polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Psychoformalina wywiad z Mariuszem Wójcikiem

Psychoformalina
wywiad z Mariuszem Wójcikiem

Debiutancki album Psychoformaliny to jeden z najlepszych krążków jakie ukazały sie na polskim rynku w obecnej dekadzie. I mam tu rzecz jasna na myśli rynek muzyki offowej, alternatywnej, bliższej raczej eksperymentalnej Ściance, niż popłuczynom po brytyjskiej scenie indie sprzed 5 lat jakiej ostatnio nam się namnożyło (Out of Tune, Muchy, Renton dla przykładu). Album dość mroczny i zakręcony, pełen psychodelicznych transów i pustynnej motoryki. Okraszony specyficznymi tekstami osadzonymi na slowach-kluczach, które zamykają wielowarstwowe sytuacje i odmienne stany emocjonalne w zwięzłe komunikaty. Oczywiście płytę wydali sobie sami i niewiele osób poza rodzinnym Wrocławiem o nich słyszało.

Na swojej stronie internetowej http://www.psychoformalina.com/ napisali o sobie:
"Jako programowo niezależny zespół nie opuszcza wrocławskiego podziemia i nie bierze udziału w żadnych przeglądach, konkursach itp., sporadycznie grając koncerty jedynie w zaprzyjaźnionych klubach. Szerokim łukiem omijając wszelkie trendy oraz tzw. kulturę popularną, PSYCHOFORMALINA nie zważa nawet na gusta słuchaczy i z niewymuszoną konsekwencją tworzy własną formę plądrowania umysłów za pomocą sztuki. Bez pozerstwa, zbędnej wirtuozerii, angielszczyzny oraz buraczanych wulgaryzmów powstaje zimna, wielkomiejska poezja zapętlona w łachmanach transowych, nierzadko brudnych, często hałaśliwych dźwięków."

Trzeba przyznać - odważne to słowa. Postanowiłem więc podrążyć nieco temat i zrewanżować się zespołowi własnymi słowami-kluczami. Niemal wszystkie interesująco rozwinął gitarzysta grupy Miras "Mi-1" Majsiak a jedynie na temat tekstów wypowiedział się wokalista: Mariusz "Marian" Wójcik.

I. PSYCHOFORMALINA

Jak to często bywa, pomysł założenia kapeli narodził się na jednej z imprez. Dużo czasu spędzaliśmy razem, więc postanowiliśmy przenieść część bezproduktywnie traconej energii do stworzenia czegoś swojego, ponieważ samo słuchanie depresyjnej muzy przestało nam już wystarczać. Nazwa powstała z połączenia "Psychocandy" The Jesus & Mary Chain i "Adelajdy formaliny" 1984. Dodaliśmy do tego jeszcze SCHIZOHORDA jako drugi człon (potem z niego zrezygnowaliśmy) i zaczęły się próby (najpierw po domach, potem w wynajętej "budzie" z pełnym wyposażeniem). Nie mieliśmy żadnych wielkich ambicji estradowych. Celem był koncert i sprawdzenie się w warunkach "bojowych". Nie obrzucono nas pomidorami, przyjęliśmy zatem, że możemy kontynuować dzieło pogrążania otoczenia w smutku i depresji (była połowa lat 90. i wszyscy szaleli na punkcie grunge'u :)

II. SKŁAD

W zespole są cztery osoby i każdy odpowiada osobiście za swoją twórczą działkę oraz kierunek, w jakim dany utwór się rozwija. Nie staramy narzucać sobie wzajemnie "dzieł skończonych". Oczywiście uwagi i sugestie co do detali są brane pod uwagę. Przy pomocy gitary, basu, perkusji oraz głosu powstaje coś, co jest wypadkową naszych indywidualności. Do tekstów, które pisze "Marian"(wokal) raczej się nie wtrącamy, ponieważ są starannie dobierane pod powstającą muzykę i, jak do tej pory, nie mieliśmy z nimi większych zgrzytów.

III. WROCŁAW

Wszyscy jesteśmy z Wrocławia, który, jako miasto niezwykłe, z pewnością odciska silne piętno na klimacie naszej muzyki. Ze swoją niepowtarzalną aurą, architekturą, historią oraz ludźmi w nim mieszkającymi, zdecydowanie jest źródłem wielu, nie tylko naszych, inspiracji. Ale wszystko to tylko w części, bo dźwięki, które generujemy, pochodzą wprost z naszego wewnętrznego świata emocji. O muzyczną kondycję Wrocławia raczej się nie martwimy. Dzieje się tu dużo ciekawych rzeczy. Jednak jednym z bardziej zastanawiających zjawisk jest koszmarny sposób traktowania zespołów przez właścicieli klubów. Wszyscy z otwartymi ramionami przyjmą każdą kapelę, pod warunkiem, że zagra za dwa piwa na głowę i przyprowadzi ze sobą spore stado klientów baru. Są na szczęście jednak wyjątki (jednym z nich jest Alive!). Nie inaczej działo się na trzydniowej imprezie pod nazwą Wrocław Podwodny, w której mieliśmy nieszczęście uczestniczyć. Non profit i nonsens w jednym wydaniu! Pierwsze było założeniem, a drugie wynikiem braku szacunku dla słuchaczy i samych muzyków ze strony tzw. akustyków. Pomimo zacnej idei, dla nas był to koncert, o którym chcielibyśmy zapomnieć.

