polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
LACUNA COIL Karmacode

LACUNA COIL
Karmacode

Po medialnej burzy, jaka przetoczyła się w pierwszym kwartale br. przez większe magazyny rockowe na świecie, można wreszcie z pewnym dystansem spojrzeć na najnowszą propozycję Włochów. Nie kuszą już tak bardzo spojrzenia czy wyeksponowane kształty Cristiny - wokalistki Lacuna Coil - obecne w każdej reklamie i prawie na każdej okładce gazety. Można śmiało stwierdzić, że z marketingowego punktu widzenia "Karmacode" przyćmił jak na razie wszystkie tegoroczne premiery. A czy na to zasługuje, to już inna kwestia. Poprzedni krążek "Comalies" odniósł duży sukces za Oceanem, stąd nowa płyta brzmi jeszcze bardziej po amerykańsku. Zespół/wytwórnia (odpowiednie skreśl) postawił na rytmikę rodem z ostatnich dokonań Korn i przebojowe refreny. Dla wydawcy - Century Media - Włosi to w tej chwili niepodważalny priorytet. Aż trudno sobie wyobrazić, ale jeszcze kilka lat temu grali muzę pod The Gathering, by teraz zamykać największe festiwale. Czy sukces zawdzięczają muzyce, czy też aparycji i kokieterii Cristiny? Scabbia śpiewa teraz pewniej, zresztą znacznie ograniczono partie Andrea Ferro, przez co ma ona więcej pola do popisu. Muzycznie Włosi balansują na pograniczu rocka i nu metalu, wnosząc elementy orientalne, czasem bardzo radiowe ("Our Truth", "Without Fear"). Dwanaście autorskich kompozycji składających się na nowy album włoskiego sekstetu jest próbą umocnienia swojej pozycji na amerykańskiej scenie, a dla słuchaczy po części dobrym wypełnieniem luki po Evanescence. Na koniec grupa serwuje mocno przewidywalną przeróbkę Depeche Mode - "Enjoy The Silence". Czy zatem "Karmacode" to najlepszy krążek w dyskografii Lacuna Coil?

[Marc!n Ratyński]