polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Twilite wywiad z Pawłem Milewskim i Rafałem Bawirszem

Twilite
wywiad z Pawłem Milewskim i Rafałem Bawirszem

Debiutancki album grupy Twilite przyniósł zestaw zgrabnych, prostych akustycznych piosenek, druga płyta pokazuje grupę świetnie operującą brzmieniem i aranżacjami, budującą przemyślaną i wciągającą całość. Naszym zdaniem to właściwa droga dla Twilite, coraz śmielej skłaniającego się do rozszerzenia formuły duetu na szerszy skład. Z przyjemnością prezentujemy wywiad, którego udzielili nam Paweł Milewski i Rafał Bawirsz.

Widziałem ostatnio wypowiedź jakiegoś zespołu, który narzekał, że pierwszą płytę robił na luzie, zbierał pomysły z całej kariery i generalnie fajnie się przy tym bawił. A potem musiał grać trasy, udzielać wywiadów, prowadzić facebooka i gdy nagle okazało się, że trzeba w trzy miesiące zrobić nowy album i jest dramat. Co ma sugerować, że drugie płyty są ogółem trudniejsze. Dla Was nagranie „Quiet Giant” było trudniejsze, czy prostsze niż stworzenie „Bits & Pieces”?

[Paweł] Nasza sytuacja była troszkę inna niż opisana przez Ciebie. Faktycznie, materiał na pierwszą płytę zbieraliśmy przez bardzo długi okres, a te piosenki nie powstawały z myślą o tym, że się kiedyś ukażą na płycie, tylko robiliśmy je ot tak, dla siebie. Okazało się, że wyszły na płycie – bardzo fajnie. W przypadku drugiego albumu rzeczywiście przyszedł moment, kiedy zaczęliśmy myśleć o tym, że chcemy go nagrać i że trzeba materiał na niego jakoś stworzyć. Nie zastanawialiśmy się specjalnie nad tym, jak przebić pierwszą płytę, tylko po prostu w pewnym momencie nadszedł, powiedzmy, okres twórczy, kiedy piosenki zaczęły się pojawiać. Niemal cały materiał na drugą płytę powstał na przestrzeni dwóch czy trzech miesięcy, ale nie musieliśmy dotrzymać żadnego deadline’u. Nagranie też poszło sprawnie.

[Rafał] Z tym, że mieliśmy plan, żeby na drugiej płycie utwory były bardziej rozbudowane aranżacyjnie, wiedzieliśmy, że będziemy mieli więcej czasu na nagrywanie, na dopracowanie wszystkiego i szukanie kolejnych ciekawych pomysłów. Na realizację pierwszej płyty mieliśmy przeznaczone tylko pięć dni, bez wcześniejszego doświadczenia w nagrywaniu studyjnym, a teraz aż trzy miesiące, więc zupełnie inaczej to wyszło i z pewnością ciekawiej.

Jak teraz postrzegacie pierwszy album? Dzięki niemu zaistnieliście, ale teraz słychać, że jest znacznie surowszy od drugiego. Patrzycie na niego raczej z sympatią i wyrozumiałością czy raczej z żalem, że pewne rzeczy mogliście zrobić inaczej, lepiej?

[Paweł]
Mam wrażenie, że dwojako patrzymy na tę płytę. Na pewno nie możemy jej już słuchać, ja absolutnie nie mogę, bo wszystko chciałbym zmienić i w ogóle nic mi się nie podoba. Ale mimo tego oczywiście patrzymy na nią z sympatią, choćby z tego względu, że rzeczywiście dzięki niej zaistnieliśmy. Sam fakt, że ta płyta się wydarzyła, zupełnie bez presji z naszej strony, że nagraliśmy ją tylko dzięki naszej muzyce, która komuś się spodobała, kto chciał ją wydać. Przecież dostaliśmy po prostu zaproszenie od braci Kapsa, żeby u nich nagrać i wydać płytę. To mnie bardzo cieszy, że ten album powstał tak jakby sam z siebie. Nie chcę zabrzmieć nieskromnie, ale powstał dzięki jakości muzyki. To miłe.

[Rafał] Kompozycje z pierwszej płyty nie są złe i nadal mi się podobają, tyle że nie mieliśmy dostatecznej ilości czasu na dopracowanie wszystkiego w trakcie nagrywania. Na przykład część wokali można by było poprawić.

[Paweł] Słychać, że ta płyta była robiona w pośpiechu i bez doświadczenia.

