polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Daniel Higgs wywiad

Daniel Higgs
wywiad

Daniel Higgs, kiedyś wokalista Lungfish, od kilku lat gra solo (lub z drobną pomocą przyjaciół) surową muzykę z głębi trzewi – ascetyczną i na pierwszy rzut oka kontrastującą z rockową intensywnością jego dawnego zespołu. W maju po raz pierwszy dotarł do Polski, wyposażony w banjo i płócienną torbę. Zagrał kameralne koncerty, a jego naturalnie płynąca, cierpliwa narracja pozwalała nawiązać bliską więź z muzyką tego nietuzinkowego artysty. Z Higgsem rozmawialiśmy po koncercie w warszawskiej Eufemii.

Słuchając Twoich albumów mam wrażenie, że grasz rzeczy tradycyjne, choć tak nie jest. Na koncercie jeszcze mocniej wydawało mi się, że słucham reinterpretacji starej muzyki. To wszystko Twoje piosenki?


Tak, wszystkie są moje.

Jak wiele improwizacji jest w tych utworach?

Piosenki mają melodyczną tendencję i tekst. Za każdym razem gdy je gram, na koncercie, albo dla siebie, zawsze się zmieniają w trakcie występu. Zmieniam frazy, dodaję nowe akcenty w różnych fragmentach. Nie wiem jak to nazwiesz. Improwizuję skomponowany kawałek. Tak mi się wydaje.

Wiele w Polsce osób kojarzy Cię raczej z gry w Lungfish niż solowych dokonań. Obecna praktyka jest bardzo różna od grania w zespole?

Główną różnica polega na tym, że w Lungfish współpracowaliśmy w pisaniu piosenek i by rozumieć jaki był wkład poszczególnych osób w piosenkę, zawsze pracowaliśmy razem. Więc te piosenki były zawsze bardzo precyzyjnie skomponowane. Może czasami bardziej, niż się wydawało.

Na „Say God”, Twoim ostatnim solowym albumie używasz wielu instrumentów, obok banjo też harmonii, bębnów itd. Czy granie koncertów tylko na banjo jest kwestią pragmatyczną, czy na żywo wolisz ograniczyć środki do minimum z artystycznych względów?

Podróżowałem również z bębnami, ale przestałem ich używać, bo chciałem grać bardziej melodyjnie. Dlatego teraz używam tylko banjo. Rzeczywiście jest o wiele łatwiej podróżować tylko z banjo. Ale ten wybór nastąpił przede wszystkim ze względu na muzykę. Rzadko gram z innymi, teraz to się zdarza, ale przeważnie jestem sam, więc myślę o tym, co mam do zaoferowania. A bębny stały się zbyt wyczerpujące, nawet dla mnie.

Pewnie się mylę, ale mam wrażenie, że trochę osób słuchających Lungfish przegapiło Twoje pierwsze płyty solo i teraz widząc Cię na koncertach w Polsce, albo słuchając nowszych nagrań, straciło poczucie ciągłości. Czy po zakończeniu działalności Lungfish przerzuciłeś się na grę solo, czy to rozwijało się równolegle do tamtego zespołu?

Równolegle i pochłonęło trochę czasu. Przez wiele lat grałem muzykę tego typu w domu, ale nawet teraz ona się ciągle rozwija. Jednak główny przeskok, który słuchacz odbiera jako stylistyczną zmianę polega na tym, że wtedy grałem w zespole, a teraz jestem sam. Co mogę zrobić sam? Nie zrobię takiej muzyki jak Lungfish w pojedynkę. Szukałem więc instrumentów. Zacząłem od gitary, śpiewałem i grałem na gitarze. A potem znalazłem banjo i sprawdzałem, co mogę z nim zrobić i uczyłem się tego instrumentu. Ale myślę, że duch tamtej i tej muzyki jest podobny, myślę, że wielu ludzi może to poczuć lub usłyszeć.

Też tak myślę. Ale można być zdziwionym. Jeślibyś powiedziałbyś, że na „Say God” grasz tradycyjny gospel, a bardziej piosenkowy materiał wykorzystuje coś z antologii Harry’ego Smitha albo Alana Lomaxa, to bym uwierzył. Jest w Twojej muzyce coś surowego w niewspółczesny sposób.


Wiesz, chciałbym się nauczyć jakichś starych piosenek, ale obecnie nie znam żadnych.

Serio?


