polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
HELIOS Ayres

HELIOS
Ayres

Wraz z wydaniem poprzedniej płyty "Eingya" Keith Kenniff zawędrował na sam szczyt cenionych przeze mnie wykonawców. Jego nagrania były jednymi z najciekawszych, a zarazem najpiękniejszych odkryć 2006 roku, na długie miesiące stając się częstymi gośćmi w moim odtwarzaczu. Pisząc o "Eingya" byłem skłonny określić ją jednym słowem - magiczna, zachowując wprawdzie rezerwę na bezwzględnie weryfikującą odczucia racjonalność. Od tamtego czasu upłynęło sporo wody, a ja utwierdziłem się w przekonaniu, że były to nagrania niezwykłe, które na długo zachowują swą magię. Podczas gdy dokonywałem tej weryfikacji, Kenniff pracował nad nowym zestawem dźwięków, czego rezultatem jest kolejna płyta wydana pod szyldem wszechwiedzącego boga słońca. "Ayres" to skromny zestaw sześciu utworów, trwający niecałe pół godziny. Sięgając po nie, miałem nadzieję, że moje pozytywne wspomnienia zostaną odświeżone i kolejny raz zostanę oczarowany nutami Heliosa. Niestety, moje oczekiwania dość bezwzględnie zostały sprowadzone na ziemię, wraz z kolejnymi, coraz bardziej rozczarowującymi minutami płyty.

Zasadniczą zmianą w porównaniu do "Eingya" jest decyzja Kenniffa o przetestowaniu swych możliwości wokalnych. Był to zaiste nietrafiony pomysł, gdyż jego głos jest bardzo niepewny i rozmyty, stając się zasadniczą słabością płyty. Próbuje on delikatnego i nastrojowego śpiewu, lecz nie jest w stanie przykuć uwagi, strącając tym samym całą resztę w otchłań bezbarwności. Wokalne starania mają jednak dużo dalej idące konsekwencje. Spowodowały zasadnicze przebudowanie kompozycji, które zostały podporządkowane linii melodycznej wokalu. W ten sposób zniknęły dziesiątki prostych, a jednocześnie wciągających melodii oraz rozliczne szczegóły i brzmieniowe detale, które tworzyły tę magiczną atmosferę "Eingya". Wprawdzie nadal słyszymy te delikatne dźwięki fortepianu, akustycznej gitary wzbogacone stonowaną elektroniką i kunsztownie dobraną perkusją. Jednak podczas gdy kiedyś środki te wiodły do magicznej atmosfery, która od pierwszego przesłuchania ujmowała i oczarowywała, "Ayres" tworzy niecałe trzydzieści bezbarwnych minut, które przemykają i ulatują, zostawiając jedno, może dwa konkretne wspomnienia. Szkoda, że wspaniały potencjał tego utalentowanego muzyka został zatracony przez nieudany pomysł samodzielnego śpiewania. Pozostaje to uznać za jednak niezbyt udany eksperyment, od którego prowadzą dwie drogi - powrotu do instrumentalnej doskonałości lub rozwijania, oby z powodzeniem, nowej, wokalnej formy. A czy ze stroną kompozycyjną nadal może być dobrze, pokaże już niedługo nowy album Kenniffa, tym razem pod szyldem Goldmund - już na początku tego roku.

[Aleksander Kobyłka]