polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
PAATOS Kallocain

PAATOS
Kallocain

Paatos zadebiutował kilka lat temu wydając krótki, ledwie trzydziestominutowy album Timeloss. Szwedzcy muzycy ukazali na nim swoje szerokie horyzonty nagrywając pięć niezwykle różnorodnych utworów. Ich wyobraźnia wędrowała od progrocka, poprzez spokojne ballady przywodzące na myśl dokonania Anji Garbarek po transową, drum & bassową suitę. Niewątpliwym wzbogaceniem ich pomysłów był szeptośpiew wokalistki Petronelli Nettermalm. Mimo tej różnorodności płyta była niezwykle spójna, a jak przystało na przedstawicieli zimnej skandynawii, odpowiednio mroczna i niepokojąca. Słowem, debiut bardzo udany, aczkolwiek nie przysporzył grupie wielkiej rzeszy fanów. W 2004 roku Paatos powrócił nagrywając pełnowymiarową już płytę Kallocain. Pod swoje producenckie skrzydła wziął ich Steven Wilson, znany m.in. z Porcupine Tree czy Bass Communion. Można było zatem spodziewać się perfekcyjnego, głębokiego brzmienia, co w połączeniu z wyobraźnią muzyków mogło zaowocować wspaniałą płytą. Niestety, powstały owoc jest może ładny z zewnątrz, ale w środku nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Słuchając tego albumu, mam wrażenie, iż pomysły i możliwości muzyków zostały zmarnowane. Osiągnęli oni wysublimowane, klimatyczne brzmienie, aż roi się od błyskotliwych motywów, a jednak gdy przychodzi do spojrzenia na utwory jako całość, nie pozostaje zbyt wiele w pamięci. Zamiast kontynuować wizje z ich debiutanckiej płyty, tworzą tu przesłodzone, ugładzone piosenki, w których nadal jednak tkwi pewna mroczna nuta. Dochodzi więc do trudnego do pogodzenia kontrastu, z którym muzycy Paatosa nie umieją sobie poradzić. Przez to jest zbyt niepokojąca jak na wydawnictwo popowe, ale także zbyt banalnie ładna, by wznieść się na pewien poziom artyzmu. Słabością jest także według mnie śpiew Petronelli, która bardzo dobrze radzi sobie w mruczano-szeptanych partiach, jednak zawodzi gdy ma się pochwalić pełną barwą głosu. W efekcie, z całej feerii melodii i brzmień, w pamięci pozostają tylko dwa utwory: otwierający album Gasoline z charakterystycznym żydowskim brzmieniem skrzypiec, gdzie muzycy wyjątkowo pozwolili sobie na nieco dynamizmu, a także Absinth minded - mroczny utwór kojarzący się z duchem Portishead. Nie uważam że ta płyta jest zła, nie sposób odmówić jej pewnego uroku, ale pozostawia ogromny niedosyt. Znając możliwości Paatosa z Timeloss i słysząc te pojedyncze, świetne momenty trudno oprzeć się wrażeniu, że Kallocain mógłby być o wiele lepszy. Może następnym razem.

[Aleksander Kobyłka]