Nie znam. Myślę, że moja muzyka zbliża się do punktu, w którym mógłbym się paru nauczyć i je zagrać. Bo wiele z nich jest trudne do zagrania i myślę, że teraz dopiero byłbym w stanie się ich nauczyć. Mam nadzieję, że zrobię to w tym roku. Mam kilku przyjaciół, którzy znają stare piosenki.

Na czym polega ta trudność? Na pierwszy rzut oka muzyka folkowa wydaje się prosta, używa prostych znaczeń i środków. Więc na czym polega trudność ich grania?

Na banjo?

Na przykład.

To trochę kwestia techniczna, ale to także kwestia intonacji. Możesz to zaliczyć do sfery technicznej, ale nie wiem czy słusznie, bo trudność polega na zmaganiu z jakością ekspresji. A może te utwory wcale nie są trudne, ale ja tak uważam – są trudne, jeśli chcesz podejść do nich z szacunkiem. Co innego nauczyć się nut, a co innego zagrać piosenkę i ją ożywić. Wiele osób umie to zrobić i bardzo ich szanuję, że potrafią utrzymać piosenkę przy życiu, a nie zaledwie ją powtórzyć.

Kiedy wplatasz w występ element narracji, nawiązujesz dialog z publicznością, mam wrażenie, że przywołuje taką tradycyjną funkcję muzyki – trochę grajka jako opowiadacza, trochę pewnego rytuału. Czy to się odnosi do tradycyjnej amerykańskiej muzyki?

Słyszałem tego typu muzykę na nagraniach. Sam gram muzykę rockową, w pewnym sensie folkową, bo to jest ludowa muzyka. Ale obecnie daje ona bardzo szerokie możliwości stylistyczne, także instrumentarium obecnie całkiem duże pole dowolności. Wielu młodych ludzi zaczyna obecnie grać rocka i większość gra tak samo, na podstawowych rytmach i nawet się ich nie uczą, bo całe życie je słyszą. Nie wiem, jaki jest związek mojej muzyki z folkową tradycją amerykańską. Zależy co przez nią rozumiemy. Wydaje mi się, że mówisz o gitarowej muzyce z gór itd. Doceniam ją, ale nie jestem osobą związaną z wsią, moja rodzina żyje w Stanach od dwóch czy trzech pokoleń, zależy od której strony. Pochodzę ze świeckich, miejskich, nawet podmiejskich amerykańskich środowisk. Ponieważ gram sam i do tego na banjo, jestem łatwo kwalifikowany, błędnie. Używam banjo, bo kocham brzmienie tego instrumentu i mogę się dzięki niemu wyrazić. Uwielbiam tradycyjne granie, ale nie znam go dokładnie. Być może w przyszłości będę grał bardziej tradycyjną muzykę, ale obecnie staram się grać swoje piosenki w odpowiedni dla mnie sposób, a także tak, by w pewnym sensie zadowolić publiczność – trafić do umysłów, ciał czy ducha ludzi, a nawet wszystkiego na raz. Być może w efekcie jednak jestem przykładem współczesnej amerykańskiej muzyki folkowej. Ale myślę, że jest wielu ludzi, którzy dyskutowaliby z tą tezą, ponieważ nie należę do prostej linii.

Moja wiedza na temat amerykańskiego folku musi być wybiórcza. Znam pewne elementy układanki, pewne podejścia…

Mój przyjaciel studiował wschodnioeuropejską muzykę folkową. Wyjaśniał mi coś, co jest kluczowe dla muzyki folkowej. Prawdziwa folkowa piosenka pojawia się wtedy, gdy ktoś ją wymyślił pokolenia wcześniej, nie jest istotne kto, bo piosenka nabrała kształtu, który kochamy i rozpoznajemy, dzięki temu, że była grana przez wiele osób i każdy coś dodawał. Ale z drugiej strony, muzyka przenika, wywiera bardzo pośredni wpływ, którego skutkiem jest dziwne zjawisko polegające na tym, że wiele z melodii, które staram się improwizować, to stare melodie. Nie wiem z jakich piosenek pochodzą, nikt tego nie wie, ale mają melodyczną logikę, która jest częścią całej rodziny piosenek. Więc może jestem bardzo blisko z tym związany, nie wiem. Myślę, że o tym decydują słuchacze.

W porównaniu na przykład z gitarą elektryczną, banjo wydaje się ograniczonym instrumentem – ma dość wąską skalę, nie ma naprawdę niskich tonów. Jak traktujesz te ograniczenia?

