polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Asian Dub Foundation Tank

Asian Dub Foundation
Tank

Od czasu soundsystemowych początków grupy Asian Dub Foundation minęło już prawie piętnaście lat, w czasie których wywodzący się z Londynu kolektyw niewątpliwie stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych brytyjskich formacji, jest już sztandarowym przedstawicielem azjatyckiej sceny w zglobalizowanym świecie. Zespół zawiązany został w ramach organizacji Community Music, wspierającej młodych artystów, przeważnie o azjatyckiej proweniencji i ten początek jest chyba dla losów kapeli symptomatyczny - kolejne lata przyniosły rozwój muzyki przepełnionej korzennym uczuciem i nasyconej nowoczesnymi brzmieniami, nieustannie podskórnie punkowej i politycznie ukierunkowanej. Etniczny duch skrzyżowany ze społecznym zaangażowaniem trafił na podatny grunt wśród grup antyfaszystowskich i mniejszości narodowych w angielskim tyglu, więc ADF konsekwentnie i niezłomnie pogłębiał tę stylistykę. Być może gdyby nie działalność Community Music, zespół nigdy by się nie spotkał, więc jako swoistą kontynuację należy postrzegać aktywne ich zaangażowanie w sferę społeczną. Przykładem zakończona sukcesem kampania na rzecz uwolnienia z więzienia Satpala Rama i założenie własnej fundacji ADFED, organizującej dla młodych muzyków warsztaty w dziedzinie nowych technologii. A tych projektach możecie przeczytać na oficjalnej stronie zespołu.

Zanim jeszcze świat ogarnęła gorączką pląsania przy soundtrackach z bollywoodzkich filmów, nasi bohaterowie przecierali szlaki takiej multikulturowej muzyki. W ten sposób mijały kolejne lata, aż tu w roku 2001 odszedł wokalista Deedar i grupa została tak jakby bez ręki. Choć ciężko było w to uwierzyć, Deedarowi przejadło się granie muzyki, którą zajmował się od piętnastego roku życia i poświęcił się on działalności społecznej. Jego rozbrat ze sztuką nie trwał jednak długo i założył on grupę Rebel Uprising. Wróćmy jednak do Asian Dub Foundation. W lutym 2003 ukazał się "Enemy of the Enemy" a kilka tygodni temu światu objawił się "Tank". Moim zdaniem dopiero ta płyta pozwoliła im zrzucić z siebie widmo ciągłych porównań do czasów Deedara i jest jednym z najbardziej wybuchowych wydawnictw tego roku, idealną pozycją na nadchodzące ciepłe dni. Nie jest żadną niespodzianką oparcie jej na politycznych inspiracjach, którymi obecnie nie może być nic innego jak wojna w Iraku. Bez obawy, "Tank" nie jest naiwnym anty-bushowskim festiwalem narzekań i myślenia życzeniowego, ale raczej niezwykle dynamiczną mieszanką brzmień znanych nam z muzyki ADF od dawna, z niespotykaną do tej pory dawką elektronicznych eksplozji.

