polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Kari Amirian wywiad

Kari Amirian
wywiad

„Daddy Says I'm Special” Kari Amirian to jeden z najciekawszych debiutów tego roku, przełamujący bariery indie popu i muzyki alternatywnej. Przynosi muzykę zwiewną, urokliwą, melodyjną, ale zarazem błyskotliwie zaaranżowaną i zagraną – angażującą serce i umysł odbiorcy. Doskonałe kompozycje, nieszablonowe pomysły i odwagę pójścia własną drogą zaintrygowały nas tak bardzo, że spotkaliśmy się z Kari i jej mężem Robertem Amirianem, współodpowiedzialnym za kształt albumu. Efekty naszej rozmowy znajdziecie poniżej.

Czy kiedy nagrywaliście płytę staraliście się nie słuchać muzyki?

[Kari] Szczerze mówiąc, przestaliśmy jej słuchać dużo wcześniej.

[Robert] Z wyjątkiem polskiego country i szantów, bez tego nie możemy żyć. (śmiech)

[Kari] Kiedyś słuchaliśmy muzyki bardzo intensywnie. Później przez mój codzienny, kilkugodzinny kontakt z muzyką klasyczną podczas zajęć na studiach, które trwały od rana do wieczora nie mogłam już niczego słuchać. Robert, który w pracy przez cały czas miał kontakt z dźwiękiem, miał dokładnie tak samo. I po prostu tak to się ułożyło, że tej muzyki było bardzo mało. A w trakcie tworzenia płyty nie było jej w ogóle… Każdy moment spędzony poza studiem był świętą chwilą. W ciszy.

[Robert] Higiena jest ważna. Słuchanie czegoś byłoby jak telewizor w miesiąc miodowy - zbędne.

Mam wrażenie, że Wasza płyta ma w sobie poszukiwanie, odkrywanie, jak naprawdę chcecie brzmieć, jak grać. Hipotetycznie, gdybyście usłyszeli ją np. rok temu, czy bylibyście zdziwieni, do czego doszliście? Czy może koncept brzmienia i formuły istniał od początku?

[Kari] Ogólny koncept brzmienia był w mojej głowie od początku. Może przez to, że kompozycje determinowały określony sposób myślenia. To czym mówisz, odkrywanie, poszukiwanie zaczęło się w studiu, które traktuję jako jedno z narzędzi kompozytorskich. Kreowanie brzmień, przetwarzanie ich przez filtry, samplery – to było dopiero to! Kolejnym niesamowitym etapem była interakcja z muzykami, którzy wnieśli bardzo dużo do projektu. Nie przygotowałam gotowej partytury, robiliśmy to, co lubię najbardziej – improwizowaliśmy. Konfrontacja naszej koncepcji z pomysłami chłopaków, ich niesamowitą otwartością i chęcią wniesienia do projektu kawałka siebie sprawiła, że efekt końcowy stał się dla nas prawdziwą niespodzianką.

[Robert] To jest tak jakbyś się ubrał, spotkał z ukochaną i ona by powiedziała „Wiesz, ja bym ci zmieniła ten szalik na trochę inny odcień” i miała w tym rację. Tak jakbyś się przejrzał w czyichś oczach. Każdy muzyk grając spełniał swoje zadanie, ale też coś wnosił. To, co grali muzycy, było od strony brzmieniowej moderowane na bieżąco przeze mnie, a od strony muzycznej przez Kari, która mówiła im, czego tak naprawdę od nich oczekuje a co miała niezwykle precyzyjnie określone. Było to bardzo ciekawe, bo każdy z grających na płycie muzyków jest niebanalny. Np. basista Wojtek Traczyk rozmyślnie używa kilkuletnich strun i starych instrumentów, które pomagają mu uzyskać unikatowe brzmienie, perkusista Kuba Szydło ma wyjątkową finezję i potrafi grać wręcz melodyjnie, gitarzysta Krzyś Łochowicz i wiolonczelista Jaś Stokłosa to muzycy, których piękne, charakterystyczne brzmienie wprowadza do aranży nową jakość. I wszyscy potrafili grać jak nigdy przedtem, wydobywać niezwykłe, nawet atonalne dźwięki ze swoich instrumentów.