[Rafał] Podczas urlopowego przyjazdu do Polski z Irlandii.

Gdy zobaczyłem gdzie i z kim nagraliście drugi album, pomyślałem, że jest bardzo poznański. Dragon to miejsce, w którym powstało sporo płyt, głównie jazzowych i nagrywanych live, towarzyszą Wam muzycy związani z tym miastem. Ale Was akurat z Poznaniem nie kojarzyłem. Dlaczego tam i z tymi ludźmi powstała ta płyta?


[Rafał] Od pewnego czasu mieszkam w Poznaniu i te rzeczy wyszły akurat czysto koleżeńsko. Wcześniej nagraliśmy EPkę z Piotrem Maciejewskim, z którym mieliśmy dobry kontakt i chęć wspólnego „grania” już przed pierwszą płytą. Dużo nam pomógł i nawet chciał grać z nami na basie zanim jeszcze Muchy bardziej zaistniały. Byliśmy z nim w kontakcie i w pewnym momencie stwierdziliśmy, że potrzebujemy „pozbyć się” kilku utworów. Nagraliśmy więc EPkę, przy której Piotr pomógł nam aranżacyjnie, wraz z jego przyjacielem Maciejem Fryczem, który zajmował się i wtedy, i teraz głównie realizacją nagrań…

[Paweł] Akurat Maciej jest mocno związany z Dragonem, więc nagranie płyty tam było naturalnym krokiem i bardzo się cieszymy ze wsparcia tego klubu. To miejsce jest tak charakterystyczne, ma niezwykły klimat, świetnie się tam pracowało.

[Rafał] Dzięki kontaktom Maćka i Piotra mogliśmy współpracować z innymi muzykami z Poznania. Gdy mieliśmy pomysł by dograć jakiś konkretny instrument, np. trąbkę, wtedy oni mówili „dobrze, znamy doskonałego trębacza” i tak Maciej Fortuna zagrał w trzech utworach.


Czy aranżacje, na przykład instrumentów dętych, mieliście zaplanowane, czy liczyliście, że te zapraszane osoby wyczują, co i gdzie trzeba dodać?


[Rafał] Było raczej tak, że na miejscu z grubsza określaliśmy, co chcielibyśmy uzyskać w jakimś momencie utworu, a nasi goście byli na tyle świetni warsztatowo i tak dobrze czuli tę muzykę, że potrafili od razu odpowiednio uzupełnić aranżacje. Podobały im się kompozycje utworów i dało się zauważyć, że byli emocjonalnie zaangażowani, cieszyli się, że mogą brać w tym udział. Ale wśród zaproszonych gości byli nie tylko ludzie z Poznania, także Billie Lindahl, czyli Promise and the Monster ze Szwecji.

[Paweł] Jej też daliśmy wolną rękę. Jeszcze drogą mailową wysłaliśmy jej kilka demówek, ona wybrała piosenkę, do której chciałaby coś dołożyć. Na pierwszym spotkaniu puściła nam z iPoda swoje pierwsze nagrania no i od razu wiedzieliśmy, że to jest to. Na samym początku przy spotkaniu z każdym z tych muzyków dawaliśmy im wolną rękę, ale potem oczywiście dyskutowaliśmy nad pomysłami i wybieraliśmy to, co wszystkim pasuje.

[Rafał]
Dopracowywaliśmy całość i jesteśmy bardzo zadowoleni z tego procesu. Nic nie działo się na siłę, a wybrani muzycy naprawdę fajnie czuli naszą muzykę.
Mam wrażenie, że na pierwszej były większe hity - było tam kilka takich piosenek, które łatwo wpadały w ucho. Druga raczej oddziałuje całościowym brzmieniem, aranżacjami, , te utwory wymagają większego czasu, żeby się powiedzmy zaczęły układać.

[Paweł]
Moim zdaniem to dobrze, bo materiał na pierwszej płycie był dużo prostszy – najbardziej schematyczne piosenki, czyli zwrotka i melodyjny refren. Teraz wyszło troszkę inaczej. Mam wrażenie, że mieliśmy inne podejście przy pisaniu tego materiału, chcieliśmy mieć więcej rytmu, jakiegoś pulsu, którego na pierwszej płycie mi totalnie brakuje. Do tamtych piosenek na przykład nie potrafię się pokiwać i postukać nogą. A tutaj więcej o tym myśleliśmy, dodaliśmy sporo bębnów.

