polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
JAMIE LIDELL Multiply

JAMIE LIDELL
Multiply

Według mnie Jamie Lidell jest po prostu bezczelny - wydaje w Warpie płytę, która mogłaby być najważniejszą pozycją roku w Motown, gra soul jakby był to IDM, a równocześnie pozwala sobie na zagrywki i melodie, o jakie można by podejrzewać chyba tylko Stevie Wondera albo Prince'a. Najwspanialsza wydaje mi się jednak swoboda "Multiply", kompletna wolność od oczekiwań odbiorców i własnej przeszłości. Jamie nie jest człowiekiem znikąd, ma za sobą doświadczenia laptopowe w Mosquito, pasujący do kanonu Warpa debiutancki "Muddlin Gear", dwie płyty Super_Collider w duecie z Christianem Voglem i współpracę z big bandem Matthew Herberta. Jednak dla percepcji "Multiply" nie ma to żadnego znaczenia, ważne jest, że Lidell wspaniale opanował muzyczną konwencję wywodzącą się z lat sześćdziesiątych, a serwuje ją zarówno używając środków właściwych dla klasycznego soulu, jak klawisze Rhodes, gitary, instrumenty dęte, jak i skrajnie nowoczesnych, od beat-boxów przez skrecze i gamę komputerowych zagrywek po IDM-ową produkcję.

W rezultacie powstały piosenki, piosenki, piosenki, przy których naprawdę wierzy się wokaliście, że "life is allways beautiful", jak głosi on w What's the Use. Piosenkowy charakter "Multiply" jest ewidentny już po pierwszym kontakcie, a płycie nie można zarzucić jednolitego brzmienia. Wręcz przeciwnie jak w kalejdoskopie przelatują nam przed oczyma bezczelne solówki klawiszy w Multiply, porywająca produkcja When I Come Around, hip-hopowy feeling A Little Bit More czy oparty jedynie na sekcji rytmicznej Music Will Not Last i wreszcie deliryczne zabawy rytmem Newme i The City. Dołóżmy do tego dwie rozbrajające balladki i otrzymujemy najszybciej mijające czterdzieści minut tego roku. Jamie'go wspomagają Mocky na basie i Gonzales na klawiszach, jednak Lidell jest panem i władcą tej płyty, chyba przede wszystkim za sprawą wokalu. Podobno określenie "soulowy" było w swoim czasie największym komplementem dla wokalisty. Lidell zdecydowanie posiada to "coś" w swoim głosie, w każdym utworze racząc nas szeregiem oszałamiających zagrywek i płomiennych fraz w olbrzymiej rozmaitości. Już w samej warstwie muzycznej jest to płyta porywająca, pełna frapujących detali odkrywających swoje istnienie dopiero po dłuższym z nią kontakcie. Dowodzą one, że nie mamy do czynienia z odgrzewaniem soulowo-funkowego kotleta, lecz z pełnoprawną reinterpretacją szacownej konwencji. Z której strony by nie spojrzeć, "Multiply" jest albumem zaskakującym, nagranym przez muzyka o olbrzymiej pewności siebie i realizującego śmiałe pomysły, nie mającego ograniczeń w nasyceniu muzyki uczuciami. Szczerość ta sprawia, iż jego nawet najbardziej "pościelowe" teksty nuci się przy każdej nadarzającej się okazji. Może tak brzmiałaby wspólna płyta Prince'a i Squarepushera, albo gdyby Jamesa Browna przyparł do muru Super_Collider, "Multiply" ma jednak znaczną przewagę w postaci jednego autora i jego przewrotnej wizji. Kto jeszcze nie słyszał, niech czym prędzej naprawi to niedopatrzenie.

[Piotr Lewandowski]