polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Editors wywiad z Chrisem Urbanowiczem

Editors
wywiad z Chrisem Urbanowiczem

Część określa ich następcami Joy Division, złośliwi nazywają ich kopią Interpolu. Jeszcze inni uwielbiają ich za klimat, który potrafią stworzyć na swoich płytach, wyróżniający się spośród zespołów gitarowych na Wyspach Brytyjskich. Editors, bo o nich mowa, 4 listopada przyjadą do Warszawy na jedyny koncert w Polsce. Zespół tworzy piosenkowe, chwytliwe melodie, które na drugiej, wydanej w maju płycie "An End Has A Start" mimo, że są bardziej złagodzone i jaśniejsze niż na debiucie pokazują, że można ich śmiało postawić na czele najciekawszych gitarowych zespołów. O Joy Division, pojęciu nowej rockowej rewolucji, Polsce i intensywnej pracy zespołu rozmawiamy z Chrisem Urbanowiczem, gitarzystą formacji.

Na początek chciałem spytać o Twoje nazwisko, brzmi bardzo polsko...

Tak, moi dziadkowie pochodzą z Polski. Przyjechali do Wielkiej Brytanii w trakcie II Wojny Światowej. Więc tak, to polskie nazwisko

Byłeś tutaj kiedyś?

Niestety nie, koncert w Warszawie będzie moją pierwszą wizytą w Polsce. Moi rodzice przyjeżdżali tutaj kilka razy, ale ja niestety nie.

Koncert w Warszawie jest właściwie Waszym najbardziej wysuniętym koncertem podczas tej trasy koncertowej w Europie Środkowo-Wschodniej? Byłeś wcześniej w tej części kontynentu, czy nie zapuszczacie się w te rejony z zespołem?

Nie, to nie pierwszy koncert tutaj. Graliśmy koncert w Moskwie, byliśmy tam pierwszy raz. Ale graliśmy też dalej, w Australii, więc nie ograniczamy się tylko do Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych.

Skoro będziesz w Polsce pierwszy raz to może planujesz coś tutaj zobaczyć, czy ograniczysz się tylko do występu i potem pojedziesz w kolejne miejsca?

Mam nadzieję, że będziemy mieli trochę czasu aby coś zobaczyć. Zawsze będąc w mieście gdzie koncertujemy, staramy się je zwiedzić. Ale podczas tegorocznej trasy występów jest naprawdę wiele, przez co jesteśmy bardzo zajęci i nie zawsze mamy dużo wolnego czasu na zobaczenie wszystkich miejsc w których gramy.

Przejdźmy do waszej muzyki. Nie jest irytujące ciągłe porównania krytyków tego co grają Editors do muzyki Joy Division albo zestawianie was z płytami Interpolu i nazywanie was ich kopią?

Tak naprawdę nie bardzo. Teraz, przy nagraniu drugiej płyty tego typu opinie trochę ustały. Wydaje mi się, że poszliśmy trochę do przodu przy "An End Has A Start" i krytycy już nie porównują nas do zespołów, które wymieniłeś - zwłaszcza w Wielkiej Brytanii. Wydaje mi się że teraz więcej można usłyszeć, że brzmimy po prostu jak Editors, a nie jak jakikolwiek inny zespół. Takie porównywanie jest nudne, ale to normalne i wszystkie młode zespoły chyba muszą przez to przejść.

Wydaje mi się że wasza muzyka i klimat piosenek trochę przypomina to co grał zespół Iana Curtisa. Zwłaszcza na pierwszej płycie w tekstach zdaje się czuć swego rodzaju melancholię...

Hm, to zależy... Ludzie przychodzą na nasze koncerty i staramy się jakoś ich poruszyć, zarówno fizycznie jak i mentalnie, jeśli możemy. Wydaje mi się, że nasza muzyka jest mocno intensywna, czasem wręcz agresywna, ale czasem jest też spokojna i sądzę, że przez to piękna. Lubimy tworzyć dźwięki i piosenki, które w pewien sposób nas ekscytują, więc myślę że tworzymy przez to podobną atmosferę.

Trochę bym się z tobą zgodził - wasze teksty często są melancholijne, ale muzyka wręcz przeciwnie, jest niezwykle energetyczna. Zwłaszcza na drugim albumie, który zdaje się być bardziej optymistyczny od debiutu, bardziej radosny niż smutny...

Tak, często teksty które powstają do piosenek są bardzo mroczne, ale w tym samym czasie staramy się aby muzyka którą do nich tworzymy podnosiła na duchu i było pełna nadziei i radości.

Jak przebiega proces nagrywania płyty w wypadku Editors? Macie odgórny pomysł na to jak mają brzmieć nagrania i potem go realizujecie, czy często nagrywacie muzykę przypadkowo, bo coś nagle się wydarzy i jakoś wpływa to na końcowy kształt albumu?