[Rafał] Dlatego też pojawiły się takie niby-walczykowe rytmy, ale też struktury, które bardziej się rozwijają i trochę zmieniają w przebiegu utworu.

Sami słuchając muzyki odchodzicie od piosenek na rzecz inaczej skonstruowanej, czy wręcz instrumentalnej muzyki?

[Paweł] Raczej nie. Nadal lubię piosenki, przede wszystkim zwięzłe formy. Myślę, że to jest jakiś proces. Zawsze mam problem z określeniem tego, jak to się wszystko dzieje, że człowiek się rozwija, bo to się dzieje mimochodem. Na pewno zmienia się trochę to, jakiej muzyki słuchamy – z czasem więcej elektroniki, ja bardzo lubię R&B i tego typu rzeczy – i to na pewno wywiera wpływ. Faktycznie pracując nad pierwszą płytą siedzieliśmy bardziej w standardowych, piosenkowych rzeczach z wokalem na pierwszym planie.

[Rafał] Znowu ta druga płyta jest po części powrotem do naszych korzeni grania. Przecież zanim powstało Twilite, przez parę lat graliśmy w różnych zespołach na gitarach elektrycznych, z przesterami, nawet jakieś hardcore’owe, punkowe rzeczy…

[Paweł]
Ale czy to słychać teraz? Faktycznie na nowej płycie pojawia się gitara elektryczna, ale moim zdaniem takich stricte rockowych zagrywek tam nie ma.

[Rafał] Dla mnie utwór I Am the Sun jest trochę powrotem do tego, co robiłem kiedyś– mogłem podpiąć gitarę do prądu, włączyć efekt i przester…

Dylan kiedyś powiedział Beatlesom: „Nie słuchajcie muzyki, słuchajcie tekstów”. Dla Was teksty to przekleństwo, czy coś co przychodzi samo, coś co jest kłopotem czy raczej ułatwieniem?

[Paweł] To ja piszę teksty, więc może odpowiem. Nie są ułatwieniem, zasadniczo to nie lubię pisać tekstów, słuchając muzyki też za bardzo tekstom się nie przysłuchuję, chociaż jest kilku artystów, których teksty lubię poznać. W naszym przypadku tekst jest pewnym dodatkiem. Fajnie jeśli się klei i jest śpiewny, ale ważniejsze są melodie i struktura kompozycji. W ogóle bardzo nie lubię się wypowiadać o swoich tekstach, objaśniać ich, tłumaczyć, nie zamieszczamy ich nigdzie. To chyba tyle.

Na Open'erze zagraliście, na Off zagracie w większym składzie. To okazjonalna akcja, czy pierwszy krok do poszerzenia koncertowego składu?

[Paweł] Ten skład czteroosobowy z Piotrem Maciejewskim i Maxem Psują jest tylko na Opener i Off. Piotrek raczej nie będzie chciał i mógł jechać z nami w jesienną trasę, ale myślimy o tym, żeby właśnie Maksa wziąć ze sobą na perkusję.

[Rafał] Chcielibyśmy na żywo zbliżyć się do tego, co dzieje się na płycie. Teraz, gdy gramy utwory z płyty tylko we dwoje, to trochę tak jakbyśmy grali te utwory „akustycznie”. Przecież na płycie jest dużo perkusji, różnych harmonicznych rzeczy, pianina itp. Na jesień planujemy większą trasę i chcielibyśmy grać przynajmniej z perkusistą. Jeżeli uda nam się wyjechać za granicę, to chcielibyśmy pojechać w czwórkę, zobaczymy.

Wydając pierwszą płytę, jak powiedzieliście, nagraną na urlopie od pracy w Irlandii, byliście takim polskim zespołem z Irlandii. Teraz mieszkacie w Polsce, ale w dwóch różnych miastach. Czy brakuje Wam możliwości codziennego grania, tego, że możecie w dowolnym momencie zagrać próbę?

[Paweł] Trochę tak, bo jak byliśmy w Dublinie i mieszkaliśmy razem, możliwość skonfrontowania swoich pomysłów na bieżąco pomagała, a często piosenki wyłaniały się z luźnych jamów. Teraz już tego nie ma, ale jakoś strasznie z tego powodu nie cierpimy. Nasza formuła jest wciąż skromna, więc nie jest najważniejszą rzeczą robienie regularnych prób, itd. Możemy się spotkać po prostu przed koncertem na dzień czy dwa, ograć materiał i jesteśmy gotowi. Co innego, jeśli skład się zwiększy, jak na przykład teraz, gdy przygotowywaliśmy się do koncertu w czwórkę, albo gdy przynajmniej dojdzie perkusja.
 
