polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Gang Gang Dance wywiad z Liz Bougatsos

Gang Gang Dance
wywiad z Liz Bougatsos

Wywiad z Gang Gang Dance to prawdopodobnie jedna z najdłuższych historii w trakcie istnienia magazynu PopUp. Po raz pierwszy z grupą muzyków z Brooklynu mieliśmy rozmawiać dwa lata temu, ale traf chciał że miało to być przy okazji koncertu w Berlinie, dwa dni po feralnym występie w amsterdamskim Paradiso, gdzie spaleniu uległ ich cały sprzęt. Kilka miesięcy później byliśmy o krok od rozmowy z zespołem na festiwalu primavera Sound, ale z powodu opóźnień z jakimi grupa dotarła na imprezę, nie udało się tego doprowadzić do końca. To udało się dopiero teraz, chwilę po premierze ich najnowszego albumu „Glass Jar”. Z wokalistką zespołu, Liz Bougatsos rozmawiamy o tym co wydarzyło się w Amsterdamie i jak to wpłynęło na najnowszy materiał zespołu, o statkach kosmicznych, nagrywaniu na pustyni i dyskotekach. Zapraszamy poniżej.

Cześć Liz, wyobraź sobie, że nie znam Gang Gang Dance. Jakbyś opisała Wasz zespół?

Haha, powiedziałabym, że widzę statek kosmiczny matka, który właśnie wylądował (śmiech).

Wasza muzyka jest dla mnie bardzo wizualna. Nie tylko kojarzy mi się z masą gatunków muzycznych, ale mapą świata i różnymi miejscami. Gdybym poprosił Cię o opisanie Waszej muzyki w tym kierunku, jakbyś ją przedstawiła?

Zastanówmy się. To będzie ten ogromny statek kosmiczny lądujący w Etiopii czy może w Dubaju, to obrazy pełne laserów, oczu, które się na Ciebie gapią i obserwują. To chyba przede wszystkim statek kosmiczny z zielonymi neonami, jest w nim pełno kwiatów, które się z niego wydostają.

Wróćmy do tego co wydarzyło dwa lata temu w Amsterdamie, kiedy spalił się cały Wasz sprzęt, a z nim również masa pomysłów na nowe piosenki. Pamiętasz ten moment i to, co wtedy czuliście? Czy to zmieniło Wasze plany na nową płytę?

Musieliśmy zacząć wszystko od nowa i było to bardzo trudne. Już kilka tygodni po tym wydarzeniu graliśmy w MoMa i koncert wypadł świetnie, czuliśmy się dobrze i wszystko szło bardzo dobrze. Nasi znajomi pożyczyli nam mnóstwo sprzętu, ale w przeważającej mierze po prostu nie wiedzieliśmy jak go użyć, a przynajmniej ja nie wiedziałam. Więc niejako musieliśmy uczyć się wszystkiego na nowo. To był koncert, który określiłabym jako „free”, bardzo wolny i swobodny, w trakcie którego nie mieliśmy jeszcze gotowego materiału, ale dopiero się on kształtował. Zaczęliśmy czuć, że feniks podnosi się z popiołów i po wypadku, jaki wydarzył się w Paradiso niejako rodzimy się na nowo, z nową koncepcją, która powoli zaczęła w nas się rozwijać.

Było mnóstwo rzeczy, które się wydarzyły – spalony sprzęt zepsuł nam trasę i wszystko zmienił. Amsterdam stał się od tego czasu najgorszym miejscem na świecie, gdzie można było utknąć.

Tak, o ile wiem, jesteście w trakcie trasy koncertowej i kiedy rozmawiamy siedzicie tam od kilku dni.

Tak, ale teraz już się pogodziliśmy z tym miastem (śmiech). Wiesz co, ten moment kiedy wszystko uległo zniszczeniu był punktem zwrotnym – po nim wszystko zaczęło się zmieniać, przeobrażać i rodzić na nowo. To było ciężkie zdarzenie, ale dosyć szybko musieliśmy wypracować nową koncepcję Gang Gang Dance, w końcu czekały nas kolejne koncerty. Ludzie chcieli widzieć nas jak gramy, my również tego pragnęliśmy.

Widziałem Was na Primavera Sound w 2009 roku, kilka miesięcy później i wypadliście rewelacyjnie. Pamiętam obłędny taniec podczas tego koncertu. Po nim, 2 lata później pojawia się nagle utwór „Glass Jar”, rozwlekły i kompletnie antyradiowy, który brzmi prawie jak odrodzenie o którym wspomniałaś. Od spokojnego początku, powrotu, po mocne i potężne uderzenie zabawy, jaką jest „Eye Contact”. Czy ten utwór niejako odwzorowuje powstawanie Waszej najnowszej płyty?

Po tym jak wróciliśmy z trasy, wybraliśmy się na pustynię Joshua Tree i tam zaczęliśmy komponować utwory na nasz nowy materiał, zbierając różne elementy naszej muzyki. To był niesamowity okres, mieliśmy tam mnóstwo czasu i swobody na to, aby zastanowić się nad tym, jak chcemy brzmieć.

