polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
TINARIWEN Tassili

TINARIWEN
Tassili

Celowo wklejam z notki prasowej: „Album został nagrany na algierskiej pustyni i jest powrotem do muzycznych korzeni grupy – tym razem elektryczne gitary zostały zastąpione akustycznymi, a towarzyszą im prymitywne, plemienne rytmy. W powstaniu płyty wzięli udział Tunde Adebimpe i Kyp Malone z TV On The Radio a także Nels Cline z zespołu Wilco. Nad Wisłą „Tassili” ukazuje się nakładem Universal Music Polska.” Koniec cytatu. Nawarstwienie wewnętrznych sprzeczności w tym fragmencie poraża. Można go zignorować jako marketingowy bełkot przesiąknięty postkolonialnym poczuciem wyższości, ale wymownie sygnalizuje on ryzykowną decyzję, jaką Tinariwen podjęli na tej płycie – zmianę. Wartość, której wymagamy od muzyki naszego kręgu kulturowego i mamy niebezpieczną tendencję do tego, by analogicznie postrzeganej zmiany oczekiwać od muzyki wywodzącej się z innych kręgów, a nawet tzw. muzyki tradycyjnej. A przecież kluczowe dla magnetycznej siły Tinariwen (to samo dotyczy Group Doueh, Inerane czy Konono) jest właśnie to, że nie tylko przez cały czas jej obecności globalnej (lat 10), ale znacznie dłużej, po prostu jest ona ciągle (dla nas) taka sama. Że rozróżnienie z pamięci utworów jest dość trudne, a na koncercie tworzą one transowy flow. I że wpływy muzyki zachodniej dostajemy przefiltrowane w sposób, którego zrozumieć do końca nie potrafimy.

Być może aksjomat zmiany zostaje jednak przez zespoły afrykańskie z czasem przyjęty oddolnie, wystarczy spojrzeć na ostatnią płytę Konono no. 1. Tylko, że niestety rzadko wynika z tego coś dobrego. I bynajmniej nie na pierwszej, naszpikowanej featuringami, części „Tassili”. Jeszcze Nels Cline w otwierającym album Imidiwan Ma Tennam z klasą umiejscawia się w tle, ale obecność śpiewających panów z TV on the Radio jest już bardziej nachalna, podobnie jak (skądinąd sprytne) aranżacje instrumentów dętych w Ya Messinagh. Muzykom TVOTR, zwłaszcza po tak wyrachowanej własnej ostatniej płycie, wyśpiewanie refrenów w Tenere Taqhim Tossam, czy snującego się łuuu w Walla Illa (dobrze, że nie wacka wacka), pewnie dobrze zrobi, ale moim zdaniem Tinariwen nie jest do niczego potrzebne. Ich muzyka sama broni się swym skupieniem, głębią, fascynującą melodyką i bluesem tak przeżytym, jak chyba już na Zachodzie się po prostu nie da. Co doskonale słychać w drugiej części płyty, gdy Tinariwen grają sami i wtedy akustyczne aranżacje oraz ciepłe, profesjonalne nagranie wystarczają, by ukazać ich w nieco innym, jeszcze bardziej przystępnym, świetle niż w przeszłości, a z tą samą klasą. Całe szczęście, że na koncertach będą wszystko grali sami, bo to muzyka zbyt rzadkiej i cennej jakości, żeby ją psuć byle jakimi melodyjkami.

[Piotr Lewandowski]