polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Dead Can Dance Koncert w Sali Kongresowej

Dead Can Dance
Koncert w Sali Kongresowej

31 marca w warszawskiej Sali Kongresowej w pełnym składzie wystąpi zespół Dead Can Dance. To znakomita wiadomość szczególnie dla tych, których niemiłosiernie rozczarowało odwołane tournee grupy w 1998 roku, które po raz pierwszy miało objąć swym zasięgiem także i Polskę. Kultowy status zespół zdobył w naszym kraju jeszcze w latach 80-tych stając się okrętem flagowym brytyjskiej wytwórni 4AD nadającej podówczas ton alternatywnemu graniu z pogranicza snu i jawy. Po 15 latach owocnej współpracy ta sama wytwórnia wydała 9 grudnia 1998 r. krótki komunikat o rozwiązaniu grupy Dead Can Dance. Po 6 latach zespół znów na szczęście jest razem. Swoim niespodziewanym powrotem faktycznie udowodnił, iż śmierć może tańczyć a martwa nazwa ponownie się ożywić. Brendan Perry, który wymyślił nazwę dla zespołu wspomina: "Chciałem znaleźć takie określenie, które opisywałoby sam akt tworzenia. A cały proces tworzenia, jeśli przyjrzeć mu się bliżej, to ożywianie rzeczy martwych. Tak jest choćby w Księdze Rodzaju - życie powstaje z niebytu, nicości; tak jest w malarstwie, muzyce. To właśnie chciałem zawrzeć w nazwie zespołu. Przemiana materii nieożywionej w ożywioną i proces pokazujący "życie ze śmierci" i "śmierć z życia" - oto prawidłowa interpretacja przyczyn wyboru tej nazwy".

Zespół powstał w 1980 r. w Melbourne kiedy angielski emigrant i początkujący muzyk Brendan Perry spotkał na swej drodze obdarzoną zjawiskowym głosem rodowitą Australijkę Lise Gerrard. Brendan: "Pociągnęła nas ku sobie czystość naszej wzajemnej miłości i entuzjazm dla muzyki, literatury i sztuk wizualnych". Przez 2 lata próbowali zaistnieć na rodzimej, australijskiej scenie, jednak nie spotkali się z większym zrozumieniem.

W maju 1982 tego roku Brendan podjął decyzję o przeniesieniu się do Londynu gdzie wraz z Lisą polecieli, przyjmując jedno z największych wyzwań w ich życiu. Lisa: "To miała być przygoda.. Człowiek naładowany jest różnymi wizjami tego, co chce robić w przyszłości, co się z nim stanie. W Australii panuję dość mocne przekonanie, że żyjąc na tej wyspie odpływasz, we wszechświat; gdy usłyszysz to w sobie, to postanawiasz: musze wyruszyć!". Początek pobytu w Londynie był trudny, lecz z czasem sprawy zaczęły się układać. Brendan namówił basistę Paula Eriksona, by przybył do Wielkiej Brytanii, pozyskał również nowego perkusistę - Petera Ulricha. Grupa w takim właśnie składzie zarejestrowała kilka utworów w studiu nagraniowym radia BBC, co pomogło w późniejszych negocjacjach z Ivo Wattsem-Russellem - szefem kultowej wytwórni 4AD, z którą w 1983 roku DCD podpisało kontrakt na wydanie debiutanckiego albumu.

Album "Dead Can Dance" spotkał się zarówno z pochlebnymi opiniami, jak i z ostrą krytyką. Brendan:"Byliśmy oskarżani głównie o spóźniony o dwa lata gotycyzm. Twierdzono też, że chcieliśmy się załapać na dogorywającą wówczas zimną falę".

Dziennikarz N.M.E, który napisał wówczas: "Dead Can Dance jest rockowym zespołem w tym samym znaczeniu co The Cure czy Cocteau Twins" nie przypuszczał nawet, iż kolejny album przyniesie tak niecodzienną muzykę, iż wszelkie próby jej zdefiniowania skończą się niepowodzeniem. "Spleen And Ideal", który ukazał się pod koniec 1985 roku był także pierwszym albumem sygnowanym przez DCD już jako duet - Brendan i Lisa. Brendan: "Dla mnie ten album ma dwie różne strony. Znajdują się na nim nagrania mocno zorientowane ku muzyce jazzowej i nią właśnie inspirowane, o dużym wpływie rytmu, oraz odmienne utwory, sięgające w historycznie dalszą przeszłość, ku muzyce barokowej i średniowiecznej".

Przez wiele osób wydany w lipcu 1987 r. trzeci album "Within The Realm Of A Dying Sun" uznawany jest za opus magnum zespołu i niezwykle ekscytujący wyraz ich dojrzałości artystycznej. Wyraźnie zauważalna staje się w nim różnica muzycznych zainteresowań Brendana i Lisy. Brendan: "Myślę, że zrozumienie znaczenia tytułu "W królestwie umierającego słońca" zmienia cały nasz stosunek do życia oraz samo jego pojmowanie. A tak może stać się w momencie, gdy zaczynamy zdawać sobie sprawę, iż nie jest ono tak różowe i wieczne, jak to sobie nieraz wyobrażamy. Dla mnie najważniejszą rzeczą związaną z tym tytułem była zmiana w moich rozważaniach dotyczących śmierci."

