polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Ian Svenonius wywiad

Ian Svenonius
wywiad

Ian Svenonius ucieleśnia rzadko już spotykany wzorzec artysty - człowieka renesansu, dla którego działalność artystyczna jest tylko i aż elementem szerszego programu światopoglądowego. Svenonius wystąpił z swoim zespołem Chain & the Gang na Off Club w Krakowie i zdaniem niektórych to właśnie jego koncert był wydarzeniem wieczoru. Mamy nadzieję, że w efekcie jego rozpoznawalność i grono słuchaczy wzrosną. I niniejszym wywiadem czynimy drobny gest w tym kierunku.

Pamiętasz jeszcze poprzedni swój koncert w Polsce. 1999 rok, Wrocław, gig The Make Up?

Tak, pamiętam nawet koncerty Nation of Ulyssess.

Faktycznie, wystąpiliście jakoś na początku lat 90-tych.

Obydwa te doświadczenia były naprawdę wspaniałe. Nasz pierwszy pobyt różnił się od drugiego, koncerty były inne. Pierwszy, który podobał mi dużo bardziej, odbył się w Krakowie. Wystąpiliśmy wtedy w jakimś artystycznym klubie. Podczas drugiego koncertu najbardziej uderzyła mnie obecność różnych pokoleń, były dzieci, ludzie starsi. Lubię takie sytuacje.
To wszystko było dawno temu, w 1992 roku. Zetknęliśmy się wtedy z odmienną wrażliwością we wschodniej Europie. Nie było jakiejś określonej, sformatowanej publiczności. Pójście na koncert zdawało się być uniwersalnym przeżyciem.

Teraz trochę tego brakuje, faktycznie mało chodzimy na niektóre koncerty w ciemno, ze zwykłej ciekawości. Jakie są Twoje oczekiwania wobec koncertu Chain & The Gang, który zagrasz w Krakowie (wywiad odbył się przed koncertem – od red.)?

To jest festiwal, co znaczy, że koncert będzie trochę inny niż normalnie. Generalnie nie mam żadnych oczekiwań, wolę przeżywać sytuacje takimi jakimi są. Ale jestem podniecony wizytą w Polsce, nie z powodu oczekiwań, lecz moich doświadczeń. Bardzo lubię ludzi w Polsce, uważam, że to piękny kraj.

Ok., chciałbym zmienić nieco temat i zapytać Cię o to co porabiałeś od nagrania ostatniej płyty Weird War? Dlaczego właściwie ta kapela się rozpadła?

Weird War oficjalnie się nie rozpadł. Nasz gitarzysta Alex Minoff zaczął grać z Extra Golden, w której gra trzech Kenijczyków i dwóch Amerykanów. Gra w tamtym zespole stała się dla niego bardzo pochłaniającym zajęciem. W tym samym czasie bębniarz Sebastian Thomson przeprowadził się do Anglii, gdzie założył zespół Publicist, w którym trochę śpiewam, zaś Michelle (Mae, basistka Weird War – od red.) została nauczycielką. Ja zaś wydałem książkę zatytułowaną „Psychic Soviet”, z którą odbyłem serię wykładów. Przez moment zatem nie zajmowałem się muzyką. Oczywiście bardzo chciałem grać, ale okoliczności, w których każdy zajęty był innym projektem temu nie sprzyjały. Oprócz wykładów, przedstawiania swoich idei działałem również jako dj, grając głównie stare utwory taneczne – przeważnie soul i r’n’b.
I pewnego dnia mój znajomy Calvin Johnson zaproponował abyśmy stworzyli kilka piosenek i nagrali płytę. W ten sposób powstał Chain & The Gang. Pojechałem do miasta Olimpia w stanie Washington, w którym rezyduje założone przez Calvina K Records. Na miejscu zebraliśmy pewną grupę znajomych związanych z tą oficyną, wśród nich ludzi z Old Time Relijun czy Chrisa Suttona znanego z Dub Narcotic i Hornet Leg. Nagrywanie tej płyty było fajnym zajęciem, zawsze tak jest kiedy okoliczności sprzyjają dobrej zabawie.

Czy Chain & The Gang jest zatem jednorazowym projektem? Czy raczej planujecie kontynuować współpracę w tym gronie?


