polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Gossip Music for Men

Gossip
Music for Men

Postanowiłem wyczekać z recenzją tej płyty do koncertu Gossip – to był jedyny sposób, bym ją polubił. Pierwsza płyta trio z Portland dla Sony Music to niemal podręcznikowo zrobiony debiut indie-sensacji w koncernie. Wszystko idealnie służy temu, by walory i talenty grupy przełożyć na zdobycie szturmem salonów, centrów handlowych, akademików i innych emanacji masowej popularności. Punk-rockowych i soulowych korzeni bynajmniej nie wycięto, ale ładnie je wymodelowano, podlano dodatkową porcją melodii, dorzucono modnych syntetycznych kwiatków rodem z lat 80-tych, piosenkowość postawiono na pierwszym miejscu, a o obowiązkowym dziś „eklektyzmie” gatunkowym nie zapomniano. Płyta brzmi z rozmachem i soczyście, w ciągle prężnym i rytmicznym graniu grupy pojawia się więcej efektów i smaczków, niż w całym dotychczasowym jego dorobku. Czasem jest to sampelek, czasem klawisz, pianinko elektryczne nawet; czasem słyszymy przestrzenne pogłosy na gitarę, a po chwili uderza nas riff a la Tom Morello. Bez dwóch zdań, niezastąpiony Rick Rubin zasłużył produkcją tej płyty na swoje niezłe zapewne wynagrodzenie. I właściwie wystarczyłoby na tym poprzestać, wzruszyć ramionami i odłożyć na półkę. Gdyby nie Beth Ditto, czy wręcz jej fenomen…


Gossip to przecież szoł jednej aktorki, której wspaniały głos i charyzma nadają uroku tej płycie, a koncerty czynią zjawiskowymi. Beth doskonale odnajduje się w tym ugładzonym muzycznym środowisku, które daje jej większe pole manewru niż szorstki punk-rock wcześniejszych płyt. Jasne, że jej maniera wokalna żywcem powiela styl soulowych wokalistek lat 70-tych (wrzućcie sobie na próbę np. Street Life Randy Crawford w środek „Music for Men”), ale przecież obecnie 90 procent sukcesu to sprawny recykling muzycznych patentów. A Beth śpiewa tak, że jej pierwszej zapożyczenia wybaczamy. Dzięki niej „Music for Men” doskonale sprawdza się jako płyta lekka, łatwa i przyjemna.

[Piotr Lewandowski]