polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Ganglians wywiad

Ganglians
wywiad

Za sprawą dwunastocalówki i albumu wydanych w Woodsist, Ganglians stali się jednym z najciekawszych ubiegłorocznych debiutantów. Choć wpisują się w nowy i nabierający na sile nurt amerykańskiej sceny, przetwarzający doświadczenia muzyki psychodelicznej, hippisowskiej przez pryzmat estetyki lo-fi, śmiałych flirtów z popem i zabaw brzmieniami, to na tle bardziej znanych kapel, jak Wavves, Real Estate, Vivian Girls, czy Crystal Stilts, są naszym zdecydowanym faworytem.
Z zespołem spotkaliśmy się na festiwalu Primavera Sound. Wokalista Ryan Grubbs gdzieś się zgubił, rozmawiamy z Kyle'em Hooverem (gitara), Alexem Sowlesem (perkusja) i Adrianem Comenzindem (bas).

Jesteście chyba jedynym zespołem, który na tegorocznej Primaverze zagrał trzy koncerty.

[Kyle] Trzy?

Wczoraj scena Pitchfork, dziś park Miro. Wczoraj mieliście zagrać jeszcze unplugged. Czy to nie doszło do skutku?

[Alex] Prawda, był jeszcze unplugged.

[Kyle] Wiesz, to był specyficzny koncert. Nasz tourmanager musiał mnie zastąpić na gitarze, bo gdzieś się zgubiłem i kompletnie nie wiedziałem, gdzie jestem i dokąd idę. Dotarłem na miejsce jakoś w połowie występu. Wcześniej graliśmy normalny koncert na scenie Pitchfork, bardzo fajny zresztą. W okolicach unplugged byliśmy już, hmm, powiedzmy, że w międzyczasie korzystaliśmy z oferty Barcelony. Bardzo zabawny wieczór.

[Alex] Na tym unplugged pograliśmy sobie kawałki, których nie gramy od jakiś dwóch lat. Nasz agent Scott wybijał rytm na talerzach i dawno nie widziałem, żeby miał taką frajdę. Występ przerodził się w coś na rodzaj rodzinnego pikniku.

Cóż, żałuję, że przegapiłem i poszedłem na beznadziejny koncert Panda Bear.


[Kyle] Jasny gwint, już wiem gdzie się zgubiłem…

I wszystko jasne. Na dwóch „normalnych” koncertach jednak też było sporo niespodzianek. Graliście głównie nowy materiał.

[Alex] Tak, ciągle piszemy nowe piosenki i mamy ich już sporo.

[Kyle] „Monster Head Room”, album, który najwięcej osób kojarzy, nagraliśmy ponad dwa lata temu. Większość tamtego materiału już nas znudziła, jednak ludzie przychodząc na nasze koncerty oczekują piosenek, które lubią. Gramy więc kilka utworów z tej płyty, naszych, a co tam, przebojów. Choć o niektórych z nich już nie mogę myśleć. [śmiech]

[Alex] Poza tym, cały proces pracy w studio i produkcji, czas i uwaga, które się mu poświęca, sprawia, że na żywo nigdy te utwory nie zabrzmią tak jak na płycie. Tym bardziej wolimy się od nich zdystansować i grać nowy materiał z czystym umysłem.

[Adrian] Zasadniczo, nie zarobiliśmy jeszcze tyle kasy, żeby mieć tyle sprzętu, efektów i móc grać „Monster Head Room” na żywo. Więc postanowiliśmy się w ogóle nie przejmować, brzmimy bardziej surowo niż na tamtej płycie i gramy inne piosenki. Parę razy zdarzało nam się zagrać więcej tamtego materiału i wtedy słyszeliśmy, że w koncertowym, ostrym brzmieniu wypada on nie tak. To po co się męczyć?

[Alex] Zwłaszcza, że każdy z nas lubi sceniczną energię, element zaskoczenia, który sprawia, że chcemy i możemy pisać nowe kawałki, koncerty dają nam pewność siebie. Nie zawsze wszystko idzie z górki, jak dziś, kiedy po godzinie snu trzeba grać w środku dnia na sprzęcie, którego się nie zna.

A akustyk nie wie, co zrobić gdy kabel sprzęga…

[Alex] Właśnie. Ale jest ok.

Wspomnieliście, że „Monster Head Room” powstało dwa lata temu. Na okładce słowa o tym nie ma, a najpierw wydaliście epkę, potem album. Możecie uporządkować temat?