Już nagraliśmy nowy album, ale nie został on niestety jeszcze zmiksowany. Chciałbym aby już się ukazał, ale napotkaliśmy drobne techniczne problemy. Nagraliśmy wszystko na taśmy za pomocą bardzo starych magnetofonów. Wiesz to jest bardzo niskobudżetowa produkcja (śmiech), stąd częste awarie sprzętu i owe opóźnienia.

Wspomniałeś wcześniej o współpracy z Sebastianem Thomsonem w ramach grupy Publicist, będziecie dalej grać razem?

Sam nie wiem, możliwe, że przygotujemy kolejne kawałki. Sebastian przygotowuje nowe utwory, poprosił mnie abym zaśpiewał w niektórych, więc mam nadzieję, że to dojdzie do skutku. To będzie dla mnie frajda.
Ostatnio współpracuję też z perkusistą Fugazi – Brendanem Canty, mamy taki mały projekt – Felt Letters. Tworzymy pop wspólnie jamując. Zero eksperymentów, nie gramy jazzu czy muzyki ezoterycznej, po prostu improwizujemy na gruncie muzyki pop. Dzięki temu nasze brzmienie jest świeże, zabawne i ma w sobie dużo werwy. Czasami bywa tak, że gdy komponujesz jakąś muzykę, którą później rejestrujesz na płycie, w efekcie tracisz tą specyficzną energię, gasisz iskrę, która była na początku. Jestem zdania, że dobre nagrania zwykle mają w sobie ów niezwykły błysk, słyszysz w nich radość tworzenia. Niestety niekiedy im więcej wkłada się wysiłku w jakieś nagrania tym mniej w nich radości.

Wróćmy teraz do lat 90-tych, kiedy to grałeś m.in. w The Make Up. Po latach odnoszę wrażenie, że byliście prekursorami całej fali powrotów do brzmień lat 60-tych i 70-tych. Mam tu na myśli kapele typy The Strokes, które osobiście uważam za nieciekawe, ale w pewnym sensie można stwierdzić, że podążyły ścieżką, którą utarliście w ramach The Make Up. Co o tym sądzisz?

Musisz pamiętać, że w Stanach istniało wiele garażowych zespołów zainspirowanych latami 60-tymi. Także w Anglii słychać było wpływ tamtej epoki, mówię tu o Billy’m Childish czy The Milkshakes, którzy z kolei byli dla nas wielką inspiracją, zwłaszcza kiedy graliśmy w Nation of Ulysses. Czyli już wtedy wielu ludzi miało obsesję na punkcie lat 60-tych. The Make Up miało jednak inne podejście do muzyki z tamtych czasów. Nasze założenie nie polegało tylko na tym, aby reprodukować brzmienie lat 60-tych, staraliśmy się zaktualizować to, co pociągało nas w ówczesnej muzyce najbardziej, czyli przede wszystkim jej radość, bezpośredniość, osobowość, determinację czy prostotę. To właśnie uwielbialiśmy zarówno w muzyce z lat 60-tych jak i 50-tych.
Jeden z aspektów działania The Make Up zakładał, że będziemy działali niemalże jak James Brown, wydając kolejne koncertowe płyty z tymi samymi piosenkami. Nie chodziło nam zatem o stworzenie jakiegoś szczytowego, jedynego w swoim rodzaju dzieła. Nie interesowała nas idea Sierżanta Pieprza, chęć stworzenia opus magnum, czegoś niezwykłego. Raczej chcieliśmy aby było to jednorazowe i po prostu fajne, dostarczające radości.
Ale faktycznie The Make Up był inspirującym zespołem. Z pewnością mieliśmy wpływ na wiele nowojorskich kapel w okresie, o którym wspominasz, ponieważ różniliśmy się trochę od kapel z lat 60-tych. Ale z drugiej strony zdecydowanie nie my odpowiadamy za modę na tamte lata. W rzeczywistości wiele innych kapel grało podobne rzeczy, nawet w latach 80-tych takie formacje jak Rain Parade czy Green on Red nawiązywały do lat 60-tych.

W wywiadzie jakiego udzieliłeś Antenie Krzyku przed 10-cioma laty wspominałeś, że Waszym celem w The Make Up jest rewitalizacja rock’n’rolla. Sądzisz, że udało Wam się to?