Muzycy sami siebie określili jako "MIDI Warriors XXI wieku" i trzeba przyznać, że ten kalambur oddaje amalgamat tłustych, raggowo-junglowych brzmień, dubowo-reggae'owych basów, etnicznych drobiazgów, gitarowych linii i wszechobecnych nawijek. Kilka faktów z kariery zespołu naświetla spektrum ich muzyki i wskazuje na jej oryginalność: kontrakt płytowy zdobyli dzięki kooperacji z Primal Scream, pierwsze płyty wydali w Nation Records, znanej przede wszystkim przez pryzmat Fun-Da-Mental i Transglobal Underground. Potem niemalże zaraz po premierze następnej płyty "R.A.F.I.'s Revenge" - dla ścisłości trzeba przyznać, że płyta ta ukazała się pierwotnie jedynie we Francji i została zarejestrowana ponownie - występowali z Beastie Boys, dwa lata temu supportowali Radiohead. W międzyczasie zagrali niezwykle owocną trasę w Brazylii, czego odzew wyczuwalny był na "Enemy of the Enemy", odwiedzili także Kubę. Ich popularność w Europie środkowo-wschodniej i na Bałkanach to też swoisty fenomen. A w tym wszystkim z każdą kolejną płytą ich styl krystalizował się, do surowego "Facts & Fiction", przez wybuchowe "R.A.F.I.'s..." po genialne i niezwykle zróżnicowane "Community Music". W tym kontekście "Enemy of the Enemy" jest chyba pozycją słabszą, pozbawioną co prawda utworów złych, ale właściwie powielającą wcześniejszą stylistykę. Deedara zastąpili dwaj wokaliści - Spex i Actarvata - wspomagani przez kilku gości, ale jednak nie można słuchając tej płyty nie myśleć o niej jako o pierwszej nagranej bez Deedara. Pojawili się znany chociażby ze współpracy z Freestylers Navigator, przyrównywany do Horace'a Andy'ego Ghetto Priest, hinduska wokalistka Sonia Mehta (ci ostatni w singlowym "Fortress Europe"), genialny utwór "1000 Mirrors" zaśpiewała Sinead O'Connor, gitarowe partie wrzucił Ed O'Brian z Radiohead, ale zabrakło właśnie czegoś nowego i w pełni własnego. Co nie znaczy, że album jest słaby. Każdy kto był na koncercie podczas promocyjnej trasy, chociażby w Warszawie lub w Poznaniu, wie, iż nowi wokaliści wypadli świetnie i nawet największy sceptyk mógł zachwycać się także starszymi utworami.

Kolejny sezon upłynął ADF pod znakiem soundsystemu. Wystąpili na letnich festiwalach dając niezwykle intensywny pokaz masywnego jungle, na oficjalnej stronie zespołu pojawiło się też trochę prawie drum'n'bassowych MP3-ek. Wraz z premierą "Tank" okazało się, że soundsystemowe doświadczenia zaprocentowały obficie. Zespół posunął się w stronę dynamicznych elektronicznych bitów tak daleko jak nigdy dotąd, gitarowe zagrywki Chadrasonica odsunął na drugi plan lub raczej zaaranżował w odmienny sposób, pozwalający uniknąć reminescencji hitów z "R.A.F.I.'s..." czy "Community Music". Zagęszczenie rytmu żywymi bębnami dodało muzyce kolejnego atutu. Bardziej drapieżny styl, zanurzony w junglowych londyńskich imprezach to jednak tylko połowa sukcesu, drugą bowiem jest włączenie do składu Ghetto Priest, reprezentującego dubowe środowisko On-U-Sound. To właśnie nowy wokalista swoim miękkim, ale energicznym głosem wznosi kawałki na nowej płycie ponad taneczną solidność, czyniąc z nich protest songi najwyższej próby. Pierwszy kontakt z albumem był dla mnie kompletną niespodzianką, częściowo jednak rozwianą przez rzut oka na okładkę i odkrycie nazwisk producentów płyty. Są nimi Adam Wren, odpowiedzialny za brzmienie Leftfield oraz Ben Watkins z Juno Reactor, którzy cofnęli gitary na drugi plan, tuż za syntezatory i rytm.