W międzyczasie graliśmy z The Boredoms na rosyjskim promie w trakcie zaćmienia słońca. Poznałam się lepiej z Yamantaka Eye, w tym samym czasie na przeciwległym wybrzeżu zagraliśmy jeszcze jeden inny dziwny koncert. Wydaje mi się, że w tym czasie mieliśmy bardzo dużo swobody, a jednocześnie próbowaliśmy wielu rzeczy. Dzięki tej wolności, materiał na „Eye Contact” mógł się swobodnie kształtować.

Dla mnie ta płyta jest niezwykle spójna. Pamiętam, że po „Saint Dymphna” powiedziałaś, że z racji tego że Brian jest djem, chcieliście przemycić ten djski pierwiastek na tamtą płytę. Myślę, że na „Eye Contact” udało się to w znacznie lepszy sposób. Ten krążek kipi od tanecznych utworów.

Tak, mieliśmy ten koncept przy „Saint Dymphna”, ale „Eye Contact” udało nam się nie tyle co ujednolicić, ale sprawić, żeby wszystkie utwory brzmiały spójnie, a różne wpływy razem się mieszały i uzupełniały, integrowały.

Powiedziałaś o koncercie The Boredoms, którzy nieodłącznie kojarzą mi się z sekcją rytmiczną. Ale podobne skojarzenia mam w przypadku GGD. Na waszym ostatnim albumie pojawił się nowy perkusista. Czy w tak zgranym składzie, który kooperuje ze sobą tak długo, Jesse Lee miał szansę wpłynąć na kształt Waszej muzyki?

Trochę tak, chociaż musieliśmy na to długo czekać (śmiech). Mamy kilka naprawdę głównych piosenek i od kiedy gra z nami Jesse, zachowuje się niemal jak zwierzę przy bębnach, tak właśnie o nim mówimy (śmiech). Gra tak intensywnie i potężnie, że kiedy zobaczyliśmy go po raz pierwszy byliśmy naprawdę pod ogromnym wrażeniem.

Tym bardziej interesuje mnie to z tego powodu, że większość Waszych nagrań zaczynacie od improwizowanych sesji, co najlepiej słychać w „Glass Jar”. Na ile to przekłada się na cały proces Waszej muzyki – wszystko bierze się z improwizacji? Na „Eye Contact” słychać wiele chwytliwych melodii, które bez problemu można puszczać w rozgłośniach radiowych.

Zawsze zaczynamy od luźnych pomysłów, które potem przeradzają się w zwarte pomysły. I tak naprawdę często myślimy o dyskotekach czy radiu, o tym jak nasz materiał mógłoby tam brzmieć. Wcześniej nie do końca udało uzyskać się nam taki efekt, nasze nagrania brzmiały bardziej undergroundowo. Teraz mają większy pazur drapieżności, są bardziej chwytliwe i mają w sobie ten taneczny potencjał. Poza tym mieliśmy producenta Seana Maffucci, który świetnie ogarniał nasz materiał. To z pewnością także wpłynęło na to, jaki finalnie uzyskaliśmy efekt.

Na okładkach Waszych płyt zawsze widniały postaci ludzkie, oczy, a tym razem widać insekta, który jest skąpany rosą. Ddybyśmy go zobaczyli w rzeczywistości, wyglądałby raczej brzydko, ale tu wygląda niesamowicie.

Zawsze wykorzystaliśmy zdjęcia naszego poprzedniego muzyka, Nathana Maddoxa który zginął w wypadku w 2002 roku. Nasz poprzedni perkusista go znał, ale Jesse nie, więc chcieliśmy znaleźć obrazek, który będzie reprezentować muzykę, a jednocześnie taki, z którym każdy z nas będzie się utożsamiać. To w dużym stopniu zadecydowało o tym, jak chcieliśmy opakować naszą muzykę. Ten insekt budzi się z rana i wygląda całkiem seksownie.

Wróćmy do Waszej muzyki – o ile „Saint Dymphna” jest dla mnie połączeniem elektroniki i bardzo prymitywnych dźwięków, etnicznych sprzężeń, o tyle „Eye Contact” jest na wskroś współczesna, o wiele bardziej osadzona w nowoczesnych brzmieniach, niemal klubowych. O wiele lepiej tam pasuje.

To świetnie, że masz takie odczucia! „Eye Contact” po prostu jest przyswajalna dla większej liczby osób, przez to może lepiej sprawdzić się w klubowych przestrzeniach. Ale tak naprawdę jedyną rzeczą, nad którą intensywnie pracowaliśmy było to, aby dźwięk definiował się sam. Jednocześnie w naszej muzyce zawsze pozostaje ten organiczny aspekt, wpływ starych kultur. Muzyka zawsze zatacza koło, jest wolna i wpływy współczesne także łączą się z dawnymi brzmieniami. To chyba dobry klucz.

[Jakub Knera]