasów powojennych? Wasze zamiłowanie do Mirona Białoszewskiego jest powszechnie znane osobom znającym Waszą twórczość.

RD: Miron Białoszewski jest jednym z pisarzy, którzy pociągali mnie od zawsze. Jestem podjarany zawsze, kiedy czytam o tym, że chodził tymi samymi ulicami, które znam, pośród porozpieprzanych parkanów, gdzieś na jakimś zadupiu, gdzie nie świeciły nawet latarnie. Ogólnie nie mam jakiejś ostrej jazdy na międzywojenne klimaty. Kolej podmiejska to było swego czasu bardzo ważne medium dla takich Otwocków - załapaliśmy się na czas, kiedy na osobnika PRL przypadało 1/10 fiata albo syreny i wszyscy korzystali z pociągów, tramwajów i okazji. Co do przemieszczania się, jest ono naturalne dla człowieka. Początki osadnictwa i następne stulecia ucywilizowały nas do tego stopnia, że przemieszczamy się większość czasu wirtualnie. Zresztą książka W Drodze Keruaca była dla mnie i kilku moich kolegów kiedyś biblią.

AR: Lubimy oczywiście podróże. Kolej jest takim specyficznym środkiem transportu. Dużo ludzi zebranych razem. Czasem trafiają się różne nieoczekiwane sytuacje. Jest pole do obserwacji otaczającego nas świata. Nieraz ją przeklinamy, gdy pociąg spóźnia się 40 minut albo w godzinie szczytu puszczą jeden skład i trzeba jechać stłoczonym jak sardynki w puszce. Niemniej jednak nie wyobrażamy sobie chyba, aby kolej w ogóle zniknęła z naszego życia. Ma ona jednak swój urok, a i trzeba przyznać, że tabor jest coraz nowocześniejszy i czystszy.

Czasy międzywojenne to fajny okres. Nowy wiek, nowe wynalazki. Carl Gustav Jung i jego nowatorskie podejście do psychologii. Dużo się działo w sztuce, powstał dadaizm, surrealizm. Osobiście w młodości przeżywałem długi okres fascynacji Witkacym.

Czy Once Upon A Train jest dalszym ciągiem Waszej interpretacji utworu Jazda do Otwocka Mirona Białoszewskiego (z Samsary – przyp. redakcji), w którym gościnnie wystąpili aktorzy otwockiego Teatru im. Stefana Jaracza? Ogólny nastrój płyty jest bardzo podobny do tamtego utworu, z tą różnicą, że płyta jest instrumentalna, a poszczególne teksty są dołączone do książeczki dołączonej do albumu. Czy to też elementy twórczości Białoszewskiego?

AR: Cóż, prawda jest taka, że nagrywając tamten utwór, nie mieliśmy pojęcia, że zrobimy kiedyś Przystanki. Zresztą on też nie był od początku planowany. Wyszedł tak jakby przy okazji. Tworząc OUAT, nie myśleliśmy w kategoriach kontynuacji. Ona się po prostu sama ułożyła. Bo to jest fakt, że poprzednią płytę kończy utwór o jeździe pociągiem do Otwocka, a obecna od Otwocka się zaczyna i jest cała w tematyce kolejowej.

 

RD: Teksty w książeczce to zbiór różnych anegdot i opowieści, jakie wypływały w rozmowach ze znajomymi o płycie. Dużo pomógł mi Sebastian Rakowski z Muzeum Ziemi Otwockiej, który jest skarbnicą tego typu historii. Część tych miniaturek to po prostu skojarzenia związane np. ze zdjęciem lub z miejscem, jakie znajduje się w pobliżu stacji, a część to historie autentyczne, które znalazłem w archiwach i opracowaniach dotyczących danej stacji i jej okolic. Tak na przykład historia o mące z Nałęczowa wożonej koleją do Miedzeszyna jest autentyczna. To właśnie w Miedzeszynie piekarze wypiekali chleb dla Warszawy. Są tam też historie wyssane z palca, jak rozmowa na bazarze w Falenicy, taka trochę moja zabawa w pisarza.

Poszczególne utwory imitują brzmienie pociągów oraz oddają senny nastrój stacji kolejowych – prawie w ogóle nie wykorzystujecie wokali. Czy planujecie kolejną płytę z piosenkami?

MK: Płyta piosenkowa właśnie powstaje. Trzy utwory są już nagrane. Zrealizował je i zmiksował Maciek Cieślak. Kolejne są w trakcie tworzenia. To będzie bardzo fajna płyta piosenkowa z piosenkami zarówno po polsku, jak i po angielsku. Z naszego punktu widzenia to będzie coś nowego, bo kompozycje wydają nam się ciekawe – z jednej strony prostsze, a z drugiej bardziej dopieszczone. Będą to tak naprawdę pierwsze kawałki skomponowane równoprawnie przez 5 osób. Poza tym na tej płycie będzie kilku wokalistów, także pochyliliśmy się też nad harmoniami itd. Tu,  myślę, usłyszymy duży wkład Przemka.

Graliście sporo muzyki do filmów. Czy oddzielacie nagrania instrumentalne od piosenkowych, czy to ta sama historia, ale inaczej podana?

MK: Oddzielamy, ale na tyle, na ile możemy, bo grają cały czas te same osoby obdarzone jednak pewnym stylem i podejściem. Oczywiście granie do filmu jest całkiem inne od grania „piosenek”, bo musi pozostać dużo miejsca na obraz, tak aby to jednak film był głównym bohaterem wydarzenia.

