polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
DAVE MATTHEWS BAND Stand up

DAVE MATTHEWS BAND
Stand up

Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały ostatnio, iż kondycja Dave Matthews Band jest nienajlepsza. Ich ostatni studyjny album ukazał się prawie pięć lat temu i chociaż od tego czasu intensywnie koncertowali, widać było, że nie był to jedyny powód, dla którego tak bardzo ociągali się z nowymi nagraniami. W międzyczasie ukazała się solowa płyta Dave Matthewsa, która potwierdziła jedynie, iż zmysł kompozytorski lidera zaciął się na dobre. "Stand up" jest chyba bardziej wynikiem presji wywieranej na zespół niż powrotem do dobrej formy. Płyta ta dobitnie pokazuje, iż DMB zupełnie nie wie, w którą stronę ma się rozwijać. Okazuje się, że nawet grupa tak świetnych muzyków, mających na koncie chociażby albumy "Before these crowded streets" czy "Busted stuff", bez wyraźnego pomysłu nie jest w stanie wykorzystać swojego ogromnego potencjału. "Udało" im się nagrać sześćdziesiąt minut muzyki, w której trudno doszukać się najmniejszego sensu. Jakże daleko jej do dawnych, pełnych pierwszorzędnych pomysłów, opowieści o alkoholu snutych przez Dave Matthewsa. "Stand up" jest pozbawiony nawet odrobiny świeżości czy pozytywnego ducha. Kolejne wymęczone utwory na siłę posuwają się w niewiadomym kierunku. Opierają się przeważnie na jednym motywie, czasem wzbogaconym przez odróżniający się refren. Nawet próba zatuszowania poprzez użycie wielu instrumentów (saksofon, skrzypce, banjo, fortepian) nie jest w stanie ukryć kompozycyjnej słabości. Brzmi to aż dziwnie, gdy przypomnieć sobie jak porywającymi solówkami, melodiami i współbrzmieniami niejednokrotnie zachwycali muzycy DMB wcześniej. A już zupełnie niezrozumiałe jest jak udało się ten niezwykle energetyczny zespół (co pokazuje chociażby w nagraniach koncertowych) do cna pozbawić życia. Pozostaje tylko poważnie zastanowić się nad przyszłością Dave Matthews Band, która w obliczu takiej kondycji zespołu, rysuje się bardzo niewesoło. Na szczęście zawsze można wrócić do wcześniejszych nagrań, które osłodzą tę zupełnie nieudaną płytę.

[Aleksander Kobyłka]