polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Noveller Sarah Lipstate - wywiad

Noveller
Sarah Lipstate - wywiad

Jeszcze kilka lat temu scena muzyki noise nie była zbyt popularna wśród przedstawicielek płci pięknej. Co najlepsze, kobiety wcale nie potrzebowały parytetów umożliwiających im dostęp, niejako do zarezerwowanej dla mężczyzn stylistyki i całkiem szybko znalazły w niej swoje zasłużone miejsce. Chruszczow powiedział kiedyś, że rock progresywny to „wyziewy z latryny”, uzupełnię ten opis w stosunku do Noveller jako „wyziewy z wysublimowanej latryny’. Brooklyński hałas z dozą „tego czegoś” od Sarah Lipstate.

Załóżmy Sarah, że nie nic o Tobie nie wiem. Przedstaw się proszę.

Witaj, nazywam się Sarah Lipstate i jestem gitarzystką, występującą pod pseudonimem Noveller. Projekt funkcjonuje już od 2005, ale pierwsze występy na żywo zaczęłam dawać dopiero dwa lata później. Wcześniej grywałam w zespołąch Parts & Labor, Cold Cave i One Umbrella. Wystąpiłam na wielu koncertach organizowanych przez Rhysa Chathama oraz brałam udział w projekcie Glena Branca „100 Guitar Ensemble”. Równocześnie, trochę z boku rozwijałam swoje umiejętności operatorskie i reżyserskie, kręcąc kamerą 16mm mnóstwo codziennych historii, które, wbrew moim jakimkolwiek oczekiwaniom, zjeździły wiele festiwali filmowych na całym świecie.

Kim w takim razie czujesz się bardziej? Nie boisz się, że sukces podświadomie determinować będzie pewne scenariusze na przyszłość?

Biorąc pod uwagę jak te wszystkie aspekty się w moim życiu rozwijały i co dawało mi największe szczęście, to mogę traktować muzykę jako mojego najlepszego przyjaciela – byłoby wysoce niestosowne gdybym ją porzuciła. Zainteresowanie filmem pojawiło się później, ale jest obecnie na tyle intensywne, że postanowiłam dalej rozwijać tę pewną dychotomię. Zobaczymy z jakim skutkiem.

Chyba oboje wiemy co ucierpi najbardziej. Czy życie osobiste, prywatne, nie jest dla Ciebie istotne?

Muzyka jest moim źródłem utrzymania, ale i hobby, dlatego tak naprawdę trudno jest postawić jakąkolwiek linię oddzielającą Noveller od Sarah Lipstate. Ostatnim wydawnictwem otworzyłam swoją własną wytwórnię Saffron Recordings, co również pochłania bardzo dużo czasu, tym bardziej, że studio mieści się w moim domu (śmiech).
Kiedy nie jestem w trasie, spędzam mnóstwo czasu ze swoim kotem Saffy (stąd nazwa mojej wytwórni) i oglądam mnóstwo filmów. Ostatnio jestem w maratonie horrorów. Namiętnie oglądam również trylogię Fassbindera. Mam taki zwyczaj, że gdy wybieram się do jakiegoś kraju na koncerty to wcześniej robię mały research filmowy i zapoznaję się z najbardziej chodliwymi tytułami. Dlatego teraz eksploruję wątek niemiecki. W międzyczasie staram się również rozwijać swoje umiejętności kucharskie. Jak widać trochę wolnego czasu jednak mam!

Wspomniałaś na wstępie, że grałaś w kilku zespołach. Co w takim razie skłoniło Cię by zacząć działać solo?

Chciałam wziąć udział w projekcie „Women Take Back The Noise”, ale grałam wtedy w duecie i nie spełniałam formalnych wymogów, więc zdecydowałam, że spróbuję sił samodzielnie. Ze znajomym występowałam pod nazwą „Novella”, a że nie przychodziło mi do głowy nic ciekawego, a byłam pod dużą presją czasu, tak więc jako mało oryginalna „Noveller” przesłałam nagrany przez siebie kawałek. „Signal” został bardzo dobrze przyjęty, w związku z czym uznałam to jako dobry omen na przyszłość i już pozostałam przy tym wymyślonym w pośpiechu pseudo.

Składanka o której mówisz ukazała się w 2006 roku nakładem UBUIBI. Pozytywna reakcja środowiska musiała być naprawdę wyraźna, skoro w tym samym roku udało Ci się wyjść do publiczności z jeszcze dwoma krążkami. „Vasovagal” oraz „Nerves And Endings”. To albumy kompletnie tajemnicze, opowiedz w takim razie, jak bardzo zmienił się Twój styl od tamtego czasu?

Kilka pierwszych krążków wydałam własnym sumptem na płytach CDR. Większość z nich tworzona była w oparciu o manipulowanie tłem poprzez efekty w pedale gitarowym. Korzystałam również z nagrań field recordingowych oraz starego nienastrojonego banjo i tereminu. W tamtym czasie byłam bardzo przywiązana do noise’u, w związku z czym większość kompozycji opierała się na przeciągłym hałasie i jego drobnych modyfikacjach przy użyciu instrumentów wymienionych przed chwilą. Jednak bardzo szybko się tym znudziłam. Dlatego postanowiłam zaufać swojej, skromnej jeszcze wtedy, znajomości technik kompozycyjnych i na zasadzie konsekwentnego rozwoju iść z tym pomysłem do końca. „Beneath the Basin” czy „Desert Fires” to krążki, z których chyba pierwszy raz jestem w pełni zadowolona.