[Kari] Gdy słyszeliśmy dźwięk zagrany smyczkiem na kontrabasie czy wiolonczeli, często dochodziliśmy do wniosku, że jeden dźwięk to za mało, więc stwierdziliśmy, że zrobimy z tego cały riff. I tak się nawzajem nakręcaliśmy.

Czasami wytłumienie, oddalenie pozwala nabrać dystansu i spojrzeć z perspektywy na to, co się nagrało. Czy mieliście też takie sytuacje, w których potrzebowaliście spojrzeć z dystansu?

[Robert] Tak, chociażby w piosence Jump Into My Heart and Staynagrana była bardzo płynąca i energiczna sekcja rytmiczna. Gdy słuchaliśmy utworu po pierwszym miksie, czuliśmy że warto odejść od oczywistego oparcia piosenki na silnej sekcji. Wtedy była potrzebna inna perspektywa posłuchania. Zaczęliśmy eksperymentować, przesuwaliśmy perkusję do lewego kanału, jak Beatlesi w swoich pierwszych nagraniach, radykalnie zmienialiśmy korekcję robiąc lo-fi, filtrowaliśmy przez analogowe urządzenia, szukaliśmy za horyzontem. A miksy często sprawdzałem słuchając ich z innego pomieszczenia, przez ścianę czy drzwi, np. z łazienki czy hallu, wtedy z innej perspektywy słychać co zaburza proporcje i wystaje z miksu. Pomagało również słuchanie miksów po kilku dniach, z dystansu.

[Kari] Dystans, o którym wspomniałeś, pojawiał się bardzo naturalnie dlatego, że nagrywaliśmy z dużymi przerwami. Pierwszy utwór powstał trzy lata temu. Po nagraniu go stwierdziłam, że to właściwy kierunek, brzmieniowo dobry punkt wyjścia. Praca etapami, ze wspomnianymi przerwami, które wtedy odbierałam jako spowolnienie, ciągłe, nieznośne zatrzymywanie się w miejscu, teraz z perspektywy czasu widzę, że to był potrzebny czas kiedy mogłam nabrać dystansu. Te dwa, trzy miesiące przerwy między sesjami w studio pozwalały spojrzeć na nowo, z zupełnie innej strony.

Myślicie o swoich utworach przede wszystkim jako o piosenkach, które są utkane w taki sposób, że nabierają głębi, drugiego oblicza? Czy myślicie najpierw o brzmieniu, aurze, panoramie, które wyznaczają jak rozgrywają się melodie, jak skonstruowane są piosenki, które po prostu pozwalają to brzmienie urzeczywistnić?

[Kari] W przypadku tego projektu zawsze najpierw była kompozycja, linia melodyczna i wstępny pomysł na aranż. Zawsze wychodzę od piosenki, która dobrze brzmi tylko z fortepianem czy z gitarą. W momencie powstania lub chwilę później przychodzi pomysł na tekst. Zazwyczaj od razu czułam, o czym ma być dana piosenka, jakie emocje ma przedstawiać. Rozmawialiśmy o tym z Robertem, analizując poszczególne fragmenty utworów, próbując nawiązać treścią piosenki do moich pierwotnych skojarzeń.

[Robert] Dla mnie głębia i drugie dno tych piosenek to jedne z najważniejszych walorów tej płyty. To fascynujące, że słowa mogą wchodzić w taką interakcję z muzyką, że zyskują w niej nie tylko ilustrację przedstawionej historii, ale także właśnie drugie dno i nowy kontekst. Naprawdę nieczęsto dostaje się piosenki tak inteligentnie napisane, by uniosły słowa nieopatulone w metafory. Miałem okazję pracować z różnymi artystami i ci, którym zależy na każdym szczególe i słowie, należą do rzadkości. Nam zależało, żeby słowa miały bardzo duży wpływ na to, co dzieje się w muzyce, by powstała spójna, przemyślana historia.