Przy nagrywaniu "An End Has A Start" spędziliśmy bardzo dużo czasu w studiu. W przypadku naszej pierwszej płyty mieliśmy dużo pomysłów jeszcze przed tym nim weszliśmy do studia aby nagrywać płytę. Można powiedzieć, że tym razem nie mieliśmy tego luksusu. Właściwie wszystko musieliśmy stworzyć w studiu, nagrywaliśmy tam muzykę przez dwa miesiące - przebywaliśmy tam miesiąc przed świętami, a potem drugi zaraz po nich (na przełomie roku 2006/2007 - przyp. red.)

Pytałem o zespoły, z którymi jesteście porównywani, a czego sami słuchacie, co was inspiruje, które mają największy wpływ na waszą muzykę?

Kiedy nagrywaliśmy płytę słuchaliśmy dużo The Strokes, Yeah Yeah Yeahs, Elbow, Tom słuchał dużo R.E.M. Słuchamy wielu różnych zespołów i rozmaitej muzyki, nie ograniczamy się tylko do jednego nurtu. Na przykład wczoraj kiedy graliśmy w tenisa stołowego słuchaliśmy reggae, więc trochę tego jest (śmiech)

To pytanie nurtuje chyba wiele osób, ale co zadecydowało, że przy produkcji waszego pierwszego albumu, "The Back Room" zdecydowaliście się współpracować z Jimem Abbisem, który wyprodukował m.in. płyty Ladytron, Kasabian, The Chemical Brothers, Placebo czy UNKLE?

W zasadzie trudno powiedzieć dlaczego zdecydowaliśmy się nagrywać z nim pierwszą płytę... Wydawało nam się, że wyprodukował do tej pory całkiem ładną muzykę, w jednym czasie nagrał wiele dobrych płyt. Wydaje mi się że dobrze pasował do muzyki, którą tworzyliśmy na pierwszy album. Słucha różnych zespołów i współpracował z wieloma osobami, było w tym trochę wpływu muzyki dance, DJ Shadowa, wiele rozmaitych dźwięków. Przez to wydawało nam się, że możemy stworzyć coś niezwykłego i ciekawego.

Jak istotne dla Editors są wasze koncerty? Po tegorocznym Glastonbury, wielu krytyków okrzyknęło wasz tamtejszy występ jako jedno z największych wydarzeń tego festiwalu. Jak ważne są dla was występy na żywo?

Przede wszystkim Glastonbury to miejsce, które pozwala przełamać się wielu zespołom, dzięki czemu mogą wypłynąć na pełne morze muzyki. Wiesz, twoja reputacja wzrasta jeśli wystąpisz na Glastonbury. To naprawdę niesamowite jeśli możesz tam zagrać, to bardzo magiczne miejsce. Wydaje mi się, że nie ma nic wspanialszego niż granie na żywo i oglądanie tłumu ludzi, którzy są pod wpływem muzyki, którą właśnie Ty tworzysz. To naprawdę niesamowite, kiedy widzisz ludzi z falującymi dłońmi i uśmiechami na twarzy. Jeśli wychodzą z koncertu szczęśliwi i uśmiechnięci sprawia to nam, jako zespołowi niesamowitą radość i przyjemność.

Na Glastonbury gra wiele znanych zespołów. Wy również jesteście teraz znaną grupą, ale nie zaczynaliście grać w wielkim mieście jak na przykład Londyn czy Manchesterze w mniejszym, Birmingham. Czy trudniej jest się przebić w Anglii zespołom z mniejszych miast?

Na pewno było trochę trudniej, żeby jakoś wybić się do szerszej publiczności. Ale teraz nie odczuwamy tej różnicy. Wróciliśmy z koncertów w Ameryce, gdzie każdego dnia graliśmy koncerty dla kilku tysięcy osób, na Glastonbury graliśmy dla kilkudziesięciu tysięcy osób. Ale nie robi nam to większej różnicy, kiedy przyjeżdżamy do naszego rodzinnego miasta i występujemy przed mniej liczną publicznością. Po prostu gramy koncert, co i tak sprawia nam niesamowitą radość.

Wasze płyty chciało wydać wiele wytwórni płytowych - zwłaszcza w wypadku drugiego albumu. Dlaczego zdecydowaliście się na niezależne, małe wydawnictwo Kitchenware Records? Macie już na tyle silną pozycję, że spokojnie moglibyście to zrobić w wielu innych...

Kitchenware wydało się nam najbardziej interesujące. Wiedzieliśmy wiele o tym jak wygląda proces w wypadku innych, zarówno niezależnych wytwórni jak i majorsów, jacy ludzie się tam znajdują i jak to wszystko działa. Kitchenware Records wydało nam się najłatwiejszym rozwiązaniem. Dzięki temu mogliśmy mieć całkowitą wolność, ale dobrze nam się współpracowało, bo nagraliśmy tam też pierwszą płytę.