IV. TWÓRCZOŚĆ

Wymyśliliśmy sobie takie określenie, jakby rozwinięcie nazwy zespołu: PSYCHOGENICZNA FORMACJA LITERACKO-MUZYCZNA, które wyjaśnia chyba wszystko. Gramy to, co nam się podoba, nie robimy nic pod publikę. W naszej muzyce bardzo ważną rolę odgrywa trans, powstający dzięki powtarzalnym motywom instrumentalnym i słownym. Dźwięki muszą być surowe, rytmy w miarę nieskomplikowane. Zdarza się, że jak nas "poniesie", potrafimy z czterominutowego utworu wyrzeźbić kilka razy dłuższą odjechaną improwizację, choć nie jesteśmy żadnymi wirtuozami. Chodzi przecież o klimat, a nie popisy solowe, ponieważ ponad wszystkimi, przeważa w nas czynnik dekadencki. Tzw. dobra zabawa czy wygłupy na scenie? Tego nie było nawet w założeniach, choć "prywatnie" charakteryzujemy się dość dużym poczuciem humoru.

V. POLSKA ZIMNA FALA

Nie pamiętam od czego się zaczęło (dużo muzyki chłonąłem z ówczesnej "Rozgłośni Harcerskiej" Polskiego Radia), ale pierwszą rzeczą, którą razem zmasakrowaliśmy do przezroczystości, była kaseta magnetofonowa z materiałem "Radio Niebieskie Oczy Heleny" zespołu 1984. Do tego byliśmy na wszystkich niemal koncertach VARIÉTÉ we Wrocławiu. Była jeszcze "Nowa Aleksandria" drugiego oblicza SIEKIERY, ale to rzecz raczej oczywista dla kogoś, kto słuchał w tamtych czasach niemieckiego X-MAL DEUTSCHLAND. Wiele dobrego można powiedzieć także o MADE IN POLAND, 1000000 BULGARIANS, BRAKU, AURORZE, HOLY TOY, pierwszej płycie ZIYO. W ogóle jakość życia w Polsce tamtego okresu, moim zdaniem, determinowała powstawanie takiej, a nie innej muzyki. Cieszą mnie dzisiejsze reedycje trudno dostępnych wtedy płyt, cieszą powroty na scenę kultowych już kapel, chociaż martwią różne pomysły (np. kierunek, w jakim zmierza "nowe" VARIETE).

VI. INSPIRACJE

Z zagranicznych zespołów, które ukształtowały moje podejście do gitary (nie posiadam żadnego przygotowania w tym kierunku) wymienię przede wszystkim : VELVET UNDERGROUND, STOOGES, CURE, JOY DIVISION, JESUS & MARY CHAIN oraz doskonały neopsychodeliczny LOOP. Do tego trzeba by jeszcze dorzucić całą masę kapel, których w kółko słuchałem (i słucham nadal) : krautrockowy CAN, kosmiczny HAWKWIND, zjawiskowy BAUHAUS, ultradołujący SWANS, nieprzewidywalny SONIC YOUTH, hałaśliwie przebojowy PIXIES , neurotyczny JESUS LIZARD, eksperymentalny EINSTÜRZENDE NEUBAUTEN, mroczna strona SISTERS OF MERCY, szaleńczo-narkotyczny wczesny MONSTER MAGNET, niepowtarzalny pustynny KYUSS, przenikliwie chłodna pierwsza płyta COCTEAU TWINS, depresyjny lukier BREEDERS, mantrujący LUNGFISH, senny wczesny SPIRITUALIZED, surrealistyczny BUTTHOLE SURFERS. mogę tak bez końca, mam w domu ponad 2 tys. płyt i nieustającą potrzebę zdobywania następnych. Niestety z całkiem nowych rzeczy nie znajduję nic, co mogłoby mną porządnie wstrząsnąć. Może dlatego, że wszystko już było? Nie wiem. A ocenę, czy te inspiracje mają jakiekolwiek odzwierciedlenie w naszej twórczości, pozostawiam już słuchaczom.