Moim zdaniem wielu polskim zespołom śpiewanie po angielsku pozwala zepchnąć teksty na drugi plan, bo na angielskie trywializmy i banały zwracamy mniejszą uwagę niż gdy słyszymy je we własnym języku. Skoro u Was teksty miały aż taką rolę dla całokształtu muzyki, to czy nie było problemem wyrażenie po angielsku tej treści? Czy może muzykalność tego języka sprawia, że mimo wszystko jest prościej niż po polsku?

[Robert] Polskiemu słuchaczowi jest łatwiej przełknąć banał śpiewany po angielsku niż po polsku, akceptuje go niemal automatycznie i skupia się na muzyce. Jeśli słyszy słaby tekst po polsku, trudniej mu się zadowolić samą muzyką, czuje że to produkt. My nie poszliśmy na łatwiznę, do piosenek Kari banalne słowa by nie pasowały w żadnym języku. Nawet jeśli jest prosta melodia, jak w piosence My Favourite Part, to tekst jest napisany z dbałością, z walorem opowieści. Moim zdaniem Polakowi jest trudno napisać dobry, inteligentny tekst po angielsku; to żywy i bogaty język, z którym trzeba mieć stały kontakt, a tym samym wykonać większą pracę by nie tylko stworzyć coś dobrego ale i poprawnego gramatycznie i stylistycznie. Kari bardzo dobrze wiedziała, o czym piszę i bardzo fajnie się w tym porozumiewaliśmy. Bywało, że ona coś sugerowała, ja to przetwarzałem i wychodziło coś nowego, co oboje czuliśmy.
Nie pamiętam żadnej strofy, która byłaby napisana bezmyślnie, rzucona tak po prostu na zasadzie „nie mam pomysłu, napiszę cokolwiek, przecież to po angielsku więc nikt się nie zorientuje”. Przez cały czas szukałem słów o odpowiednich odcieniach emocjonalnych, porównywałem je, sprawdzałem, mam dużo słowników i zamiłowania do dobrze wykonanej pracy.

Zainteresowało mnie to, że mastering robiliście w Szwecji. Od kilku lat masteringi stają się coraz szerzej dyskutowaną kwestią, przez loudness war czy też wojnę głośności, która osiągnęła taki poziom, że nawet osoby mające luźny kontakt z muzyką, słyszały o niej. Wasza muzyka wymaga dynamiki, czy to wojna głośności była powodem, dla którego zdecydowaliście się na mastering za granicą?

[Robert] Powodem nie była wojna o głośność, a troska o brzmienie. Pierwszym pomysłem był mastering u Dave’a Collinsa z Los Angeles, który robi piękne masteringi, np. dla Stinga, No Doubt, Bruce’a Springsteena, Johna Wiliamsa i innych. W jednym z innych moich projektów zrobił mastering o normalnej głośności, ale bardzo muzykalny, skupiony na smacznym skonturowaniu brzmienia miksu. Jedna z dużych polskich firm nagraniowych go jednak odrzuciła, bo był po prostu za cichy. Po rzeczowej dyskusji trafił do mnie ten argument, że mastering do polskiego radia musi być jednak głośny, żeby piosenka nie brzmiała ciszej pomiędzy innymi utworami... Korespondowałem mailowo z Collinsem i spytałem go, co myśli o Loudness War, czy może to zrobić głośniej. On odpowiedział, że niechętnie, bo wtedy miks straci na powietrzu i muzykalności, które on by wolał zachować. Napisałem mu wtedy, że u nas jest bardzo ważne, żeby te piosenki były po prostu w radiu na podobnym poziomie.

Potem udało mi się namówić do współpracy znakomite studio masteringowe Cutting Room w Sztokholmie, które ma fajnie wypośrodkowaną głośność i jakość brzmienia, robi znakomite mastery. To największe studio masteringowe w Skandynawii a jego właściciel Björn jest prawdziwym pasjonatem masteringu i znakomitym fachowcem. Potrafi tak długo wypośrodkowywać loudness point, by był on wciąż muzykalny. Ale szczerze mówiąc loundess point nie był dla nas najważniejszym argumentem za Cutting Room; wydaliśmy tę płytę w naszym labelu i mogliśmy decydować suwerennie co ma być na płycie i czy ma być bardzo głośno czy nie. Przy każdej piosence napisałem Björnowi wytyczne na co ma zwracać uwagę, na jakie częstotliwości, które mogą na siebie nachodzić i się zdudniać. Główne zalecenie było takie, żeby robił mastering tak, by był on naprawdę muzykalny i wszędzie dobrze brzmiał. Mamy ambicję wydania tej płyty również w małej serii na winylu. Winyl jeszcze wyraźniej ukaże jakość masteringu.