Zdecydowanie! Taki był sens naszego działania – chęć wciągnięcia i zaintrygowania publiczności. Wiele współczesnych kapel stara się stworzyć swoją dźwiękową przestrzeń, trochę eskapistyczną i psychodeliczną. To jest fajne, ale dla mnie rock’n’roll zasadza się na angażowaniu ludzi w jakieś idee i historie. To trochę takie przedłużenie jakiejś konwersacji, wiesz co mam na myśli?

Tak, faktycznie, wiele współczesnych kapel koncentruje się raczej na image’u, a sama muzyka jest dodatkiem do mody. Mało jest formacji od których bije autentyczna pasja. Etos, który dominował w muzyce niezależnej lat 90-tych odszedł niestety do lamusa. Nie zrozum mnie źle, jest pewnie wiele kapel, które są świetne, chociażby taki Pit Er Pat, Mi Ami czy wspomniane przez Ciebie Old Time Relijun, ale w porównaniu z latami 90-tymi, kiedy grały takie grupy jak Dazzling Killmen, Fugazi, The Jesus Lizard czy właśnie The Make Up, czyli formacje posiadające swoje unikatowe brzmienie, współczesna muzyka wypada na tym tle blado.

To jest interesujące, bowiem nowe grupy zdają się być bardziej utalentowane niż kapele z czasów kiedy byłem młodszy, z lat 90-tych. Są na pewno lepsze w reprodukowaniu starych brzmień, ale z drugiej strony brakuje mi u nich jakiejś ideologii i idealizmu. Dla większości ludzi wszystko kręci się wokół kariery. Wszyscy wiedzą jak grać, ale jest bardzo niewiele inwencji w podejściu do muzyki.
Wiele kapel jest bez wyrazu. Wiesz przywykliśmy do tego, że w USA mogłeś wyrazić cokolwiek. To się zmieniło, obecnie jest dużo strachu. Ludzie boją się o czymś mówić w obawie np. o utratę swojej seksualnej wartości, ich atrakcyjność seksualna podlega zatem kompromisowi. Obawiają się też spraw politycznych po tym jak faszyści przeforsowali swoje programy po 11 września. Zatem nie ma treści w wielu kapelach, efektem tego jest pewna forma klasycyzmu, chcemy być klasyczni, grać harmonijną muzykę. Muzyka, którą gra się w radio nigdy nie była jawnie polityczna. Trochę to rozumiem, bo polityczna twórczość jest niczym narkotyk, czyni cię przybitym i zdołowanym. Pragniemy raczej muzyki niemalże uniwersalnej, dlatego też tak atrakcyjna jest prostota, a niekiedy nawet nonsens. Wiesz, teraz jest dobry czas dla niedorzeczności, to powtarzanie „yeah yeah yeah”. Więc w pewnym sensie rozumiem te przemiany w muzyce.
Ale jednocześnie dostrzegam niewiele osobowości w samej muzyce. Dlaczego jest tyle strachu? Dlaczego zespoły są tak psychodeliczne? Dziwny jest ten lęk towarzyszący współczesnej muzyce.

Spotkałem się z opinią, że właśnie najlepsze czasy dla muzyki były wtedy kiedy swobody obywatelskie zdawały się być ograniczane, złote lata amerykańskiego hard-core’u przypadły na rządy Reagana. Także w czasach prezydentur Busha ojca i syna powstawało sporo świetnej muzyki. Może był to efekt pewnej frustracji związanej z poczynaniami ówczesnych administracji? 

Tak, to jest jakaś myśl. Było dużo świetnej muzyki w czasach Busha. Z drugiej strony była rezygnacja. Nie wiem jaka jest sytuacja medialna w Polsce, ale tutaj mass media są totalnie głupie. To powoduje, że jesteśmy wyizolowani.

A powiedz czy cieszy cię zmiana na szczytach władzy w USA? Mam tu myśli prezydenta Barracka Obamę oczywiście.

Wiesz, on zaczął kolejną wojnę, więc... Z psychologicznego punktu widzenia dla wielu ludzi to jest pozytywna zmiana, bo to jest człowiek, który potrafi się ładnie wysłowić, nie jest idiotą. Ale w tym samym czasie dzieją się wciąż te same rzeczy. Korporacje wciąż się umacniają, nadal trwają zagraniczne wojny, rozpoczyna się zresztą nową – w Jemenie.