A co sądzisz o pojęciu "New Rock Revoluton" stworzonym przez media? Coraz częściej można o tym usłyszeć, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii. Co chwilę jakiś zespół zostaje okrzyknięty nowym odkryciem i prasa się nim zachwyca, najczęściej zajmuje się tym chyba "New Musical Express". Jak na tle tego wszystkiego widzisz Editors? Przyznam szczerze, że trochę gubię się w tych wszystkich nazwach i coraz to nowszych grupach, które są podobno odkryciami, a brzmią dość wtórnie... Czy ta nazwa coś oznacza, czy powstała tylko jako hasło wymyślone przez krytyków?

Nie, to tak naprawdę nic nie znaczy, naprawdę nie powinieneś czytać "New Musical Express" to nie jest zbyt dobra gazeta (śmiech). Pojęcie "New Rock Revolution" powstało z trzy czy cztery lata temu, a NME lubi wymyślać takie pojęcia, wydaje mi się że trzeba się trochę od tego zdystansować.

Więc jeśli nie NME to jakie inne magazyny muzyczne czytasz?

Wiesz, tak naprawdę dość dużo. Ale takim, który czytam obecnie najczęściej jest "Dazed & Confused". To magazyn nie tylko o muzyce, ale też o sztuce, modzie, filmie czy literaturze i wydaje mi się bardzo ciekawy.

Jeśli mówimy o innych dziedzinach sztuki to widziałem wideo, które stworzyłeś ze znajomymi w czasie studiów na Uniwersytecie w Staffordshire. Jesteś na nim prezenterem telewizyjnym przedstawiającym cover utworu "Niekończa się opowieść" (można go zobaczyć pod tym adresem), zajmujesz się czymś podobnym aktualnie?

Wiesz co, nie bardzo. Jesteśmy bardzo zajęci koncertowaniem z zespołem i nie mamy na to czasu...

Ale jednocześnie przykładacie dużą uwagę do swoich teledysków i ich fabuły...

O tak, mamy na nie duży wpływ, wybieramy nasze ulubione skrypty, mamy też dużo pomysłów na to jak obraz może pasować do konkretnych fragmentów piosenek. To dla nas dość istotne, żeby obraz w jakimś stopniu zgrywał się z muzyką.

Macie też ciekawe pomysły przy samym tworzeniu piosenek. W otwierającym waszą drugą płytę utworze, "Smokers Outside The Hospital Doors" na końcu wykorzystaliście chór, skąd ten pomysł?

Tak. To nasza pierwsza piosenka, którą nagraliśmy w trakcie sesji na tą płytę. Chociaż wydaje mi się dość smutna - wiesz, ta perspektywa tytułowych palaczy na zewnątrz drzwi szpitalnych. Dlatego postanowiliśmy to skontrastować z czymś wesołym, bardziej podnoszącym na duchu i wpadliśmy na pomysł, żeby w ostatniej części utworu wykorzystać chór na zasadzie crescendo, wzmacniając dynamikę piosenki na końcu. I potem zdecydowaliśmy się wykorzystać ten utwór jako singiel.

Natomiast zupełnie odwrotnie jest przy utworze zamykającym płytę, "Well Worn Hand". Jest on bardzo oszczędny - w zasadzie gra w nim na pianinie tylko Tom, a w tle słychać pojedyncze dźwięki generowane przez gitary. Czytałem wiele historii na temat tego jak powstał, opowiedz jak to właściwie było..

Tak, ten utwór powstał po tym jak jednemu z przyjaciół Toma przydarzyła się dość przykra historia. Wiele razy zastanawialiśmy się jak nagrać ten kawałek i w końcu stwierdziliśmy, że najlepiej to wypadnie jeśli Tom sam zagra go na pianinie. Nagraliśmy go tylko raz i to było odrobinę dziwne. Ale wyszedł niezwykle przestrzennie i przede wszystkim niezwykle emocjonalne, dlatego zdecydowaliśmy się umieścić to na końcu albumu.

A co planujecie teraz? Czy podczas koncertów będzie można usłyszeć coś nowego?

Na razie nie, ponieważ cały czas gramy koncerty, właściwie na nic innego nie mamy czasu. Będziemy koncertować do końca tego roku, a potem jeszcze przez znaczną część następnego. Wydaje mi się, że najwcześniej zaczniemy nagrywać coś nowego pod koniec przyszłego roku.

W takim razie teraz czekamy na wasz występ w Warszawie, dzięki za rozmowę i do zobaczenia na koncercie.

Ja też dziękuję, do zobaczenia.

[Jakub Knera]