polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Kid Koala wywiad

Kid Koala
wywiad

Zaryzykuję stwierdzenie, że występy Kid'a Koala w Warszawie i w Katowicach stanowią jedne z najlepszych imprezowych setów, jakie mogliśmy zobaczyć do tej pory w Polsce - w przeciwieństwie do Q-Berta Kid Koala nie ogranicza się do turntablistycznych popisów, lecz jego niewiarygodne opanowanie adaptera zapewnia solidną dawkę porywających skreczy, jakich nie uświadczycie podczas występów innych didżejów, nawet przebijających Kida doborem przebojowych breaków. Z Kidem, który okazał się być cichym i trochę nieśmiałym ale zarazem niezwykle miłym człowiekiem, spotkałem się przed jego występem w warszawskim klubie 1955.

Kilka tygodni temu ukazało się DVD "Short Atention Span Theater" zarejestrowane w czasie twojej trasy z P-Love'm i DJ Jesterem. Polskę odwiedziłeś jednak samotnie, więc chyba nie powinniśmy traktować tej wizyty jako promocji DVD. W czym odmienne są od siebie twoje występy w pojedynkę i z zespołem?

Rzeczywiście moja obecna trasa nie jest związana z premierą DVD, co wynika głównie z tego, że w krajach, gdzie występowałem do tej pory sporadycznie albo w ogóle, promotorzy wolą zaprosić mnie samego. Jeżeli imprezy są udane, to później czasami gram w tych samych miejscach z zespołem. Zorganizowanie trasy na cztery, pięć osób jest po prostu bardziej kłopotliwe i droższe. Większą część trasy gram więc sam, ale z P-Love'm i Jesterem spotkam się za kilka tygodni w Portugalii.

Zespół jako taki kojarzy się raczej z grupami jazzowymi czy rockowymi, gdzie muzycy obsługują różne instrumenty pełniąc odmienne funkcje w strukturze utworów. Jak to wygląda w waszym przypadku, skoro będąc didżejami każdy z was może właściwie odegrać identyczną rolę?

Myślę, że właściwie odbywa się to podobnie - w grupie didżejskiej również można wyróżnić osobę odpowiedzialną za sekcję rytmiczną, za instrumenty dęte, melodie czy wokale, ale ten podział nie jest sztywny. Przykładowo, adaptery służące do tworzenia rytmu zazwyczaj mamy ustawione z tyłu sceny i czasami rytmem zajmuję się ja, czasami P-Love, nie ma na to reguły. Zależy nam jednak na tym, żeby widzowie mogli bez problemu wychwycić, co w danym momencie gra każdy z nas, czyli dokładnie tak, jak w zespole instrumentalistów. Tak naprawdę, muzyka na każdej z moich płyt jest złożeniem wielu warstw skreczy. Efekt końcowy może być utrzymany w konwencji ska lub jazzu, ale z czysto praktycznego punktu widzenia, to są po prostu nawarstwione skrecze. I grając na żywo właśnie to chcemy unaocznić.

Większość zespołów wychodząc na koncert ma przygotowaną listę utworów na dany wieczór. Czy wy postępujecie podobnie? Jak to wygląda gdy grasz samemu, jak choćby dzisiaj? Czy zaczynając set masz określoną koncepcję co zagrać, czy raczej ewoluuje on spontanicznie?

W tym względzie "Short Atention Span Theater" także przypomina tradycyjny zespół - zawsze gramy zgodnie z setlistą, ponieważ mamy w repertuarze pewien zbiór utworów i chcemy je zaprezentować. To, że gramy na żywo, przejawia się w tym, że wymieniamy się rolami i partie grane przeze mnie jednego wieczora innym razem może zagrać ktoś inny. Gdy występuję sam, moje nastawienie jest zbliżone, czasami chcę poczuć się wokalistą i skreczuję wokal na tle bitu, innym razem jestem trębaczem albo wrzucam jakieś wyprodukowane, przestrzenne dźwięki. Jak już wspomniałem, sprowadza się to do dopasowania kolejnych poziomów skreczy, ale w ciągle nowych kombinacjach, więc moja rola ulega ciągłej zmianie w czasie setu. Ważne, żeby w kreatywny sposób tworzyć coraz to nowe zestawienia i żeby składały się one na spójną całość.

Z jakiego sprzętu korzystasz w czasie występów?

Dzisiaj zagram na trzy adaptery, gram oczywiście z winyli. W studio korzystałem z oprogramowania do skreczowania, ale w czasie występów na żywo przyjemność sprawia mi obcowanie z winylami. Bardzo odpowiada mi wszystko, co się z nimi wiąże - ich dynamika, brzmienie a także związane z winylami ryzyko. W czasie występu może przydarzyć się wiele rzeczy, wiele może pójść nie po mojej myśli, więc nie widzę powodu, żeby angażować jeszcze więcej technologii i komplikować sprawę. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł grać inaczej niż z winyli. Zawsze w ten sposób grałem, jest to dla mnie sposób nawiązania kontaktu z muzyką, której używam. Bardzo to lubię, tylko moje plecy nie są tym zachwycone.