Ivo Watts-Russell określił album jako "logiczny postęp w karierze Lisy i Brendana". I dodał: "Mieszkają oni na szczycie wieżowca i jeśli ten fakt nie zbliża ich do nieba, to z pewnością sprawi to ich muzyka". Zaś magazyn Q napisał: "Trzeci album DCD jest monumentem, klasztorem lub przyciemnionym oknem. Wspaniale łączy głosy Brendana i Lisy. Zwiewne chóry kościelne, zamaszyste smyczki i wyjątki z muzyki etnicznej - Środkowego Wschodu, hinduskiej, mauryjskiej, właściwie każdej".

Kolejny album: "The Serpent's Egg" ukazał się w październiku 1988 roku i nie wywołał już takiej sensacji. Także pomiędzy Brendanem i Lisą nie układało się już wówczas najlepiej. Dwa lata później - w lipcu 1990 r. wydano "Aion". W magazynie Selekt znalazło się takie oto porównanie obu albumów: "The Serpent's Egg pokazał grupę budującą barokowe katedry z gregoriańskich psalmów, katarynki i pieśni religijnych. Aion posuwa się jeszcze dalej w przeszłość i odtwarza - co jest niezwykłe jak na Australijczyków - muzykę europejską".

W tym czasie związek Lisy i Brendana rozpadł się ostatecznie. Brendan: "Zrozumieliśmy, że musimy zrezygnować albo ze wspólnego życia, albo ze współtworzenia muzyki. Inaczej po prostu wypalilibyśmy się. Postawiliśmy na muzykę i wydaje mi się, że wybraliśmy mądrze."

W 1992 roku Lisa Gerrard wstąpiła w związek małżeński z Jackiem Tuszewskim, zaś rok później wydano "Into The Labyrinth", który okazał się ostatnią "europejską" płytą w dorobku zespołu. Sygnalizowane zdawkowo już od kilku lat etniczne ciągotki duetu wywarły swe największe piętno na ostatnim wspólnym albumie "Spiritchaser". Album wydany w czerwcu 1996 roku zbliżył niestety niebezpiecznie muzykę duetu do konwencjonalnego i popularnego world-music. Brendan: "Zawsze eksperymentowaliśmy z instrumentami, które mają swoją unikatową charakterystykę tonalną. Robimy to w ten sam sposób, w jaki na przykład malarz używa farb, tworząc z nich rozmaite odcienie i kolory. Poszukujemy instrumentów, które najlepiej wyrażałyby linie narracyjną lub nastrój". Dowodem na te słowa jest choćby niezwykły chiński instrument yang t'chin, znany od 2500 lat na którym grała Lisa: "Bardzo łatwo się na nim gra, to cudowny instrument. Nie onieśmiela grającego, wystarczy machać pałeczkami - jest to urocze, poza tym nie trzeba ćwiczyć układu palców, by wydobyć akord."

Pomimo ciepłego przyjęcia płyty i wspomnianych na wstępie planów koncertowych w łonie zespołu dochodzi do rozłamu. Lisa i Brendan nie są już w stanie kontynuować swojej dalszej współpracy. Nieoficjalnie mówi się o nieporozumieniach na niwie prywatnej, zaś oficjalnie o artystycznym rozwidleniu dróg. Oboje nagrywają następnie solowe płyty i pozwalają nazwie Dead Can Dance pokryć się kurzem. Nieoczekiwanie, na jesień 2004 roku świat obiega wieść o wspólnej trasie koncertowej pod dawną nazwą (na razie brakuje potwierdzenia kontynuacji współpracy także w studiu). Tak samo jak niewiadomo było dlaczego zespół się rozpadł, tak samo do końca nie jest pewne co zadecydowało o jego powrocie. Może sami artyści pozbyli się już wzajemnych żali, może chcieli godnie pożegnać się z fanami (nigdy bowiem nie wyruszyli w pożegnalną trasę) a może ich powrót ma coś wspólnego z boską naturą i palcem bożym? Wątpliwości rozwiewa Brendan "Nasza muzyka z pewnością jest "uduchowiona", ale nie ma w niej Boga, religii czy jakiejkolwiek zinstytucjonalizowanej formy wyrażania wiary. Pod tym względem pokazuje ona w istocie nasze własne przekonania".

Pozostaje zatem mieć nadzieję, iż ich powrót jest świadectwem wspólnej miłości do muzyki i aktu tworzenia. Na jak długo starczy im woli na wspólny marsz ku Królestwu Umierającego Słońca i jak wypadną na żywo przekonamy się już wkrótce. Warszawski, jedyny polski koncert zespołu sprzedał się dosłownie w kilka dni. Jak widać chętnych na wspólny, śmiertelny taniec z Lisą i Brendanem nie brakuje.

(wszystkie cytaty pochodzą z książki Tomasza Słonia:"Dead Can Dance - W Królestwie Umierającego Słońca" - 1991 r. "Rock-Serwis").

[Marcin Jaśkowiak]