VII. KONCERTY

Nie koncertujemy zbyt często, ale to chyba dobrze. Nie czujemy też potrzeby lansowania się wszędzie i za wszelką cenę, w związku z czym nie wypuszczaliśmy się raczej poza Wrocław. Ostatnio jednak nastąpił jakiś przełom i zostaliśmy zaproszeni do warszawskiego klubu "No Mercy", żeby trochę pohałasować dla tamtejszej publiczności. Było całkiem miło. Obecnie czynimy pewne starania, by dotrzeć do innych miejsc w Polsce, ale przy braku menagera idzie nam dość opornie. Swoją drogą, czekamy również na rozsądne oferty z klubów spoza Wrocławia, lecz, jak już wspomniałem, "nic na siłę". Wszelkie przeglądy i konkursy jakoś nie wzbudzają naszego zaufania. Ci wszyscy jurorzy, beznamiętne, dziwne komisje, protekcje itp. rzeczy, to bagienko zdecydowanie nie dla nas. Dużych festiwali staramy się również unikać, ale to wszystko zależy. We Wrocławiu grywamy w małych, ale klimatycznych miejscach i rozliczamy się z właścicielami, a nie z publicznością (jeśli impreza jest biletowana, nie jest to naszą zasługą).Jak dotąd taki schemat doskonale się sprawdza.

VIII. POLSKI UNDERGROUND

Underground to takie mocno, ostatnio, nadużywane słowo, ale jesteśmy, można powiedzieć, jego częścią, choćby dlatego, że nie istniejemy w publicznych mediach. Natomiast wielkim powodem do dumy jest dla nas fakt, iż jesteśmy prawdziwie niezależni. To duży komfort nie musieć tworzyć pod dyktando jakiegoś sponsora-paranoika, niezależnie od tego, czy jest firmą płytową czy, co gorsze, w ogóle nie jest związany z muzyką (bo i tacy też istnieją). Scena alternatywna istnieje i spełnia bardzo ważną rolę, daje jakąś możliwość wyboru tym, którzy nie godzą się na plastikową przeciętność, zewsząd atakującą nasze zmysły. Zastanawiający jest jednak fakt określania alternatywą (przez tzw. ludzi z branży), nachalnie promowanych, infantylnych zespolików wyśpiewujących grafomańskie teksty. Naprawdę jest tego sporo i cała ta sprawa doprowadzi w końcu do tego, że na prawdziwie niezależne granie trzeba będzie znaleźć inne określenie. Jedno jest pewne - sztuka obroni się sama, a etykietki to zjawisko drugorzędne.

IX. ZŁUDZENIA A RZECZYWISTOŚĆ

Nie mamy (i nigdy nie mieliśmy) złudzeń, że to, co robimy, zaowocuje kiedyś wielką karierą. Nie musimy utrzymywać się z grania, więc mamy dużo swobody. Wszyscy mamy stałą pracę i nie musimy się martwić, czy nasz nowy utwór stanie się hitem, czy nie. Spotykamy się średnio 3 - 4 razy w miesiącu na próbach, resztę czasu zajmują nam obowiązki rodzinne (to akurat nie wszyscy) oraz piwne spotkania ze znajomymi (prowadzimy dość bujne życie towarzyskie ?). Założeniem było, że nigdy nie staniemy się zespołem komercyjnym i nie sądzę, by mogło się coś zmienić w tym temacie. Jest oczywiście teoretyczna możliwość, że styl, w obrębie którego się poruszamy, nagle stanie się tak popularny, że wszyscy nagle zwariują., lecz to mało prawdopodobne. Możemy być spokojni - komercja nam nie grozi ?.

X. DEBIUT

Na płytę wybraliśmy numery sztandarowe, które od dawna prosiły się o porządną rejestrację i które, tak naprawdę, powinny być wydane 10 lat temu. Wyjątkami są "Klaustrofobia" i "Jak ogień", kawałki już z XXI wieku, ale wcale nie musieliśmy ich wciskać na siłę, same spokojnie wpasowały się w całość. Szczególnie ten drugi, mocno energetyczny utwór, szybko zyskał duże grono zwolenników (to taki nasz ukłon w stronę KYUSS'a). Chcieliśmy nagrać materiał na tzw."żywca", lecz nie znaleźliśmy odpowiednio do tego przygotowanego studia za rozsądne pieniądze. Gdy zniechęcenie było coraz bardziej wyraźne i plany nagraniowe znów oddalały się w nieokreśloną przyszłość, z pomocą przyszedł nasz wielki przyjaciel Arnold z wrocławskiego BÉTE NOIRE, który właśnie nagrywał swoją płytę w pewnym garażowym studiu. Weszliśmy tam w zasadzie z marszu, po 9-ciu miesiącach przerwy, bez większego przygotowania i. pomysł okazał się wielce inspirujący. W 4 godziny nagraliśmy perkusję oraz "piloty" do 10-ciu wybranych kawałków, a następne 21 godzin zajęło nam dogranie reszty instrumentów i wokalu. Potem przyszła kolej na długie i żmudne (z przyczyn organizacyjnych) mixy, w których również braliśmy udział, by mieć kontrolę nad ostatecznym kształtem całości.