Tak jak powiedziałeś, każdy instrument ma swoje ograniczenia, ja mam też drugie banjo z niższą skalą. Ale nasze ciała też mają granice i jesteśmy otoczeni przez granice, jest to jeden ze sposobów poruszania się w rzeczywistości, w zależności co i gdzie jest granicą. Nie myślę o tym zbyt wiele. Mój głos jest bardzo ograniczony, ale wewnątrz tych granic istnieją nieskończone możliwości, więc po prostu nie czuję się związany limitami instrumentu. Kiedyś grałem na drumli, to ekstremalnie dźwiękowo ograniczony instrument, monotonny, możesz pracować tylko na kilku harmoniach. Ale na tym instrumencie nauczyłem się, że nie ma ostatecznej maestrii żadnego instrumentu. Przynajmniej nie przy moim sposobie grania muzyki. Może na poziomie ukończenia konserwatorium takie rzeczy istnieją, nie wiem. Ale dla samouka to zbyt szerokie i każdy nowy etap zadziwia, tak mi się wydaje. Chodzi o ekspresję: jaką ma muzyk wykształcony, a jaką niewykształcony. Wielu wykształconych muzyków potrafi wyrażać komunikaty innych ludzi, są w tym wyszkoleni. Kiedy jesteś samoukiem, starasz się wyrażać się siebie – bezpośrednio i jasno.

Ty wyrażasz się nie tylko przez muzykę – publikowałeś też teksty, obrazy, nawet na stronie Thrill Jockey Twoje płyty przeplatają się z książkami. Jak sam podchodzisz do tych różnych obszarów? Postrzegasz siebie jako muzyka, który również zajmuje się na przykład malarstwem?

Nie do końca. Postrzegam siebie jako muzyka, artystę wizualnego i pisarza. Dla mnie to jedna i ta sama działalność, tylko przejawiająca się w różny sposób. Część z tego jest dwuwymiarowym obrazem, część słowami, część w dźwięku lub dźwięku i słowach. Ostatnimi laty realizuję się głównie w muzyce, bo najlepiej oddaje ona to, co chcę wyrazić. Nadal też dużo piszę, ale większość moich tekstów znajduje się w piosenkach. Zwykle pisałem różne rzeczy, niektóre do zaśpiewania, a niektóre nie. Ale tak, to wszystko jest dla mnie jedną twórczością, szczególnie ich nie rozdzielam. Jeśli jestem znany jako muzyk, to w porządku. W sumie najbardziej się nim czuję, zarówno publicznie jak i w domu. Ale realizuję się w tym wszystkim równocześnie.

Współpracowałeś ostatnio ze szwedzkim zespołem The Skull Defekts na ich ostatniej płycie, grałeś z nimi też na koncertach. Brakowało Ci grania z zespołem?

To taka drobna rzecz, w ramach przyjaźni. Zaśpiewałem na ich płycie, zagraliśmy razem na Supersonic Festival w Anglii. Poprosili mnie o to, są moimi przyjaciółmi. Wiele się przy nich nauczyłem, ale generalnie koncentruję się na tym, co dzisiaj usłyszałeś, nad tym spędzam większość czasu.

Od kilku lat jest przetacza się fala reaktywacji zespołów z lat 1990tych. Chyba poza Nirvaną (z oczywistych względów), Fugazi i Lungfish już wszyscy ponownie grają. Wy się nad tym nie zastanawialiście?


Zagramy ponownie tylko wtedy, gdy poczujemy, że chcemy i będziemy mieli możliwość to zrobić. Ale nie wydaje mi się, by tak się stało. Proszono nas o to w znaczeniu, o którym mówiłeś – dostaliśmy ofertę grania przed znanym zespołem z lat 1990tych, znacznie większym niż my. Ale nie byliśmy zainteresowani. Rozmowy nawet nie doszły do etapu pieniędzy, nawet nie wiem, ile by nam zaoferowali.

Podejrzewam, że dużo.

I to pewnie jest powód, dla którego wiele zespołów się na to godzi. Szczególnie, jeśli nie zarobili wielu pieniędzy w latach 1990tych. Teraz ktoś oferuje im dużo pieniędzy, których potrzebują. I znów zagrają muzykę, którą uwielbiają grać i której ludzie chcą słuchać. Zupełnie ich rozumiem. Ale myślę, że my zrobilibyśmy to, gdybyśmy mieli nowe piosenki, zresztą nie wiem, nie wydaje mi się, by to nastąpiło.

Macie ze sobą kontakt, prawda? Widziałem, że na tej trasie grasz nawet wspólny koncert z Zomes.

Jesteśmy sobie bliscy. Lungfish to spora część naszego życia, ale teraz jesteśmy na innym etapie.

Dziękuję za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]