Pewnie trzeba będzie zrobić pod winyl nowy mastering.

[Robert] Być może tak, zobaczymy, zdajemy się tutaj na Cutting Room. Moje miksy specjalnie nie były kompresowane. Może tylko delikatnie limitowane transparentnym BrickWall Limiterem firmy TC Electronic, ale to bardziej z przezorności. Chciałem, by miksy były bardzo otwarte, miały dużo powietrza, a kompresją żeby zajął się właśnie masteringowiec. On sobie bardzo chwalił takie podejście.

Zostawmy już sprawy techniczne na boku i wróćmy do muzyki jako takiej. Wspomnieliście, że przy tej płycie mieliście od początku koncept, ale zespół w trakcie pracy się w tym odnajdywał. Czy w związku z tym druga płyta będzie dla Was trudniejsza, bo nie będzie tego elementu nowości, odkrywania, czy prostsza, bo już wiecie jak wszyscy ze sobą współpracują?

[Kari] Trudno powiedzieć… Na razie mam pomysły na dwa różne projekty, które chciałabym zacząć powoli realizować. Nie wiem jeszcze, jak to będzie jeśli chodzi o skład, bo póki co jestem bardzo przywiązana do obecnej ekipy. Mam wizję muzyki na kilka wiolonczel, bębny i elektronikę. To będzie coś zupełnie innego niż dotychczas. To będzie wielkie wyzwanie dla mnie, kolejna niewiadoma i wielkie znaki zapytania. Nie powiedziałabym, że będzie łatwiej. Chciałabym, żeby było trudniej. Chcę czuć, że pokonuję siebie, że idzie się w nowe. We mnie.

[Robert] Kari jest wizjonerką i improwizatorką, więc może się skończyć tym, że wspomniany zespół, zamiast z czterech wiolonczel i bębnów, będzie złożony z sześciu wiolonczel, dwóch osób grających na kokosach, tresowanego pająka na szpulkach od nici oraz chóru bułgarskich bab. (śmiech)

[Kari] To jest możliwe, zwłaszcza, że nasi chłopcy okazali się niesamowitymi multiinstrumentalistami. Zaczynamy się świetnie bawić grą na różnych przedmiotach, odchodząc od swoich głównych instrumentów.

A propos chóru bułgarskich bab, chciałem zapytać o słowiańskość w Waszej muzyce. To jest coś co w niej odnalazłem, ale nie do końca racjonalnie, bardziej intuicyjnie. Czy Wy dostrzegacie taki element? Czy słowiańskość jest celowa?

[Kari] Bardziej intuicyjna, siłą rzeczy. Jesteśmy z Polski, nie próbowaliśmy nikogo udawać, staraliśmy się bardzo naturalnie i szczerze podchodzić do wszystkiego, co dzieje się na płycie, do każdej melodii, do każdego dźwięku i myślę, że można powiedzieć, że dzięki temu ta muzyka jest w całości słowiańska.

[Robert] A skoro Polacy wzięli się od Wikingów to…

[Kari] …to wszystko zaczyna nabierać sensu.

Płyta zyskuje na popularności i coraz więcej się o niej mówi. W kilku mediach nieuważnie przeczytano tekst przedpremierowy i potraktowano wspomnienie w nim o Lykke Li czy Feist zbyt dosłownie, ktoś dorzucił „polską odpowiedź na Björk” i prawie zostaliście wepchnięci do dość jednoznacznej szufladki. Jak odbieracie interpretację Waszej muzyki przez ludzi z zewnątrz? Ten proces jest dla Was irytujący, zabawny?