[Kyle] Większość utworów na tej płycie to piosenki, które pierwotnie Ryan nagrał solo. Gdy założyliśmy zespół, stały się one materiałem na nasz pierwszy album, który nagraliśmy dość prędko. Była to nasza pierwsza inkarnacja, ale nagrania nie udało nam się od razu wydać. Gdy w ubiegłym roku nagrywaliśmy dwunastocalówkę, równolegle toczyła się produkcja albumu. Ponieważ dwunastocalówka była dużo bardziej spontaniczna, bliższa koncertowemu brzmieniu i nie wymagała szczególnych wysiłków przy postprodukcji, więc ukazała się prędko, jeszcze przed albumem. Ale obie płyty zawierają piosenki, które napisaliśmy z grubsza dwa lata temu.

Czy nowe piosenki zdają koncertowy egzamin na tyle dobrze, że prędko nagracie nową płytę?

[Kyle] Raczej tak. Album jest już praktycznie napisany.

[Adrian] Właściwie jego kręgosłup. Na żywo gramy znacznie surowsze wersje utworów niż te, które chcielibyśmy nagrać w studio. Trasy teraz pozwalają nam przede wszystkim dojść do takiego punktu, w którym jesteśmy zadowoleni z tych piosenek i czujemy się z nimi swobodnie.

Odwracacie metodę z „Monster Head Room”?

[Adrian] Faktycznie wcześniej graliśmy raczej mało koncertów. Prościej było grać w domu, pisać, nagrywać, ale potem koncerty okazywały się stresującym doświadczeniem.

[Kyle] Zwłaszcza dla mnie, nieśmiały jestem.

[Adrian] Co gorsza, to było błędne koło. Graliśmy mało, lecz było o nas słychać, więc ludzie przychodzili na koncerty podekscytowani, a my nie byliśmy z tym oswojeni. Teraz staramy się osiągnąć lepsze proporcje między graniem w studio i na scenie.

Oba Wasze wydawnictwa ukazały się w Woodsist. Ostatnio głośno o tym labelu. Czy Waszym zdaniem przyciągnęło to specyficznych odbiorców do Waszej muzyki i pomogło Wam zaistnieć?

[Adrian] Chyba tak. W Woodsist jest dużo dobrych zespołów i coraz więcej ludzi słucha tej muzyki. Ale zawierając z nimi kontakt nie byliśmy świadomi, jak dobrym okaże się to ruchem. Z perspektywy czasu to wręcz oczywiste, ale wówczas tak tego nie postrzegaliśmy.

[Kyle] Myślę, że Ryan jako jedyny zdawał sobie sprawę, że Woodsist może nam bardzo pomóc w dotarciu do ludzi. On z nas wszystkich jest najmocniej zaangażowany w to, co się dzieje na scenie. Ale nie chciałbym za niego odpowiadać. W każdym razie, to Jeremy z Woodsist do nas się odezwał, po prostu posłuchał muzyki na naszym myspace zapytał, czy chcemy wydać u niego płytę.

[Alex] Potem graliśmy koncert z Woods, jeśli to można w ogóle nazwać koncertem, bo mieliśmy czas na dwa utwory. To był zdecydowanie najgorszy nasz występ w życiu. Ale na szczęście nam to nie zaszkodziło.

[Kyle] Może dlatego, że Jeremy wyrobił sobie o nas dobre zdanie po tym, jak na SXSW zagraliśmy koncert w przypadkowej kuchni o trzeciej w nocy. To był zdecydowanie najbardziej szalony nasz występ. [śmiech]

[Adrian] Jeremy i cała ekipa w Woodsist to naprawdę mili ludzie i naprawdę wiedzą, co chcą osiągnąć w labelu. Poza tym zaproponowali nam dobre warunki, jak na debiutantów.

Czy jesteście już w stanie utrzymać się z muzyki?

[Wszyscy] Skąd! [śmiech]

[Kyle] Hipotetycznie, jeśli cały czas gralibyśmy koncerty, wtedy moglibyśmy się z nich utrzymać. Ale wtedy nie moglibyśmy prowadzić normalnego życia.

[Adrian] I chyba szybko byśmy się wypalili. Fajnie byłoby móc utrzymać się z koncertów i nie rezygnować z własnej codzienności, ale na razie to marzenie.

[Kyle] Więc Alex i ja pracujemy razem w pizzerii.

