polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
RAGING SPEEDHORN How the great have fallen

RAGING SPEEDHORN
How the great have fallen

Ta płyta z pewnością nie przyczyni się do czyjegokolwiek upadku. Ale po kolei. Raging Speedhorn powstał w 1998r. W niewielkim brytyjskim miasteczku Corby z połączenia dwóch lokalnych kapel, Soulcellar i Box. Efektem tego jest spory, jak na gitarowy zespół, bo sześcioosobowy skład, w tym aż dwóch wokalistów. Kolejne lata to rosnąca popularność, pozytywne recenzje w muzycznej prasie, dwie płyty (debiut "Raging Speedhorn" w 2000r. I "We will be dead tomorrow" z 2002r.) oraz liczne trasy z takimi tuzami jak Biohazard, Ministry, Amen czy Will Haven. Zespół nazywany jest brytyjskim Slipknotem ze względu na równie bezkompromisową muzykę oraz podobną przyczynę powstania. Obydwa składy pochodzą z miejsc, w których założenie kapeli było dla młodych ludzi formą ucieczki od bezrobocia, braku szans i perspektyw.

Ich najnowszy album "How the great have fallen" miał być kolejnym etapem podbijania brytyjskiej sceny rockowej. Jeśli się to uda, to będzie znaczyć, że jest z nią naprawdę kiepsko. Na płycie znajduje się czterdzieści minut ciężkiej, nieskomplikowanej gitarowej muzyki. Mimo usilnych starań, ciężko jest niestety rozróżnić poszczególne utwory. Riffy są bardzo proste, nie należy spodziewać się żadnych zaskakujących przejść czy zmian tempa. Ogólnej monotonii nie rozświetla też bardzo jednostajne brzmienie gitar. Płytę otwiera "A different shade of shit", w którym wiodący riff przywodzi na myśl "Paranoid" Black Sabbath. W utworze "Master of disaster" notorycznie powtarzający się refren aż do bólu przypomina pewien Bardzo Znany Zespół Metalowy. Słowem, nie są to kompozycyjne wymysły, które przecierałyby nowe ścieżki gitarowego grania. Inspiracje są bardzo wyraźne (chociażby Biohazard, Pantera), ale nie sądzę, by muzykom chodziło o specjalne ich ukrywanie. Zespół najlepiej wypada w utworach, w których porzuca swoje punkowe ciągoty. W "Slay the coward", "The Infidel is dead" czy też tytułowym "Oh how the great hale fallen" można usłyszeć kilka przyzwoitych, ciężkich riffów, które skłaniają do rytmicznego machania głową. Z pewnością nie można im odmówić szczerości i drzemiącej energii. Raging Speedhorn bardzo dobrze wypada na koncertach, gdzie energetyczna zawartość może tuszować pewną monotonię. Jednakże płyta wydobywa wszelkie braki, skąpość pomysłów i nieoryginalność. Dodając do tego trochę garażowe brzmienie, bardzo przypominają mi kilku ubranych na czarno chłopaków zaciętymi minami, którzy ćwiczyli w tej samej sali prób, co mój zespół. Ale to były bardzo dawne czasy...

Warto dotrwać do końca płyty, by posłuchać bonusowego nagrania ukrytego po dziesiątym utworze. W okolicach trzynastej minuty rozpoczyna się najbardziej pozytywny aspekt albumu - telefoniczna rozmowa wygadanego zawodnika rodem z East Side z szukającym gitarzysty blackmetalowcem. Pointy nie zdradzę, ale jest czego posłuchać.

[Aleksander Kobyłka]