To ile tych płyt masz ze sobą w czasie setu?

Około setki zazwyczaj.

Czy są wśród nich winyle przygotowane specjalnie przez ciebie?

Tak, jedynie w ten sposób mogę na żywo zagrać numery z płyt. W studio używam nawet do osiemdziesięciu sampli w jednym kawałku, więc nie jest możliwe odtworzenie tego procesu na żywo.

Gramofony trzeba by było poustawiać dookoła całego klubu.

I tak by się pewnie nie zmieściły. Dlatego przygotowuję kilka specjalnych winyli na koncerty. Reszta to oryginalne płyty, oczywiście nie z moją muzyką, ale z różnym hip-hopem, elektroniką, jazzem, rockiem i tak dalej. Gram przecież dla ludzi, którzy niekoniecznie muszą znać moje płyty, ale chcą się dobrze bawić. Podejrzewam, że znaczną ich część tych płyt nie zna, ale jakieś swoje kawałki zawsze przemycam.

A propos twoich płyt, słuchając "Carpal Tunnel Syndrome" mam wrażenie, że na pierwszym planie jest brzmienie skreczy, prawie jak w podręczniku do skreczowania, natomiast na "Some of My Best Friends Are DJ's" o wiele ważniejsza stała się kompozycja utworów. Czy twój następny album będzie kontynuacją tej ewolucji?

Szczerze mówiąc, moje nastawienie do muzyki jest dwojakie i nie mogę odsunąć od siebie żadnego z tych odmiennych podejść. Z jednej strony, zależy mi na melodiach, harmoniach i potencjale jaki drzemie w wypracowanych formach utworów, na umieszczeniu adapterów w ramach tej już istniejącej struktury, korzystaniu z zasad kompozycji. Ale z drugiej, drzemie we mnie wywrotowiec wątpiący w to, płyta musi się składać np. z trzynastu czterominutowych piosenek. To męcząca konwencja. Wydaje mi się, że każdy album ma swoją własną historię, która w każdym momencie może ulec wywróceniu do góry nogami, a za każdym razem gdy upuszczasz igłę na płytę jesteś w stanie odwrócić o 180 stopni i brzmienie i narrację. Naprawdę cenię tę możliwość nagłej zmiany formy. Czasami mam ochotę odciąć się od kanonu i nagrywać płyty bez piosenek, bez uznanych struktur, bez szans na emisję w radio i powodzenie na parkietach. Chodzi o czyste zbadanie drogi, którą można podążać dzięki adapterom. Taka idea przyświecała też "Short Atention Span Theater". Myślę, że zmierzam równocześnie w tych dwóch kierunkach, które stają się jednak od siebie coraz bardziej oddalone. Moje jedno oblicze skupia się na studiowaniu muzyki, uczeniu się kompozycji, ćwiczeniu w graniu i pisaniu, a drugie staje się coraz bardziej szalone i pokręcone.

Czy masz już jakieś pomysły na następny album?

W tym momencie planuję dwie płyty. Jedna jest ścieżką dźwiękową do filmu animowanego, którego bohaterem jest komar grający na klarnecie w zespole jazzowym. Inspiracją do tej płyty jest Dixieland jazz, jego konwencja, struktury utworów. Drugi album to mixtape, pozwalający mi na zabawę formą setów granych na adapterach, przerzucaniem płyt co dwie minuty, by zobaczyć, jak wiele różnych rzeczy można za pomocą adapterów połączyć w jedną podróż.

Zastanawia mnie, czy uczyłeś się kiedyś gry na jakiś klasycznych instrumentach?

Gram na fortepianie a swego czasu także na klarnecie. Na fortepianie uczyłem się grać od czwartego roku życia, chodziłem do szkoły muzycznej. Potem, gdy miałem trzynaście lat, zabrałem się za didżejing, tu już będąc kompletnym samoukiem. Byłem za młody żeby chodzić do klubów, nie było też wtedy stacji muzycznych i internetu, więc jedyny sposób nauki stanowiło słuchanie płyt gdzie pojawiały się skrecze i na tej podstawie próby odtworzenia danego motywu, odkrycia jak tworzy się dany dźwięk. Czasami udawało mi się do tego dojść, czasami kończyło się na zagrywce totalnie innej, która jednak mogła wydać mi się tak ciekawa, że spędzałem nad nią dwa tygodnie i kończyło się to dziwnie. [śmiech] Nigdy nie miałem jednak żadnego mentora, który dawałby mi rady i wskazywał drogę.

Domyślam się, że ćwiczyłeś na płytach rodziców?

Rodziców, siostry, używałem także jej sprzętu audio składającego się z adapteru, radia i magnetofonu. Jedno pokrętło służyło do przełączania między radiem a gramofonem, drugim ustawiało się częstotliwość fali, nawet nie na konkretną stację, tylko na puste zakresy, żeby uzyskać ciszę lub szum. I w ten sposób przełącznik między gramofonem a radiem stawał się faderem. Dużo frajdy dawały mi te skromne pierwsze kroki. Jeszcze lepsze rzeczy się wtedy działy. Mój przyjaciel pracował w fast-foodzie i zawijał hamburgery w taki woskowany papier. I z tego papieru robiliśmy krążki, podkładki pod płyty, żeby igła nie przeskakiwała. Pierwsze dwa lata ćwiczyłem na takim sprzęcie.

