polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
BILL ORCUTT How The Thing Sings

BILL ORCUTT
How The Thing Sings

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gitara solo przeżywa pewien renesans. Dla oficyny Vin du Select Qualitite w cyklu akustycznych płyt solo nagrywają m.in. Chris Brokaw, Mark McGuire i Thurston Moore, który na dwunastostrunowym akustyku tworzy tribute dla zmarłego Jacka Rose, a w Ecstatic Peace! wydaje płyty Micheala Chapmana. Więcej śpiewający rówieśnik tego ostatniego Roy Harper doczekuje się obszernego albumu „best of”, okładki w The Wire, a Joanna Newsom nie chce grać w Anglii, jeśli on nie zgodzi się otwierać koncertów. Richard Bishop i James Blackshaw supportują Swans odpowiednio w Stanach i Europie, a do katalogu Thrill Jockey dołączają tacy artyści, jak Glenn Jones. Dust to Digital wydaje pięciopłytową antologię nagrań Johna Fahey dla Fonotone z lat 1958-1965, a gdy umiera Bert Jansch, to nawet Fleet Foxes informują o tym na FB swoje kilkaset tysięcy fanów, wśród których większość pewnie wcześniej nie miała pojęcia, kim Jansch był. Gdzieś obok są jeszcze Dustin Wong (ex Ponytail), Ben Greenberg (Hubble, Zs) oraz Mick Barr (Krallice) i ich błyszczące poszukiwania na gitarze elektrycznej. I to oczywiście część obrazu.

Jeśli ten renesans jest faktem, a nie moją nadinterpretacją, to Bill Orcutt jest jego największym i najbardziej niespodziewanym ekscentrykiem i być może innowatorem. W latach 1990. był gitarzystą noise-rockowego (z naciskiem na noise) trio Harry Pussy, które robiło istne piekło, potem na długo zniknął i pojawił się w 2009 roku z płytą „A New Way To Pay Old Debts”. Nagraną w domu, opublikowaną na własną rękę w labelu Palilalia, później wznowioną przez Editions Mego, które wydało też „How The Thing Sings”. Orcutt na zdezelowanej gitarze bez strun A i D, gra frenetyczne, szaleńcze wariacje na temat bluesa, z echami noise'owych wyczynów z jednej strony, a improv a la Derek Bailey z drugiej. Jednak sprowadzić jego muzyki do wypadkowej źródeł się nie da. Orcutt gra tak, jakby kawalkady akordów, szarpnięcia strun i rytmiczne ciosy, które przychodzą mu do głowy, z trudem kontrolował, co słychać też w jękach, wrzaskach i oddechach – w pierwszym momencie zaskakujących, z czasem okazujących się nieodłącznym elementem tej muzyki. Gra jednocześnie z miłością i nienawiścią do swojego instrumentu, tworząc surową, eksplodującą muzykę, która wydaje się piękna i zarazem obskurna. Pamiętając o różnicy stylistycznej, przypomina mi grę solo Marcina Maseckiego, który również sięga po rozklekotane narzędzia, chwyta brzmienie domowymi sposobami, techniczną perfekcję wykorzystuje do deformacji konwencjonalnych form dla swojego instrumentu i w centrum uwagi stawia proces wydarzania się muzyki.

Jądrem „A New Way…” były porwane, krótkie formy, w których najsilniejsze uderzenia w struny przekraczały możliwości mikrofonów i zapisywały się na taśmie rozmazane. Ta charakterystyczna „niedoskonałość” jest obecna też na nowym albumie, ale jest on pod wieloma względami lepszy od pierwszego. Tamten korzystał na tym, jak bardzo szokujące były styl i brzmienie. Po raz drugi takiego efektu nie można uzyskać. Orcutt wpuszcza do swojej muzyki więcej powietrza, różnicuje tempa, poszerza perspektywę. W finale płyty pozwala sobie nawet na 14-minutową epopeję, w której jego intensywna, agresywna gra okazuje się wręcz liryczna. Niespodziewanie, po wybrzmieniu ostatnich nut pozostajemy w stanie harmonii.

Palilalia to tik polegający na mimowolnym powtarzaniu własnych słów, lub sylab. W kontekście Orcutta, wyśpiewującego niektóre nuty, które gra, można to uznać za autoironię. Ale patrząc szerzej, na cały nurt gitary solo i jego osadzenie w bluesie, americanie, jazzie, sporadycznie nie-amerykańskiej muzyce tradycyjnej (Richard Bishop, Raphael Rogiński), to niemal cecha gatunku, przetwarzającego, reinterpretującego przeszłość. Gdy przychodzi do gry na akustyku, geniusz Johna Fahey rzuca cień na wszystko. Nawet nie dlatego, jak kosmicznie dobry technicznie był Fahey, ale przede wszystkim ze względu na wizję i serce, jakie potrafił włożyć w muzykę. Grając noise, Orcutt może i żałował, że jego sprawności technicznej się nie dostrzega. Teraz słychać, że technikę ma wyjątkową, ale najważniejsze, że ją przetworzył w równie oryginalną wizję. Jednych odrzuci, innych zafascynuje - jak mnie.

[Piotr Lewandowski]