[Alex] Razem pracujemy, gramy w zespole, znamy się od szkoły, razem wynajmujemy mieszkanie. My już jak bracia jesteśmy…

Mieszkacie w Sacramento, prawda? Dla Europejczyka to takie miasto niedaleko San Francisco, które jest białą plamą na muzycznej mapie, także przez sąsiedztwo SF. Jakie zespoły pochodzą z Sacramento?

[Kyle] Tesla, Deftones, Papa Roach.

[Wszyscy] Cake.

Uff, przy Papa Roach zacząłem żałować, że zapytałem.

[Kyle] Nie jest tak źle. W latach 60-tych z Sacramento pochodził świetny zespół Public Nuisance, grali psychodeliczny garage rock.

[Alex] Niestety dwóch z nich zostało powołanych do Wietnamu i tam zginęło. Lider Public Nuisance założył potem The Twinkeyz, też super kapela.

[Kyle] Jeszcze The Cramps, jak mogliśmy zapomnieć o The Cramps???

[Adrian] Jeszcze !!! (chk chk chk) i Hella. To akurat zespoły, które zaczynały w piwnicach naszych znajomych, a Zach Hill to nasz ziom. Również Amber z Dirty Projectors pochodzi z Sacramento.

Gdy wspomniałeś Amber, skojarzyłem, że Robbie Moncrieff z What’s Up jest z Sacramento. Robiliśmy z nim wywiad, gdy grał w Europie w ubiegłym roku. Znacie go?

[Alex] Znasz Robbie’go? To nasz przyjaciel, pracuje w tej samej pizzerii i mnóstwo czasu spędzamy razem. Długi czas mieliśmy próby w tym samym budynku, piętro nad nim. Robbie wtedy grał w Advantage i oni z uporem maniaka robili kowery. Nigdy nie zapomnę, jak mieli tydzień Nirvany, rytm do „Scentless Apprentice” mam przez nich wyryty w mózgu. [śmiech]

[Kyle] Scena w Sacramento jest tak mała, że gdy zaczynasz grać muzykę, po chwili znasz wszystkich.

Świat jest mały, jak widać. W jaki sposób wybiliście się z Sacramento na Stany? Chyba nie jest łatwo tak od ręki ustawić koncert w San Francisco czy Los Angeles.

[Kyle] Internet, blogi, kontrakt z Woodsist. Hajpowanie zespołów na blogach naprawdę ma teraz znaczenie. W naszym przypadku nie działo się to na taką skalę jak w przypadku Wavves czy Vivian Girls, ale na pewno pomogło.

[Adrian] Z jednej strony, byliśmy zwykłym zespołem z Sacramento, który był obecny w Internecie tak, jak dzisiaj każdy i nie przejmowaliśmy się tym, że na blogach wyrastają kolejne bąble hajpu na różne zespoły. Ale z drugiej, Internet działa jak papierek lakmusowy – przechodzisz test, lub nie.

[Kyle] Tak w ogóle, to mapa naszej rozpoznawalności, popularności, zwał jak zwał, jest bardzo dziwna – mam wrażenie, że najbardziej popularni jesteśmy w San Francisco, w Wielkiej Brytanii i w Holandii. Pewnie też przez Internet.

[Adrian] Następnie związaliśmy się z Woods, co jest dobrą rekomendacją, oraz zagraliśmy trasę po Ameryce jako support Wavves, a to przecież mega-wyhajpowany zespół.

[Alex] Wtedy z Nathanem na perkusji grał Zach Hill i to właśnie Zach zasugerował Nathanowi, żebyśmy otwierali ich koncerty.

[Adrian] Ryan znał Nathana jeszcze zanim powstało Wavves i Ganglians, więc ten się zgodził bez problemu.

[Alex] Zach jest świetnym kolesiem i na co dzień słucha muzyki bardzo różnej od tej, którą sam robi. Trasa z Wavves była bardzo fajna. Nathan i Zach nagrali potem album, ale to nie jest ten album, który Wavves mają teraz wydać. Nathan chce go wydać samemu, czy coś w tym stylu. Mam nadzieję, że to zrobi, oni na przykład grali kawałki Zacha, do których Zach pisał też teksty. Mi się to bardzo podobało.

Brzmi ciekawie. Ale już odbiegamy w dalekie dygresje. Dzięki za rozmowę i do zobaczenia w Krakowie.

[Piotr Lewandowski]