I paradoksalnie Obama zgarnia Pokojową Nagrodę Nobla...


Tak, ale to nic nowego. Henry Kissinger też dostał Pokojową Nagrodę Nobla. Naprawdę nie rozumiem co przemawia za ludźmi, którzy przyznają takie wyróżnienie.

Jak już rozmawiamy o polityce chciałbym spytać Cię o promocyjną notkę, która dołączona była do płyty Chain & The Gang „Down with liberty. Up with chains” („Precz z wolnością. Niech żyją łańcuchy”), która zaczyna się od słów: “Gdziekolwiek pojawia się wolność tam sieje ona zniszczenie”. Nie wiem czy dobrze zrozumiałem Twoje słowa, ale czy próbowałeś być sarkastyczny i przewrotny w tym tekście? Nie wierzysz w wolność? A może nie wierzysz, że jest ona możliwa w USA?

Wolność, swoboda – to jest amerykańska mantra. Wygląda na to, że traci swoje znaczenie. Jest zawsze używana przez ekspertów bombardujących ludzi planami kolejnych inwazji. To przywodzi mi na myśl film „Widmo Wolności” Bunuela. To jest taka aluzja do tego co czynił Napoleon, który opanował Europę z hasłami wywiedzionymi z Wielkiej Rewolucji: Wolnością, Równością i Braterstwem. I ponoć kiedy Napoleon najechał Hiszpanię tamtejsi dysydenci krzyczeli: „Precz z wolnością!”. Podoba mi się to hasło. Przeciwstawia się dominacji imperialistów, którzy używają hasła „wolności” w swoich niecnych celach. O to mi chodziło w tym tytule.

Zmieńmy odrobinę temat. Oglądałem kilka odcinków talk-show „Soft Focus”, które prowadzisz w internetowej telewizji VBS. Najbardziej do gustu przypadł mi odcinek z Ianem Mackaye’m, który mówił ciekawe rzeczy o popkulturowej rzeczywistości, w której żyjemy. Mam nadzieję, że nie nadinterpretuję jego słów, ale Ian założył, że nie ma znaczenia w jakiejś rzeczywistości funkcjonujemy, liczy się jedynie nasz wybór: czy ją akceptujemy czy nie. Zgadzasz się w tej kwestii z Ianem? Sądzisz, że sztuka, muzyka ma moc by zmieniać rzeczywistość w ogóle?

To jest ważne pytanie. Kiedy spojrzysz na historię sztuki zrozumiesz, że podporządkowana była społeczeństwu i polityce. Wszyscy wiedzą, że komuniści narzucali bardzo surowe, ścisłe idee artystyczne, tak samo naziści. Nawet w kapitalizmie istnieją bezwzględne wytyczne dla twórczości, którą może być zaakceptowana. To oznacza, że ktoś z decydentów wierzy, że sztuka ma dużą moc i decyduje jaka twórczość staje się paradygmatyczna.

A czy Ty stawiasz sobie taki cel dla swojej twórczości? Chciałbyś zmienić rzeczywistość w jakimś stopniu? A może Twoje cele są zupełnie inne?


Ostatnio moje cele dotyczą bardziej samej estetyki. Pragnę tworzyć muzykę, która będzie prosta, tworzona z determinacją i będzie miała w sobie osobowość. Chciałbym aby angażowała w inny sposób niż zwykła rozmowa. Jeśli chodzi o moje polityczne cele, wstyd mi to przyznać, ale nie mam żadnego precyzyjnego programu, który nawiązywałby do obecnych czasów. Chciałbym zmienić wiele poprzez twórczość.
Istnieje jednak odwieczny problem ze sztuką, która w pewnym momencie staje się mechaniczna. Wiesz, w krajach, które nie subsydiują sztuki, aby tworzyć naprawdę wartościowe rzeczy musisz się jej poświęcić  całkowicie. I w pewnym momencie istnieje ryzyko, że Twoja twórczość stanie się zwykłą pracą, rzemiosłem. Zaczynasz się martwić za co opłacić np. struny do gitary. Wracając do ideologii, zdecydowanie jestem zideologizowaną osobą, ale teraz moim głównym celem jest tworzenie muzyki. Z drugiej strony już samo to jest ideologiczne. To chyba nie najlepsza odpowiedź (śmiech). 