Beneath the Basin oraz jeszcze jeden album w przeszłości wypuściłaś na kasecie magnetofonowej. Dlaczego? Jesteś w jakiś sposób związana z tym nośnikiem czy może przez odpowiednią jego obróbkę chciałaś uzyskać dodatkową szorstkość? Szumy?

Wiesz, nigdy nie przywiązywałam do tego szczególnej wagi, taki był po prostu pomysł producenta. Według mnie muzyka musi bronić się sama. W tym jak brzmię nie ma żadnych sztuczek, których nigdy nie potrafiłabym odtworzyć występując na żywo. Jest to według mnie wyraz pewnej szczerości w stosunku do słuchaczy.

Twoje zainteresowanie noise’m jest oczywiste. Mówię o tym nie tylko przez pryzmat tego o czym rozmawiamy, ale również z punktu widzenia kolaboracji w których brałaś udział. Słyszałem już wiele opinii na temat tego, dlaczego artyści, tak jak na przykład Ty, grali w zespole, później przechodzili „na swoje” a następnie ponownie wchodzili w różne formy współpracy z innymi artystami. Współpracowałaś m.i.n z Aidanem Bakerem. Gdy byłaś w Parts & Labor to nie było możliwe?

Oczywiście, że było to niemożliwe! Najważniejszym i chyba jedynym powodem takich kolaboracji jest realizacja swoich własnych pomysłów, co przy grupie kilku, a czasami kilkunastu osób w zespole jest zwyczajnie niewykonalne. Chyba wiem do czego zmierzasz. Chcesz powiedzieć, że dla jednych jest to odcinanie kuponów, dla innych forma obrony przed lękiem zatracenia się w miałkości własnej muzyki itd. Dla mnie jest to po prostu nauka, doświadczenie, które zyskuje dzięki pracy z takimi artystami jak Aidan czy David Sims (The Jesus Lizard). Niedługo spodziewaj się efektów mojej współpracy z Carlą Bozulich i Scottem Cortezem (lovesliescrushing)

Jest to też pomysł na pewną ucieczkę przed zaszufladkowaniem, prawda? Gdy szukałem informacji na Twój temat rzuciło mi się w oczy, ze jesteś niemal automatycznie ustawiana w jednym rzędzie z takimi artystkami jak Grouper czy Coleen. Według mnie Twoja muzyka jest bardziej złożona, gdyż łączy w sobie estetykę „carpet music” Liz Harris oraz ostatnio eksplorowane przez Ciebie zainteresowanie minimalizmem.

Po prostu staram się wydobyć wszystko co możliwe z moich instrumentów. Wciąż uczę się wykorzystywać ich potencjał, by stać się bardziej uniwersalną i w jakiś sposób ukształtowaną. Wydaję mi się, że moja muzyka ma wiele tekstur, ale jest jednocześnie bardzo dynamiczna. Wszystko to, jak wspomniałam, zasługa mojej pracy nad komponowaniem.

Kilka razy przewinął się tutaj temat zespołu Parts & Labor. Jak doszło do Waszej współpracy i dlaczego nie jesteście już dalej razem?

Zespół szukał dodatkowego gitarzysty i znajomy polecił mnie BJ Warshawowi. Byłam wtedy nowa na Brooklynie, a widziałam ten zespół kilkanaście razy wcześniej podczas studiów. Dlatego uznałam, że może być to dobry pomysł, by okrzepnąć w nowym środowisku, a jednocześnie grać muzykę, którą lubię. Występowaliśmy wspólnie przez około 1,5 roku, ale razem zdołaliśmy nagrać tylko „Receivers”. Nie odeszłam, jak wielu sugeruje z powodu własnych ambicji. Po prostu trasa, którą zaplanowali była zbyt brutalna dla mojego życia i nie mogłam sobie pozwolić, żeby z tego powodu wszystko wywalić do góry nogami.

Masz tu na myśli Saffy’ego?

Między innymi (śmiech).

Wróćmy do Brooklynu. Carlos Giffoni to centralna postać tamtejszej sceny muzyki eksperymentalnej, znany również z prowadzonej przez siebie kurateli nad oficyną No Fun Productions. Popraw mnie jeżeli się mylę, ale jak to możliwe, że jeszcze nie współpracowaliście?

Oprócz tego, co oczywiste, czyli że Carlos pomagał mi w wyprodukowaniu moich dwóch krążków dla NFP, to muzycznie współpracowaliśmy tylko raz. Nagraliśmy razem utwór „Bends” na moim krążku „Red Rainbows”.

Dzięki prowadzonemu przez niego wydarzeniu „The No Fun House of Horror” będziesz miała okazję wystąpić podczas tegorocznej edycji festiwalu Unsound. W lutym idea krakowskiego festiwalu dotarła do Nowego Jorku. Jakieś pozytywne komentarze? Czego możemy się spodziewać po Twoim występie?


Myślę, że w większości występ oprę o ostatni krążek „Desert Fires”, ale pracuję obecnie nad kilkoma nowymi, ekscytującymi mnie rzeczami, więc zależnie od rezultatu może i one pojawią się w programie. Co do nowojorskiej edycji festiwalu, to wszyscy tutaj byli zachwyceni projektami, które mogli zobaczyć. Mnóstwo premierowych pokazów, świetna organizacja. Dało to nowojorczykom bardzo do myślenia i pewnie dlatego nie mogę doczekać się koncertów w Krakowie. Mam nadzieję, że uda się zobaczyć ich jak najwięcej.

[Marcin Gładysiewicz]

artykuły o Noveller w popupmusic