Od pierwszych taktów z "Tank" bije wściekłość i pasja, wręcz namacalna w otwierającym album "Flyover", gdzie zupełnie odmienne partie Ghetto Priest - melodyjna i reggae'owa - oraz karabinowy flow Spexa pędzą przed siebie oparte o gęsty i potężny rytm. Nie sposób tych kilku minut usiedzieć w miejscu, podobnie jak i podczas tytułowego "Tank". Tutaj okazuje się, że wcale nie trzeba sięgać po ultraszybki rytm, by stworzyć taneczny dynamit, a etniczne motywy można przemycić choćby w postaci nieco złowieszczych bollywoodzkich smyczków. Tego typu taktyka przewija się właściwie przez cały album. Motywy azjatyckie podawane są bezpośrednio lub w postaci przearanżowanej gitary - ostatecznie Chandrasonic też ma przed sobą jakieś nowe wyzwania - nie one stanowią o meritum muzyki na "Tank", ale bez nich album byłby po prostu płytki. Te utwory dowodzą, jak wiele ADF zawdzięcza włączeniu Ghetto Priest do składu, jego leniwe intro w postaci "The wheels of the tank keep turning round and round, how many megatonnes will it take to make them turn around?" stanowi pierwszy mocny akcent, a fraza "looking for the Muslim bomb, looking for the Hindu bomb, still on the lookout for the suicide bomb" stanowi zwieńczenie niezwykle spójne, bowiem zagrane z bliskowschodnim instrumentarium. Podobnie "irackie" w tematyce jest "Oil", przypominające wczesne nagrania zespołu i porywające skandowanym, punkowym refrenem "we want your oil". Aha, jest jeszcze prowokacyjny przytyk pod adresem brytyjczyków popierających wojnę: "no Iraqi ever called me Paki". Jak widać, wewnętrzne napięcia etniczne nie odeszły w niepamięć. Podobnie intensywny rytmicznie, a nawet nieco skąpy brzmieniowo jest "Who Runs This Place". Gdzieś w tych okolicach sytuuje się też niezwykle pozytywny, przepełniony nadzieją w możliwość zmiany świata "Hope", który potrafi zaatakować na trzech frontach: wokalem, bitem i meksykańskimi chyba trąbkami. Nie ma co, jest dość różnorodnie podczas tego punky-reggae party dwudziestego pierwszego wieku.

Za najmocniejszą stronę albumu uznałem odcięcie się od wcześniejszych płyt, nie znaczy to jednak, iż podobieństw nie ma w ogóle. Kto tęskni za typowymi dla ADF-u klimatami, na pewno od razu wsiąknie w spokojniejsze, rozbujane "Round Up", bujające pomiędzy podniosłymi zaśpiewami Ghetto Priesta a najbardziej rockowymi momentami albumu. Utwór ten, podobnie jak "Warning Dhol", mógłby spokojnie znaleźć się na którejś z poprzednich płyt zespołu, te same są delikatne bity, basowe linie, marszowe bębny i drobne zagrywki tradycyjnych instrumentów.

Ukłon w stronę soundsystemu wyszedł zespołowi na dobre, no może poza małym wyjątkiem - "Powerlines" tkwi gdzieś pomiędzy Freestylers a brzmieniem Kraftwerk, co nie wróży niczego dobrego. Z zupełnie innej beczki są natomiast dwa ostatnie kawałki, spokojne, instrumentalne i zdecydowanie mniej udane. Niemniej jednak, "Tank" jest według mnie taki, jaki powinien być album zespołu punkowego stojącego w obliczu przeistoczenia się w klasyka gatunku i na dodatek zmuszonego do tworzenia muzyki w cieniu wcześniejszych dokonań w innym składzie. Wydaje mi się, że muzycy Asian Dub Foundation stanęli w roku 2001 przed podobnym problemem jak Rage Against the Machine w momencie odejścia Zacka de la Rocha. RATM przeistoczyło się dzięki Chrisowi Cornell'owi w Audioslave i był to zabieg na pewno lepszy niż próba współpracy z wokalistą zbliżonym do Zacka. ADF potrzebował dwóch płyt na rozstrzygnięcie tego dylematu, ważne jednak, że ostatecznie wyszedł z tej potyczki z tarczą. "Tank" to album zmuszający do reakcji, polaryzujący odbiorców, odważny. I według mnie naprawdę wart polecenia. Olbrzymie zainteresowanie trasą koncertową świadczy o tym, że nie tylko mnie nowe oblicze ADF porwało. Asian Dub Foundation zawsze był niesamowitym zespołem koncertowym, więc "Tank" na żywo może okazać się jeszcze większym dynamitem niż w domowym zaciszu. Niestety Polska nie została uwzględniona w planach zespołu. Pozostaje więc wybrać się do naszych południowych sąsiadów: na początku lipca ADF wystąpi chociażby obok Fun-Da-Mental, Transglobal Underground i George'a Clintona na festiwalu Colours obok czeskiej Ostrawy, tuż za granicą. Oprócz tego zagrają także w Pradze i na festiwalu w słowackim Trenczynie. Chociażby dla samego ADF-u warto odwiedzić któreś z tych miejsc w czasie wakacyjnych wojaży.

[Piotr Lewandowski]