polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Tom Waits Bad As Me

Tom Waits
Bad As Me

Tom Waits powrócił po siedmiu latach milczenia. I to jak powrócił! Jego najnowsza płyta „Bad As Me” to prawdziwa uczta muzyczna, gdzie poetyckie ballady mieszają się z rockową zadziornością, a artysta zabiera nas w podróż po swoim szalonym świecie.

Sam Waits jest na współczesnej scenie postacią wyjątkową. Wywiadów nie udziela prawie wcale, żyje z rodziną na odizolowanym ranczu, kolekcjonując zabawne historyjki i absurdy prawne (Panie Tomie, zapraszam do Polski, tutaj ich pełno!). Za najgorszą rzecz, którą może zrobić artysta, uważa wystąpienie w reklamie, przed którą próbuje również ocalić swoją muzykę. Stąd parokrotnie pozywał wielkie koncerny o naruszenie praw autorskich. I tak na koncie ma już wygrane procesy z takim korporacjami jak Opel czy Audi. Urodził się w 7 grudnia 1949 roku w kalifornijskiej Pomonie, chociaż niektóre źródła podają, że było to tylne siedzenie nowojorskiej taksówki.

Debiutował albumem „Closing Time” w 1973 roku. Utrzymana w jazzowo-bluesowym klimacie płyta to pasjonująca wyprawa w głąb zadymionego klubu, podczas której mamy okazję wysłuchać dwunastu piosenek, gdzie głównymi bohaterami są życiowi outsiderzy i ich złamane serca. Opowieści o ludziach z marginesu i ich borykaniu się z codziennością to niewątpliwie zasługa fascynacji literaturą beatników, którą Waits z czasem zacznie deklamować na późniejszych albumach, a co więcej, nagra musical z jedną z ikon tego ruchu Williamem S. Burroughsem. Album, mimo pozytywnych recenzji nie zyskał odbioru wśród szerszej publiczności. Dopiero wydany w 1976 roku „Small Change” przyniósł mu uznanie i sławę, a także wyznaczył kierunek, w którym zacznie zmierzać jego muzyka. Dla wielu jest to album przełomowy. To właśnie na nim mamy do czynienia z zupełnie innym artystą. Uzależnienie od alkoholu odbiło się na jego głosie, który stał się szorstki i zdarty o burbonu i papierosów, a sam Waits próbuje rozliczyć się ze swoim problemem alkoholowym. To chyba również najbardziej pesymistyczna płyta w jego dorobku, chociaż nie pozbawiona gorzkiej ironii, chociażby w postaci piosenki The piano has been drinking(not me).

Lata 1980. to okres bardzo twórczy dla Waitsa. Oprócz solowych albumów, komponuje muzykę do filmów Jarmuscha i Coppoli. Za ścieżkę do obrazu tego drugiego zostaje nominowany do Oscara. Nie można również nie wspomnieć o ślubie z Kathleen Brennan. To za jej sprawą jego twórczość zaczyna zmierzać w kierunku szalonego i rozbudowanego spektaklu, związanego z rockową awangardą spod znaku Franka Zappy czy Captaina Beefhearta, a sama Brennan stanie się współautorką piosenek na jego późniejszych albumach. Doskonałym owocem owych poszukiwań i eksperymentów jest wydany w 1985 roku krążek „Rain Dogs”. Muzycznie to album niezwykle wielowątkowy, bogaty aranżacyjnie, zaczynając od poetyckich ballad (Time), przechodząc po wczesny blues (Gun Street Girl) a kończąc na elementach zaczerpniętych z gospel (Anywhere I Lay My Head). To wykrystalizowanie się niepowtarzalnego stylu, przez zsyntezowanie jazzu, bluesa, rocka czy nawet country sprawia, że wielu uważa „Rain Dogs” za najlepszą płytę w jego karierze. Można to zrozumieć, skoro już sama lista muzyków, którzy wystąpili na tym albumie jest naprawdę imponująca m. in. Tony Levin, John Lurie, Keith Richards i Marc Ribot. Dwóch ostatnich możemy usłyszeć też na najnowszym albumie.

„Bad As Me” to 13 numerów, które łącznie trwają 45 minut. Album zdecydowanie różnie się od poprzednika z 2004 roku, „Real Gone”. Zamiast kakofonii dźwięków, otrzymujemy piosenki znacznie prostsze w swojej strukturze oraz mniej eksperymentalne w warstwie muzycznej. Otwierający płytę kawałek Chicago to muzyczna podróż rozpędzoną lokomotywą, gdzie główną rolę odgrywają wszelkiego rodzaju dęciaki, harmonijki, a całość dopełnia bluesowa gitara. Następny Raised Right Men to soczyście przesterowany blues, wręcz skłaniający do sięgnięcia po szklaneczkę dobrego whiskey i wypicia zdrowia Toma. Kolejne minimalistyczne Talking At The Same Time zaskakuje ze względu na niezwykle czysty głos Waitsa, który opisuje obecny kryzys gospodarczo-społeczny („Well it’s hard Times for some /For others it’s sweet/Someone makes money when there’s blood in the street”). Get Lost to energiczne lata 1950’, przy którym nogi same podrywają się na parkiet. Face To The Highway powinno być dołączane do książek Kerouaca jako soundtrack, zaś Pay Me, gdzie Waitsowi towarzyszy jedynie akordeon, równie dobrze mogłoby się znaleźć na albumie „Frank’s Years Wild”. Back In The Crowd to przepiękna ballada, gdzie w tekście znajdziemy odwołania do piosenki Picture in The Frame z „Mule Variations” („Take my picture from the frame/and put me back in the crowd”).

Wypełniona nostalgią Kiss Me to powrót do twórczości z początku kariery. Przy dźwiękach gitary i pianina Waits wyśpiewuje jakże pięknie „I want you to kiss me like a stranger once again”. W rockandrollowym Satisfied na gitarze udziela się Keith Richards, a sam tekst jest zabawną grą słowną z hitem Stonesów. Zresztą w refrenie Waits pozwolił sobie na odrobinę uszczypliwości (“Now Mr. Jagger and Mr. Richards/I will scratch where I’ve been itching”). Perełką jest utwór Last Leaf, który jest duetem z Richardsem. Niezwykle melancholijna ballada pozwala na chwilę uciec od zgiełku wielkich miast i zatopić się w refleksji. Jednak tylko na chwilę, bo następny kawałek Hell Broke Luce przenosi nas na front wojenny, gdzie potężne riffy Ribota idealnie dopełniają linię basu, na którym gra Flea z RHCP, a sam Waits daje upust swoim politycznym poglądom. Album zamyka sentymentalny New Year’s Eve, oparty na szkockiej melodii Auld Lang Syne, którą notabene Tom wykorzystał już wcześniej, na płycie „Foreign Affairs”.

„Bad As Me” to album, który jest esencją waitsowskiej muzyki. Tom Waits pokazuje, że wciąż nie stracił nic ze swojego autentyzmu i niepowtarzalności. Że w międzyczasie może robić przerwy, cuda, wydobywać z otchłani niepublikowane archiwa w sile trzech CD, ale gdy znowu zechce wziąć się za piosenki, to efekty są piorunujące. Że nadal potrafi sięgnąć do korzeni amerykańskiej muzyki, a co więcej, nadawać jej swój osobisty charakter. W sumie to już został jej klasykiem.

[Mateusz Nowacki]