Jakiej muzyki wtedy słuchałeś, co cię inspirowało?

Gdy zaczynałem, moje muzyczne doświadczenia ograniczały się do klasyki, tego co wiązało się z grą na fortepianie. A do klubów nie chodziłem ze względu na wiek.

Nie miałeś starszego brata z szafą pełną płyt Public Enemy?

Nie, nie. Nieco później, chyba w osiemdziesiątym ósmym roku zacząłem sam kupować płyty, wtedy ukazało się sporo wartościowych rzeczy, dających mi pojęcie o technice gry, o mechanice gramofonu. Public Enemy na pewno był jednym ze źródeł inspiracji, także Coldcut, De La Soul. Słuchając ówczesnych płyt hip-hopowych starałem się odkryć z czego się one składają, wiesz na zasadzie: gdzie Prince Paul wygrzebał taki sampel. W ten sposób dotarłem do korzeni, czyli funku, jazzu, bluesa. Więc czerpałem z tych płyt na dwa sposoby, idąc dzięki nim równocześnie do przodu i zagłębiając się w przeszłość.

A obecnie czego najczęściej słuchasz?

Właśnie tych korzeni, czyli jazzu i bluesa. Ta muzyka i grający ją artyści są mi coraz bardziej bliscy, odczuwam z nimi coraz silniejsze połączenie. Jest ona bardzo prosta i bardzo bezpośrednia, w tym sensie, że słychać uczucia, które ma ona wyrażać, grana jest prosto z serca. Sprawia mi to dużą przyjemność. Z drugiej strony, naprawdę lubię ścieżki dźwiękowe, które ukazują znacznie bardziej spektakularne podejście do muzyki. Są one o tyle inspirujące, że stanowią odmienny rodzaj doświadczenia, np. umożliwiają postawienie się w takiej sytuacji: za pomocą orkiestry złożonej z siedemdziesięciu osób chcesz stworzyć jakiś nastrój, jak sobie z tym poradzić? W odniesieniu do jazzu sięgam po coraz starsze rzeczy, nie jestem raczej na bieżąco z tym co się ukazuje. Czuję, jakbym prowadził studia, często sięgam po kolejne płyty odkrywając kolejne płyty, nagrane przez danych muzyków nagrane w innych składach. Dużą przyjemność daje mi śledzenie rozwoju muzyków, słuchanie ich płyt z różnych etapów kariery, porównywanie jak np. Louis Armstrong grał na początku, a jak na końcu swojej drogi, jak zmieniało się jego odczuwanie muzyki. Inspiruje mnie to, pokazuje, że ciągła zmiana i rozwój są możliwe.

Czy grałeś kiedyś razem z jazzmanami, na żywo albo w studio?

Nie, raczej nie. Moim najważniejszym doświadczeniem grania z instrumentalistami był Bullfrog.

To raczej dość stara historia, od premiery płyty Bullfrog minęły chyba już cztery lata. Czy planujecie wydać coś nowego?

Marc Robertson, czyli wokalista i gitarzysta Bullfrog a także autor większości piosenek, podpisał jakiś czas temu kontrakt na trzy solowe płyty, które siłą rzeczy będą bardziej w konwencji "piosenkarskiej". Jednak na najbliższej z nich pomagam mu wrzucając trochę skreczy, takie minimum. Prawdopodobnie zajmę się tym po zakończeniu trasy a płyta ukaże się w przyszłym roku. Jest ona przygotowywana przez tych samych muzyków, z którymi grałem w Bullfrog, ale firmowana będzie nazwiskiem Marca.

Skoro mowa o twoich innych projektach, czy Deltron [grupa składająca się z Dana the Automatora, Kid'a Koala i Del'a the Funkee Homosapien na wokalu] jeszcze kiedyś coś nagra?

Zaczęliśmy pracę nad drugą płytą.

Czas najwyższy, już pięć lat minęło...

Wiem, wiem. W każdym razie, Automator i ja zaczęliśmy już z pół roku temu robić bity i skrecze, czekamy aż Del skończy trasę z Hieroglyphics i pojawi się San Francisco. Wtedy go złapiemy, dogramy wokale i pewnie ja jeszcze później dokończę partie gramofonów. Trochę się to rozciąga w czasie, bo każdy z nas ma sporo innych projektów.

Niezwykle mnie cieszy, że jeden z moich ulubionych hip-hopowych składów znowu nagrywa.

Nowa płyta będzie inna niż pierwsza, bardziej melancholijna chyba [śmiech]. Wiesz, pierwsza była w stylu Mad Maxa...

Albo "Roku 1984" Orwella...

Dokładnie. Za to nowa to taki post-apokaliptyczny western. Nie wiem jakie będą teksty, bo Del jeszcze nic nie nagrał, ale muzyka, którą robimy z Danem, jest bardziej, hmm, ma tą samą wibrację, ale jest bardziej majestatyczna.

Super, nie mogę się doczekać. Dzięki za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]