[Kari] Nie jest irytujący, raczej zabawny. Nie ma się co oszukiwać, że to bardzo zacna szuflada. Jeśli ktoś wychwytuje w tych piosenkach elementy nawiązujące do Björk czy Lykke Li, to naprawdę bardzo budujące. A z drugiej strony to bardzo zabawne... zwłaszcza porównania typu: „ewidentne wpływy Florence and The Machine”, choć ja nie znam ani jednej piosenki Florence and The Machine! Wiem, że ktoś taki istnieje, ale naprawdę nie znam ani jednej piosenki.

[Robert] Tak naprawdę ani razu nie było takiej sytuacji, że powiedzieliśmy sobie z dumą „wiesz, porównali nas do Björk!”. Nie wywołuje to w nas żadnej reakcji, znamy zasadę działania szuflad, a skupiamy się tylko na tym, żeby produkować dobrą muzykę.

[Kari] Mamy świadomość, że porównania to naturalny proces, ale dla nas to nie ma żadnego znaczenia. Wydaje mi się, że każdy artysta marzy o tym, żeby ktoś wsłuchał się uważnie w to co robisz, a nie rzucał w pierwszej minucie hasła pt: „szuflada #1”, „szuflada #2”. Nie po to poświęcasz kawałek swojego życia, żeby w kilka chwil ktoś Cię bezdusznie sklasyfikował.

[Robert] Dla mnie to był taki sprawdzian, w którym niektórzy dziennikarze bardzo się obnażyli, bo ewidentnie było widać, kto przekopiował tekst z naciąganym porównaniem do Björk. Te porównania były na tyle nietrafione, że było jasno widać, że ktoś nawet nie posłuchał wszystkich piosenek. Ktoś, kto ich naprawdę posłuchał, nie stosował takich porównań. Dziennikarze dokładnie słuchający całego materiału i rzetelnie piszący swoje wrażenia to skarb - wtedy dochodzi do spotkania artysty i dziennikarza na wspólnym gruncie tworzenia czegoś na serio. A teraz jest ważny moment, którego media nie powinny przespać. Najwyższy czas, żeby młodzi muzycy w Polsce przestali wreszcie patrzeć na zagranicę i zaczęli robić swoje rzeczy, a dziennikarze powinni to wspierać. Spada sprzedaż płyt, koncerty debiutantów są coraz trudniejsze do organizowania, bo pieniędzy klubom starcza ledwo na zwroty kosztów podróży, padają firmy płytowe. Dziennikarze mogą pomóc rozwojowi polskiej muzyki niezależnej, jeśli będą bardziej hołubić młode talenty i być trochę jak A&R’owcy gdy ktoś im przyniesie nagrywaną w domu płytkę do oceny – powinni słuchać, oceniać, doceniać, pomagać i promować. Może właśnie na tej płycie będzie... nowa Björk.

[Kari] I może to, co gramy, jest polskie a nie skandynawskie? Ostatnio zadano mi pytanie, czy nie uważam, że twórczość takich zespołów jak Coldair czy Twilite, czyli zespołów gitarowych nawiązujących do skandynawskich brzmień, kojarzących się z nimi, sprawia, że polska piosenka zanika? I rozmowa się rozwinęła w kierunku tego, czym jest polska piosenka...

Niech zgadnę: ma być wykonywana po polsku, jak mówi ustawa o radiofonii i telewizji określająca ile czasu antenowego muszą zajmować utwory słowno-muzyczne wykonywane w języku polskim, a poza tym nawiązywać do Maryli, Ciechowskiego, Lady Pank albo ewentualnie Kaczmarskiego?

[Kari] Ukształtowała się jedna definicja polskiej piosenki, a wszystko co się dzieje poza nią, to jest jedno wielkie odstępstwo. Może czas stawić temu opór? Według mnie zaczyna się nowy rozdział w polskiej muzyce. Przestańmy obsesyjnie porównywać. Zacznijmy dostrzegać to co w nas, Polakach wyjątkowe. Musimy być gotowi i otwarci, bo możemy zwyczajnie coś przegapić.

[Piotr Lewandowski]