A powiedz co sądzisz o rozwoju internetu, który sprawił, że np. nagranie płyty i jej rozdystrybuowanie jest dziecinnie proste. Sądzisz, że nowe możliwości mogą uczynić nas wolnymi?

Zgadzam się, że internet ma wiele zalet, ale z drugiej strony, mówiąc szczerze, odnoszę wrażenie, że utrudnił też wiele spraw. Nie płaci się już za muzykę, fotografię czy literaturę. Internet sprawił, że staliśmy się zbędni, przy okazji niszcząc lokalizm. Wyobraź sobie sytuację, że jesteś fotografem w swoim miasteczku. Ludzie doceniają Twoje usługi, ale nagle stajesz się nieistotny, zastąpiony przez komputer. To samo dotyczy innych kwestii, miłości, związków, muzyki. To dziwne, sądzę, że internet sprawił, że skoncentrowanie się na czymś i docenianie wartości są dużo trudniejsze. Ale może się czepiam, w końcu jestem horoskopowym bliźniakiem (śmiech). Oczywiście to wspaniale być w kontakcie z ludźmi, znalazłoby się jeszcze wiele zalet.
Musisz pamiętać, że internet został wymyślony przez armię. Powstał w laboratoriach US Military-Industrial Complex. Jest trochę podobnie jak LSD. Wiesz, kapitalizm zawsze namaszcza jakiegoś filozofa aby uświadomił nam jakieś wielkie korzyści wynikające z danego odkrycia, które tak naprawdę powstało w zupełnie innych celach. Doskonałym tego przykładem jest właśnie LSD. Nie sądzę aby było to coś pozytywnego, ale w latach 60-tych LSD miało wielu adwokatów wśród sił liberalnych.
To interesująca kwestia, z pewnością internet wszystko zmienił, to pewnie największe odkrycie od czasu upowszechnienia się elektryczności. Według mnie służy powszechnej kontroli, ale wielu ludzi mówi, że daje nam wolność. Sam nie wiem. 

Spotkałem się z jeszcze innym spostrzeżeniem. A mianowicie, internet sprawił, że sfragmentaryzowali się bardzo odbiorcy sztuki. Oznacza to m.in., że w przyszłości nie będziemy mieli do czynienia z jakimś uznanymi przez wielu muzycznymi herosami, takimi jak np. Fugazi. „Gwiazdy” będą funkcjonować raczej w ramach wąskich grup.

To kolejny aspekt internetu. Muzyka zawsze interesowała ludzi, ale sam muzyk stał się istotną postacią dopiero od momentu pierwszej rejestracji dźwięku. Longplay upodmiotowił muzykę, tak samo płyty 12-calowe. Zawdzięczamy to rozmiarowi i formatowi tych wydawnictw. Na okładce widzisz zdjęcie artysty, z tyłu są teksty – już to powoduje, że ludzie uznają takie nagranie za istotne. A teraz zalew plików mp3 sprawia, że nie są one tak ważne. Empetrójce brakuje pewnej namacalności, a ludzie potrzebują przejawu fizyczności. Mogą wtedy uznać, że jest to coś ważnego. Tak jest w przypadku Boga, który jest reprezentowany w kościołach.
Czyli jeśli nie istnieją objawy fizyczności danej muzyki, nie mówię tutaj o opisie mp3 w ipodzie, wówczas nie nadasz jej tej ideologicznej rangi co nagraniom Fugazi czy Boba Dylana. To jest naprawdę interesujący aspekt cyfrowej muzyki.

Faktycznie. Pozwól mi na koniec spytać o Twoje najbliższe artystyczne plany...

Chain & The Gang wkrótce wyda nowy album. Właśnie ukazały się nagrania Felt Letters. Zaśpiewałem też ostatnio w kawałku „Simple Things” grupy Shit Robot z oficyny DFA. Planuję napisać kolejną książkę. A potem nakręcę może jakiś film, i do diabła! – wystartuję w kampanii prezydenckiej! (śmiech)

Życzę powodzenia. Dzięki za wywiad.

To ja dziękuję. Pozdrawiam.

[Adam Bogusiak]