polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
EDITORS  An End Has a Start

EDITORS
An End Has a Start

Nie ukrywam, iż debiutancką płytę "The Back Room" postrzegam jako zbiór hymnów dla zdołowanych nastolatków. Każdy numer odznaczał się tam swoistą dramaturgią, na którą złożyły się kąśliwe, nieco rozmyte gitarowe riffy Chrisa Urbanowicza, manieryczny, niski głos Toma Smith'a oraz wartka, nowofalowa sekcja. Na swej drugiej płycie Editors postanowili nieco dorosnąć. Na szczęście nie okazało się to tożsame z przejściem na jasną stronę mocy - chłopaki nadal wolą minorowe smutki od radosnych pląsów. Coś się jednak zmieniło - zabójcze melodie, nabrały szlachetności, nie są serwowane już w tak szorstki sposób jak na debiucie. Muzyka dojrzała, choć daleko im od blazy i wtórności ostatnich dokonań Interpola. Termin "radio friendly" na ogół oznacza jakiś tam kompromis, lecz w przypadku tej płyty zupełnie to nie przeszkadza, mroku jest w niej aż nadto. Słyszałem gdzieś porównania do Coldplay - daj Boże Chrisowi Martinowi takich refrenów, w dodatku bez gejowskiego mazgajstwa. Warszawski koncert Editors, na którym miałem przyjemność być, utwierdził mnie w przekonaniu, iż jeśli tylko nie ulegną pokusie samokopiowania stać ich będzie jeszcze na swoje "Closer". Tak, tak - duch Iana Curtisa i klimatów Joy Division nadal przenika z ich emocjonalnej i miejscami skrajnie intensywnej muzyki. Dobrze jednak, że zespół potrafił wyjść poza obszar swoich inspiracji, potraktował je tylko jako punkt wyjścia do stworzenia czegoś indywidualnego. Tym razem jeszcze się to w pełni nie udało. Choć Oasis już i tak przeskoczyli. Ci to pewnie będą wałkować The Beatles jota w jotę aż do śmierci.

[Marcin Jaśkowiak]