polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Fleet Foxes Helplessness Blues

Fleet Foxes
Helplessness Blues

Muzyka Fleet Foxes jest niemal skazana na sukces. Wywołuje mnóstwo skojarzeń znanych i lubianych, ale nie daje się jednoznacznie przypisać poszczególnym z nich. Kompozycyjny, aranżacyjny i melodyczny talent Robina Pecknolda jest ogromny, ale jego zespół bardzo szybko się uczy. Dlatego nowy album zachowuje charakterystyki pierwszej epki i płyty, ale nie pozwala na skwitowanie go „to już było”. Melodie i harmonie wokalne Fleet Foxes nadal rozdają hojnie, przez co uwadze umknąć może to, jakie postępy poczynili na polu instrumentalnym i aranżacyjnym. Na „Helplessness Blues”, płycie bardziej refleksyjnej i minorowej niż te sprzed trzech lat, okazują się zespołem bardziej wszechstronnym i operującym szerszą paletą barw.

Mniej urokliwy w pierwszym kontakcie, album z czasem nabiera siły i głębi, na tle których debiutanckie wydają się nieco naiwnym, radosnym hasaniem po ostatnich hippisowskich ruczajach (ale i tak nadal je lubię). Zwłaszcza w tych momentach, gdy Fleet Foxes z pomysłów na dwa utwory tkają jeden (The Plain / Bitter Dancer), a nawet jeszcze kontrapunktują je instrumentalnym pasażem podkreślonym kontrabasem basowym (The Shrine / Argument). Oczywiście nadal słychać tu pewną niedojrzałość, zwłaszcza w tekstach, a popowe wysunięcie przez Phila Ek wokalu Pecknolda aż tak na pierwszy plan jest chwytem po publiczkę. Ostatnie dwa lata przyniosły odwrót nowofolkowej wierchuszki od tej formuły, czy to w stronę elektroniki (Sufjan), rocka lat 70. (Iron & Wine), 80. (Bon Iver) czy koktajlowe kurioza (Devendra B.) i wygląda na to, że tylko najmłodsi wiekiem i stażem Fleet Foxes ciągle chcą w tej formule odnajdywać coś twórczo nowego. I bardzo dobrze im to wychodzi.

[Piotr Lewandowski]