polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Kości Kości

Kości
Kości

Przybyło nam nowego zespołu na rodzimej scenie gitarowej. Kości na szczęście nie są ani z okolic Mysłowic, ani ze Szczecina, ani też z Trójmiasta, choć brzmieniowo najbliżej im właśnie do ostatnich z powyższych stron. Debiutancki album grupy, wydany w stylowym digipacku i ze świetną okładką, przynosi muzykę solidną, poprawną i poukładaną, ale jednak nie zaskakującą. Być może jest to kwestia upływu czasu - płytę zarejestrowano jeszcze w 2002 roku i przez prawie trzy lata pełniła ona rolę półkownika niczym filmy za komuny, ale słuchając już pierwszych utworów, w głowie rodzi się myśl: "ocho, Maciek Cieślak maczał w tym palce". A im dalej w głąb albumu, tym podejrzenie to staje się coraz bardziej przeświadczeniem, a równocześnie staje się raczej jasne, że Kości drugą Ścianką nie są, mimo, że niejeden raz przybliżają się do dynamicznego oblicza gdańskiej formacji. I rzeczywiście, Maciek Cieślak współprodukował album, w którym słychać sporo odniesień do względnie modnego ostatnio grania w stylu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych z zacięciem punkowo-dynamicznym. Początek albumu w postaci doskonałego "Szkielecika" jest wielce obiecujący, bowiem utwór przynosi znacznie więcej drapieżności i brudu niż White Stripes byłoby kiedykolwiek w stanie z siebie wydobyć, kolejne utwory też są bardzo solidne, ale niestety gdzieś się domniemana unikatowość tej muzyki rozmywa. Z tego względu Kości zasługują na miejsce w pierwszym szeregu nowych zespołów rockowych w tym kraju, wyprzedzając o kilka długości kapele rodem z Trójkowego Ekspresu, ale rewelacja to nie jest, szczególnie w świetle odniesień do wspomnianej Ścianki albo nieodżałowanych 3 Metrów. Po prostu zbyt przewidywalna jest ta muzyka. Kości pochodzą z Głogowa, więc jeżeli mielibyśmy tworzyć rockowy ranking miast, którym daleko do metropolii, to Szubin (nieistniejące już Something Like Elvis) oraz Wołów (Blue Raincoat) pozostają niezagrożone. I jeszcze jedna uwaga. Do tekstów na tej płycie trzeba mieć sporo cierpliwości, zespół deklaruje, iż nawiązują one do "melancholijnego głogowskiego splinu", cokolwiek miałoby to oznaczać - dobrze, że przynajmniej nie śpiewają o kopalniach miedzi, ale niektóre z tekstów są po prostu głupie. Także dlatego najlepiej wypadają kawałki ostre, jak mój ulubiony "Szkielecik" (wtedy wokal słabo słychać), albo bardzo dobre, instrumentalne, transowe i prawie dziesięciominutowe zamknięcie płyty. Utrzymując ten poziom, Kości nagrałyby bardzo dobry album, a tak skończyło się na poprawnym.

[Piotr Lewandowski]