XI. DRUGA PŁYTA

Następny materiał nagramy, jak tylko uzbieramy na to fundusze (przede wszystkim ze sprzedaży pierwszej płyty oraz koncertów). Mamy mnóstwo kompozycji, które czekają na swoją kolej, no i wciąż powstają nowe! Wszystko moglibyśmy zmieścić na trzech następnych płytach, ale spokojnie. Pomysł na drugi krążek już jest. Z pewnością będzie przeważał nowy materiał, już sprawdzający się nieźle na koncertach, plus dodatkowo jeden lub dwa kawałki z naszego przepastnego archiwum. Nie przewidujemy wielkiej rewolucji brzmieniowej, ale w warstwie tekstowej może być trochę bardziej dosadnie. Kiedy do tego dojdzie? Najprawdopodobniej z końcem tego lub początkiem przyszłego roku.

XII. TEKSTY

Powstają w wyniku uważnej obserwacji otoczenia, postaw ludzkich i ogromnej ekspansji wszelkiej maści naprawiaczy świata. Piszę wieczorami, nocami, prawie nigdy dniem. Nastrajam się muzyką (ja odmiennie od Mirasa od lat fascynuję się mroczną i demoniczną elektroniką), czasem sięgam do obrazów Hieronima Boscha. Piszę, jak to określam, zachłannie, płynnie i nerwowo, zrywami, z pasją. W moich tekstach pobrzmiewa głównie pytanie gdzie jesteśmy, kim jesteśmy i dlaczego nie umiemy dostrzec sił, które nami próbują kierować. Nie, to nie jest bunt, to nie jest rewolucja, to nie jest również krzyk, to po prostu mój osobisty jęk, rzężenie. Niektórzy zdecydowanie zarzucają mi inspiracje Grześkiem Kaźmierczakiem z VARIÉTÉ (ukłon), ale to nie tak. Ja wprawdzie jego poezją przesiąknąłem i swego czasu wręcz śniłem o niej, ale piszę i śpiewam po prostu po swojemu. I jeszcze tylko dodam, że moje monologi do publiki na koncertach są tylko i wyłącznie dowodem na to, że paradoksalnie do moich tekstów, sam jestem wielce wesołym (czasem cynicznie) człowiekiem. Dobranoc.

XIII. WYDAWCA

Nie szukaliśmy specjalnie wydawcy gotowej już płyty, bo jak widzieliśmy ile BÉTE NOIRE się męczyło ze swoim debiutem, ogarnęło nas kolejne wielkie zniechęcenie. Ostatecznie wszystko zrobiliśmy sami, przy pomocy życzliwych nam ludzi. Reszty dokonała tłocznia płyt kompaktowych (za odpowiednią cenę oczywiście). Wysłaliśmy parę płyt do radiowej "Trójki" tylko z prośbą o opinię i. cisza. O dziwo, bardziej interesowano się parę lat wcześniej naszym singlem demo, niż teraz debiutancką płytą. Ale mamy to gdzieś. Jedynie "TERAZ ROCK" przyłożył się do tematu i dostaliśmy całkiem miłą recenzję, dzięki której parę osób o nas się dowiedziało.

XIV. ŚMIERĆ PŁYTY KOMPAKTOWEJ czyli VIVA MP3!

Tradycyjne formy dystrybucji giną przez zachłanność zbyt wielu pośredników windujących ceny płyt do niepoważnych rozmiarów robiąc przy okazji krzywdę samym wykonawcom. Stąd ogromna popularność empetrójek ściąganych z Internetu, w dodatku za darmo i praktycznie bez ograniczeń. Znakomicie się to sprawdza w celach poznawczych, jeśli nie znasz kapeli, a chciałbyś wyrobić sobie jakąś opinię na temat jej twórczości. Sam w ten sposób dotarłem do kilku interesujących zespołów, których normalne już płyty kupiłem w sklepie lub bezpośrednio od nich. Tym sposobem wyrażam swoje poparcie dla tego, co robią. Czyż nie lepiej być posiadaczem porządnie wydanego CD w oryginalnej oprawie? Zwróćcie uwagę na coraz bardziej popularne, eleganckie digipacki, takie, jak nasz ?. A jeśli ktoś, z różnych względów woli dźwięk skompresowany i nie jest estetą - jego wybór. To nie nasze zmartwienie. My nie mamy nic przeciwko kopiowaniu naszych płyt. Podejrzewam jednak, że kompakty tak szybko nie znikną, muszą jedynie pozbyć się niesympatycznych, plastikowych opakowań i osiągnąć jakieś przyzwoite ceny, czego wszystkim szczerze życzę ?. Amen.

[Marcin Jaśkowiak]