Zastanawiacie się nad tym, jak może wyglądać Twilite na płycie trzeciej, trzynastej?

[Paweł] Wiesz, naprawdę nie wiem. Przez chwilę zastanawiałem się, w którą stronę możemy pójść dalej i szczerze mówiąc w tym momencie totalnie nie mam pojęcia. Zawsze po wypluciu z siebie tych wszystkich piosenek, które akurat teraz złożyły się na drugą płytę, mam okres totalnej pustki twórczej i wtedy muszę czekać na wenę. Tak właśnie jest teraz i dlatego też zupełnie nie mam pojęcia, co się może zdarzyć w przyszłości.

Na wenę się czeka, czy trzeba sobie postawić deadline i zmusić do kreatywności?

[Paweł] Ja muszę czekać, nie lubię deadline’ów. Chociaż coś ewidentnie w tym jest, że jak jest termin, to człowiek się mimochodem spina i coś wtedy przychodzi do głowy. Ale sam z siebie nie umiem się zmobilizować żeby usiąść i popracować nad piosenką.

Rafał, Ty nie masz wizji Twilite za lat X?


[Rafał] Nie, Twilite jest nasze wspólne, zobaczymy co nadejdzie. Nie wiemy. Na pewno nie chcemy siedzieć tylko w tym, co teraz robimy – nie chodzi o to, żeby cały czas grać mniej więcej akustycznie, ale żeby coś zmieniać, może dodać jakąś elektronikę, albo coś innego, ale też nie na siłę. Teraz też nie chcieliśmy przeładować tej płyty, na przykład zrezygnowaliśmy z sekcji smyczkowej. Na kolejnej jakoś będziemy „musieli” tę akustykę utrzymać, ale jak to zrobimy, to nie mam pojęcia. Może nam „odbije” i będziemy chcieli czegoś innego…

[Paweł] Nie lubię za dużo myśleć o tym wszystkim, zastanawiać się w którą stronę pójść, co zrobić. Wszystko od samego początku wychodziło, mówię absolutnie szczerze, zupełnie naturalnie, bez jakiegokolwiek przemyślenia tego wszystkiego. Podejrzewam, że teraz będzie tak samo.
 

Wspomniałeś, że nie chcieliście przeładować płyty. Czy zdarzały się takie momenty, że doszliście do wniosku, że tego jest za dużo, je zatraca się esencja?

[Paweł] Szczególnie mi się zdarzały takie momenty, bo nie lubię zbytnich rozwlekłości i przeładowań w muzyce. Często włączały mi się hamulce, jeszcze przy EPce pamiętam, że gdy dodawaliśmy gdzieś takie orkiestrowe bębny, mówiłem „kurcze, przecież to już nie my, tego już jest za dużo”. Ale z drugiej strony, według nas na drugiej płycie dołożyliśmy naprawdę dużo nowych rzeczy i aranżacyjnie ta płyta jest naprawdę bogata – porównując z debiutem to niebo a ziemia pod tym względem. A potem czytałem jakieś opinie o płycie, że w zasadzie niewiele się zmieniło.

[Rafał] Że się nie rozwijamy i tkwimy w poprawności.

Moja opinia jest inna, inaczej byśmy nie rozmawiali. Ale moim zdaniem może to wynikać z tego, że ludzie słuchają głównie melodii i harmonii wokalnych. Gdyby w Twilite nagle zaczęła śpiewać dziewczyna, albo ktoś zaczął rapować, to byłby „przełom”. A tak…

[Paweł] Może to byłby dobry przełom? Moja pierwsza myśl w tej sytuacji była taka, że może właśnie wychodzą nasze wewnętrzne blokady, że faktycznie my słyszymy za dużo i wydaje nam się, że zmieniamy się bardzo mocno, ale nikt inny poza nami tego nie słyszy.

[Rafał] Ale nawet przyjmując, że się nie zmieniamy, to jeżeli kompozycje są dobre (na kompozycje się raczej nikt nie zżymał), po co w nich coś zmieniać, na siłę dodawać instrumenty i narzekać na brak progresu? Bob Dylan albo Neil Young przez lata robią swoje i co oni więcej dodają do swojej muzyki? Nie powinno się oczekiwać rewolty stylistycznej, jeżeli muzyka jest uznawana za dobrą w swoim gatunku. Takie rzeczy można robić w innych projektach.

Dzięki za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]