AR: Szczerze mówiąc, to nie zastanawiałem się nigdy nad tym. Myślę jednak, że to oddzielne działania i światy. Zależy, jak do tego podejść. Jeśli chodzi o spełnianie się, to jest to faktycznie część tego samego. Tej potrzeby, która w nas żyje. Natomiast jeśli chodzi o podejście do kompozycji, to wychodzimy z innego miejsca. Muzyka do obrazu początki ma w większości w improwizacji. Zapuszczamy film i do niego gramy. Nagrywamy próby, słuchamy i wyławiamy fragmenty, które uznajemy za dobre, starając się je zapamiętać i zrobić z nich stały element. Potem składamy to w całość, dokomponowujemy łączniki. Gdy gramy potem na żywo do filmu, zawsze włączamy stałe fragmenty, grane zawsze tak samo. Są one jednak zazwyczaj bazą do improwizacji, tworzenia świeżych dźwięków, tu i teraz.

Czy supportujecie lub jesteście supportowani przez ciekawe grupy muzyczne? Jakie są Wasze odkrycia na tym polu w ostatnich latach?

MK: Raczej nie supportujemy i nie jesteśmy supportowani, ale to nie jest reguła i nasz wybór. Jesteśmy bardzo otwarci na sytuacje, gdy ktoś nam proponuje, że zagra przed nami – i na ogół się wtedy zgadzamy. Sami kiedyś byliśmy w takiej sytuacji. A z kolei bycie suportem jest jednak trudne, szczególnie jeśli jest przypadkowe. W takich sytuacja można bardzo oberwać. Kiedyś graliśmy przed Lao Che na własną prośbę, bo grali w Otwocku i to nasi kumple, ale okazało się, że oni grają z odsłuchami dousznymi, a my… musieliśmy zagrać bez odsłuchów. Poza tym koncert opóźnił się nie z naszej winy, więc na dzień dobry dostaliśmy wpierdol słowny od otwockiej publiczności.

AR: Lata już nie graliśmy jako support, ale kiedyś, jako młody band, otwieraliśmy koncerty m.in. Pogodno, Ścianki, Apteki, czy Armii. Przed nami też grywały często bardzo ciekawe zespoły. Uciekła mi nazwa jednego, który niedługo po koncertach z nami wybił się, nagrał płytę i wylansował radiowe hity.

Co z pobocznymi projektami? Jest Pol Wanda, są lub były Uchomory, jest też projekt z muzyką improwizowaną: Embassy of Joy. Czy to projekty, w których uczestniczycie dla własnej przyjemności, czy prezentowaliście je publicznie?

AR: I tak, i tak. Jedno drugiemu nie przeszkadza. Jest to jak najbardziej spełnianie zachcianek, szukanie nowych dróg, muzyczne podróżowanie. Ale jeśli fajnie wychodzi i dobrze się z tym czujemy, to czemu się tym nie podzielić, skoro jest zapotrzebowanie. Michał jako Pol Wanda zagrał już kilka koncertów, a w planach ma już następne. Embassy Of Joy dopiero raz wystąpiło publicznie, ale wyszło bardzo fajnie, więc pewnie będzie kontynuacja. Kto wie, może nawet płyta?

Uchomory w tej chwili nie istnieją. Powstały jako poboczny projekt części Oranżady z zaprzyjaźnionymi muzykami – Przemkiem i obsługującym gramofon Magikiem. Ten ostatni zniknął z naszego pola widzenia i został Przemek, z którym zrobiliśmy muzykę do japońskiego niemego filmu Szalony Paź. Nagraliśmy ten materiał w studiu i nawet wystąpiliśmy z nim parę razy. Potem Przemek wstąpił w szeregi Oranżady i tym samym Uchomory przestały mieć rację bytu.

MK: Pol Wanda to coś, co właściwie samo się wykluło. Wszystkie kompozycje powstały w domu na gitarze klasycznej i nie dało się ich brzmieniowo zaaplikować do Oranżady, a strasznie mi się podobały, więc się za to zabrałem. Przy okazji chciałem się sprawdzić na takim solowym polu i czegoś nauczyć. Dzięki temu obnażyłem swoje słabości i myślę, że czegoś się nauczyłem. Teraz to moja odskocznia, która uprzyjemnia mi życie. No i jest to bardzo mobilna opcja, bo wszędzie gdzie pojadę np. z rodziną mogę zagrać koncert. Tak właśnie było w przypadku pierwszego koncertu, który odbył się w Berlinie. Samych koncertów do tej pory zagrałem kilka i będą kolejne: Fląder Festiwal, kolejny Berlin przy okazji wakacji, w październiku Chorzów, a dalej zobaczymy…

Jak wygląda sytuacja Oranżady na dzień dzisiejszy? Sporo koncertujecie, jesteście zapraszani do radia? Pytam również w kontekście obecności na rynku niemieckim.

MK: Koncertujemy właściwie okazjonalnie, bo skupialiśmy się na nowym materiale, ale staramy się raz-dwa razy w miesiącu zagrać. Poza tym na koncertowanie takiego zespołu jak nasz, wpływa wiele czynników i np. z powodu rozjazdów wakacyjnych musieliśmy odrzucić kilka ciekawych propozycji. Myślę, że jesienią będzie więcej okazji do posłuchania nas na żywo.

AR: Dokładnie. Jest lato, sezon urlopowy. Każdy ma rodzinę i gdzieś wyjeżdża. Terminy się nie pokrywają więc do września pewnie będziemy się jakoś mijać. Może oczywiście wpadnie jakaś sztuka do zagrania, kiedy akurat wszystkim będzie pasowało. Na pewno wtedy skorzystamy z możliwości realizowania się na scenie. Bo to nas kręci.

Dzięki za rozmowę, powodzenia w promocji nowej i nagrywaniu najnowszej płyty.

[Łukasz Folda]