polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
The Elected Sun, Sun, Sun

The Elected
Sun, Sun, Sun

Grupa Blake'a Sennett'a, pierwotnie gitarzysty i współtwórcy muzyki Rilo Kiley, objawiła się dwa lata temu jednym z najmocniejszych indie-rockowych debiutów roku 2004. Delikatne, acz konkretne brzmienie oparte o plamy gitary steel i sekcję rytmiczną momentalnie wywołującą skojarzenia z country, stanowiło dzięki niezwykle urokliwym aranżacjom doskonałe tło dla melancholijnego śpiewu Blake'a pełnego zwątpienia. Dyskretne podlanie całości elektroniką sprawiło, że Elected spokojnie wskoczyło w pierwszy szereg przedstawicieli amerykańskiego folk-rocka. "Sun, Sun, Sun" przynosi potężną zmianę nastroju i stylu - mniej uderzającą, ale jednak. O ile na okładce "Me First" widniało wymowne, próżne prosię, to wiejska sielanka na "Sun, Sun, Sun" świadczy, że Blake'a mniej zajmują obecnie wyrzuty sumienia i ciemne strony naszej psychiki, a bliżej mu do wewnętrznego spokoju i satysfakcji z rzeczy prostych i być może najważniejszych. Stąd płyta, stworzona w trakcie trasy z Rilo Kiley wszerz i wzdłuż Stanów, koncentruje się na aspektach miłości, poczucia bliskich miejsc i odnalezieniu swej spokojnej niszy. Mało tego, muzycznie ten optymizm aż tryska z głośników, z rozkosznie spokojnej gry perkusji, rozlewających się gitar i bezczelnie radosnego wokalu Blake'a, który z niejaką ambiwalencją w głosie wyśpiewuje swoje liryczne - trzeba przyznać - teksty. Niemal nieuniknione jest zatem przesunięcie w stronę popu i tak właśnie odbiera się "Sun, Sun, Sun" w pierwszym momencie, a chwilami bezczelna trywialność aż zaskakuje.

I właśnie dlatego warto tej płycie dać co najmniej kilka przesłuchać więcej, by zorientować się, jak rozkoszną zabawą konwencją i także ze słuchaczem są takie Did Me Good czy Not Going Home i inne - przecież tutaj chwilami słychać Franka Sinatrę, folk-rock czy fantastycznie przywołany kanon country. Autentyczne, głębokie zakorzenienie nastroju płyty w przemierzaniu bezkresów Ameryki znajduje wyraz w przewijających się jak za oknem pociągu obrazach, historiach mijanych miejsc, czy refleksjach wywoływanych tęsknotą za domem, a z drugiej strony wrażeniem, że człowiek potrafi go sobie wszędzie i zawsze stworzyć. Podobnie jak na "Me First", Sennett nie pisze swoich tekstów przypadkowo i składają się one na szerszy program. A że jednorazowy projekt przerodził się w pełnoprawny zespół i w aranżacjach ponownie maczał palce multiinstrumentalista Mike Bloom, bogactwo brzmienia jest jedną z najmocniejszych stron płyty - od czarujących aranżacji gitar, przez sporadyczne smyczki, po trąbki i harmonijkę - wszystko na miejscu, ze smakiem i we właściwej proporcji. W rezultacie chwytliwość tych niemożliwie popowych zagrywek jest wręcz zaraźliwa (Fireflies in a Steel Mill czy The Bank and Trust to przykłady takich gwoździ wbijających się w pamięć) i chwilami przyprawia mnie o wyrzuty sumienia, jak mogę się zachwycać takimi niby to banałami? Otóż można, gdy zaakceptuje się zasady leniwej gry prowadzonej przez Blake'a, prowadzącej go do muzyki pozornie diametralnie innej niż na debiucie, ale w rzeczywistości jednakowo intrygującej i głęboko zakorzenionej w pewnym doświadczeniu kulturowym - a gdy stanie się ono wspólne, wtedy sztuka przemawia do nas głębiej. Nie jest to koncept album, jak w przypadku fascynujących płyt Sufjana Stevensa, lecz raczej wspaniałe sięgnięcie po na pierwszy rzut oka banalne środki, by nadać im sensu i uczynić narzędzie do przekazania własnych emocji. "Sun, Sun, Sun" - warto, warto, warto i tyle, przede wszystkim dla wspaniałych piosenek zapewniających rozrywkę, po której coś w głowie zostaje. No i dla tych melodii oczywiście.

[Piotr Lewandowski]