polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Apocalyptica Apocalyptica

Apocalyptica
Apocalyptica

To już piąty album w dorobku fińskich adeptów Akademii Sibeliusa. Od debiutu "Plays Metallica by four cellos" minęło więc wystarczająco dużo czasu, by otrząsnąć się z zachwytu nowatorskim pomysłem i chłodno spojrzeć na dokonania Apocalyptici. Bardzo łatwo można zauważyć jak postępowała ewolucja zespołu. Na kolejnych płytach wypróbowywał nowe pomysły, by w pełni zrealizować je chwilę później. I tak, na "Inquisition symphony" pojawiły się pierwsze próby własnych kompozycji, następnie wypełniły one płytę "Cult". Tam znalazły się też eksperymenty z wykorzystaniem instrumentów perkusyjnych. Efektem tego było zaproszenie Dave`a Lombardo, aby dograł perkusję do paru utworów z "Reflections". Ten pomysł także się sprawdził, więc perkusja pozostała. Kolejny krok to wykorzystanie wokalistów. Czyżby tak miała się rysować przyszłość zespołu?

Ciągłe zmiany wychodzą jednak Apocalyptice na dobre. Dzięki nim muzycy mogą ubierać sprawdzone pomysły kompozycyjne w coraz to nowe szaty, unikając kopiowania samych siebie. Od początku lawirują oni między chwytającymi za serce, romantycznymi balladami, a ciężkimi, szybkimi utworami nawiązującymi do ich metalowych korzeni. Najnowsza płyta wyraźnie stoi pod znakiem cięższego z dwóch źródeł. Z wyjątkiem kilku spokojnych akcentów, dominuje niemal metalowa energia i dynamika. Wydatnie przyczynia się do tego obecność perkusji. Jej partie w rewelacyjny sposób zagrał koncertowy bębniarz zespołu - Mikka Siren. Wystarczy posłuchać końcówki utworu "Misconstruction", następującego po nim "Fisheye" czy też "Fatal Error", by przekonać się jak niewiele dzieli Apocalypticę od Slayera. W obydwu grupach usłyszymy dziesięciosekundowe przejścia czy deathmetalową podwójna stopę, a także samego Dave`a Lombardo - gościnnie zagrał w utworze "Betrayal". Jedyną różnicą jest fakt, iż zamiast gitar są wiolonczele brzmiące jak zgrzytanie kamienia o szkło. Nie mogło rzecz jasna zabraknąć spokojnych, nostalgicznych utworów. Jak zawsze niezwykle pięknych, skrywających głębię północnej, fińskiej duszy. Tak jak "Ruska", który mógłby być ilustracją do długiej i spokojnej sceny filmowej śmierci.

Mając solidną, perkusyjna podstawę, muzycy mogliby pokusić się o wielogłosowe wycieczki. Najczęściej jednak dwie wiolonczele grają rytmiczne, quasigitarowe akordy, a melodie samotnie snuje Eicca Toppinen. Słychać zatem, że priorytetem było dla nich uzyskanie możliwie ciężkiego brzmienia. Nie zmienia to jednak faktu, iż w każdym utworze natrafiamy na liczne melodie, piękne harmonie, zmiany temp i motywów - trudno było spodziewać się czegoś innego po klasycznie wykształconych muzykach. Doskonałym tego przykładem jest "Betrayal/Forgiveness", w którym dwie, krańcowo odmienne części, deathmetalowa i nostalgiczna, odpowiadają emocjonalnym konotacjom tych słów.

W dwóch utworach pojawiają się zaproszeni wokaliści. W otwierającym płytę "Life burns!" jest to Lauri Ylönen (znany z The Rasmus), który w "Bittersweet" śpiewa także w duecie z Villim Valo (Him). Jak widać, są to czołowe postaci fińskiej sceny muzyki nieco-bardziej-popularnej. Efekty tej współpracy są różne. "Life burns!" pokazuje, iż forma piosenki i konieczność ustąpienia miejsca wokaliście bardzo ogranicza zespół. Z drugiej strony w "Bittersweet" udało im się zwycięsko wyjść z próby stworzenia utworu, który byłby jednocześnie wpadający w ucho (jak na singiel przystało), a zarazem nie popadał w banalność. Jest to romantyczna ballada, jednak zachowuje tyle mrocznego ducha, na ile to było możliwe.

"Apocalyptica" to bez wątpienia najcięższy album w dorobku zespołu. Pomimo pewnych powtarzanych koncepcji, pozostaje świeży i nie jest tylko odcinaniem kuponów od poprzednich pomysłów. Finowie kolejny raz pokazują, jak pozornie odległe rejony muzyki można połączyć w jedno, ponownie osiągając świetne rezultaty. Mam jedynie nadzieję, że nie skuszą się w przyszłości na romans z komercją, czego efektem mogłaby być całkowicie już wokalna płyta.

[Aleksander Kobyłka]