polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
The Kurws Dziura w getcie

The Kurws
Dziura w getcie

Wrocław to aktualnie jeden z najjaśniejszych punktów na muzycznej mapie Polski. Debiutancki materiał The Kurws można uznać za kolejny tego wyraz. Tym razem to nie awangardowy jazz (przynajmniej nie do końca), którego sporo się gra w stolicy Dolnego Śląska (choćby ostatnio Mikrokolektyw), nie ambitny hip hop w stylu Roszji, czy rozbuchana samplodelia (jak ta Monosylabikka), a po prostu punk. Czy też post punk, jak chce zespół (lub wydawca).

Nie mamy tu jednak do czynienia z kolejną wariacją na temat twórczości Joy Division - nic z tych rzeczy. The Kurws są raczej funky – jak Gang Of Four. Albo bardziej NoMeansNo. Poza tym zdaje się, że chcą brzmieć tak jakby produkował ich Albini. I niewiele im brakuje. Jest surowo. I to bardzo, co podkreśla jeszcze forma wydawnictwa – limitowana kaseta ze stylową okładką młodszego „brata” Macieja Sieńczyka – Janka Kozy. Nie ma śpiewania, chwytliwych refrenów, wdzięczenia się i puszczania oczek. Trafia się wprawdzie mała wycieczka w stronę współczesnych Wysp w końcówce Lech Wałęsa , ale jest to trip zdecydowanie krótki i bezpretensjonalny. „Dziura w getcie” to w ogóle materiał wielowątkowy. To nie tyle wydawnictwo punkowe, czy post punkowe, co o punkowym brzmieniu. Brudne riffy raz zapętlają się w transowych figurach niczym w kawałkach nieco chyba zapomnianego węgierskiego Trottela, gdzie indziej pędzą w prymitywnym trzyakordowym pędzie przypominającym klasyczne punkowe „raz-dwa-trzy”; tu i ówdzie zaskowycze saks, zaskwierczy prąd.... Tak mogłoby brzmieć The Ex gdyby było bardziej groovy.

[Michał Nierobisz]