polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
DAEDELUS Denies the Days Demise

DAEDELUS
Denies the Days Demise

Dawno temu, w czasach kaset video, istniała świecka tradycja nagrywania bajek z telewizji, by później można było je na okrągło oglądać. Jedną z moich ulubionych były przygody dwóch dzielnych Galów walczących z legionami przebrzydłych i przezabawnych Rzymian. Z kolei najlepszą ich częścią była ta, w której musieli wykonać dwanaście prac zleconych przez Julka Cezara. Dlaczego o tym wspominam? Otóż jeśli jesteście w stanie przypomnieć sobie zadanie, w którym Asterix i Obelix mają zmierzyć się z kapłankami na rajskiej wyspie, wiecie już jaką muzykę zawarł Daedelus na swojej najnowszej płycie "Denies the Days Demise".

Piąta płyta w kolejnych pięciu latach przynosi właśnie taki zestaw - wymieszanie latynoskich rytmów z elektronicznymi dźwiękami, pocięte i zaprawione odrobiną schizofrenicznego szaleństwa. Słuchając jej, przed oczami stają dziwaczne zwierzaki wydające z siebie najróżniejsze odgłosy oraz Galowie bałnsujący wraz z kształtnymi kapłankami nektaru i ambrozji. Podstawą w muzyce Daedelusa jest rytm wytworzony przez niezliczone ilości latynoskich instrumentów perkusyjnych. Oczywiście nie mógł być zostawiony samemu sobie, dlatego jest solidnie połamany i poszatkowany przy pomocy elektronicznych zabiegów. W to powplatane są różnorodne sample, porywające dęciaki, brzdąkające gitary, a nawet nostalgiczne smyczki. Po solidnym pocięciu i sklejaniu znajduje się jeszcze miejsce na sporo wciągających melodii. Słuchając takiego zestawu można być pewnym tylko jednego - wszystko może się zdarzyć. Surowa elektronika wspierana przez niemal kosmiczne dźwięki miesza się z trąbką i fagotem. Niepokojące, mroczne smyczki przeplatają z nagłymi atakami rytmu. Generalnie nie należy się przyzwyczajać, gdyż za każdym zakrętem, a jest ich więcej niż na przeciętnym torze Formuły 1, czai się coś zupełnie innego.

"Denies the Days Demise" to pozycja pełna żywiołowości i energii. Przypomina nieco odgłosy pochodzące z ogarniętych karnawałem latynoskich miast, przepuszczone przez nieźle ześwirowany komputer. Daedelus kolejny raz pokazał, że jest twórcą pełnym wyobraźni, a jego pomysłami można by solidnie obdarzyć kilka płyt. Dzięki temu ma ona dwa oblicza - uważny słuchacz będzie zachwycał się ich bogactwem i podziwiał umiejętne cięcie-gięcie dwóch różnych muzycznych światów, zaś słuchacz rozrywkowy doskonale się przy niej pobawi.

[Aleksander Kobyłka]