polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Bonobo wywiad podczas Dour Festival

Bonobo
wywiad podczas Dour Festival

Podczas festiwalu w belgijskim Dour udało nam się przeprowadzić kilka wywiadów, z których kolejny możecie przeczytać poniżej. Naszym rozmówcą jest angielski multiinstrumentalista skrywający się pod pseudonimem Bonobo. Ten młody człowiek, nagrywający dla Ninja Tune, zagrał jeden z najcudowniejszych koncertów całego festiwalu i udowodnił, że po latach dominacji samplingu oraz didżejingu, naturalne i pulsujące życiem podejście do muzyki ma swoich utalentowanych wyznawców. Opinie muzyka w tych i innych pasjonujących kwestiach, a także o nadchodzącym nowym albumie artysty możecie przeczytać poniżej. Zapraszamy.

Czekając na twój dzisiejszy koncert musimy zapytać, jaki przyjmie on charakter? Czy grasz z żywym zespołem?

Oczywiście, zawsze gram na żywo i tak będzie też dzisiaj w Dour. Zazwyczaj występuję z zespołem złożonym z ośmiu instrumentów: perkusja, wiolonczela, bas, gitara, klawisze, saksofon i tak dalej, jeszcze kilka innych. Tak więc jest to pełen i dość bogaty zespół.

Super, będzie to świetna odmiana po występach tylu didżejów, których tu widzieliśmy. Część z nich nas zawiodła.

Niestety czasem tak jest, że słuchacze nie wiedzą, czy spodziewać się setu, czy występu na żywo, dlatego didżejski set może być dla nich rozczarowaniem. Z drugiej strony, zdarza mi się, że ludzie oczekują setu i są zaskoczeni widząc, jak na scenie rozstawia się cały mój zespół.

Jaką jest twoja pozycja w czasie koncertów? Czy pełnisz bardziej rolę dyrygenta, czy też grasz samemu na jakimś instrumencie?

Przede wszystkim, do mnie należy nadzór nad całością, szczególnie w przypadku nowych kompozycji, ale sam też zawsze gram. Normalnie jestem basistą, jednak dzisiaj mamy sytuację wyjątkową - mój klawiszowiec bierze ślub, dlatego nie przyjechał i go zastąpię. Ktoś inny zagra więc dziś wieczorem na basie.

Czy w studio współpracujesz z tym samym zespołem, co podczas trasy, czy wspomagasz się samplami?

Nie używam żadnych sampli, a całą muzykę nagrywam na żywo samemu. Każdy instrument po kolei. Więc moje płyty są przedstawieniem na jednego aktora.

Wspomniałeś, że w skład zespołu wchodzi osiem osób, ale wymieniłeś mniej instrumentów. Skąd wynika ta różnica?

Do zespołu zaliczyłem także człowieka odpowiedzialnego za wizualizacje. Używamy dwóch ekranów ustawionych za sceną, a za projekcje odpowiedzialny jest Ben Gees z Lucky Cat Visuals, od dawna współpracuje on z Ninja Tune. Przygotowujemy razem wizualizacje używane podczas koncertów, ale moje teledyski są dziełem kogoś innego - Conkerco.

Czy brałeś udział w trasie zorganizowanej na dziesięciolecie Ninja Tune?

Tak, zjechaliśmy Stany Zjednoczone, Kanadę, Australię, Japonię, no i oczywiście Europę. Wzięli w niej udział Amon Tobin, Kid Koala, Blockhead, P-Love, Coldcut i inni. Trwała ta wyprawa dwa miesiące, ale za to teraz mogę usiąść, spojrzeć wstecz i powiedzieć sobie: tak, wziąłem w tym udział. A naprawdę warto było, ponieważ trasa była świetna, po prostu imponująca.

Czy będąc takim multiinstrumentalistą znajdujesz czas i chęć do remiksowania innych artystów i nagrywania wraz z innymi muzykami?

Tak, staram się także tym zajmować, ale obecnie nie robię wielu remiksów, bowiem większość czasu poświęcam na swoją własną muzykę. Kilka remiksów jednak w swoim życiu popełniłem, zaczęło się chyba od remiksu utworu Amona Tobina, później przyszły kolejne. Podobnie jest ze współpracą z innymi muzykami, obecnie nie mam na to czasu, ale generalnie mnie to interesuje.

W jaki sposób twoja muzyka promowana jest w Wielkiej Brytanii? Kręcisz wideoklipy, ale czy można ją usłyszeć w angielskich stacjach radiowych?

W największych, mainstraemowych, raczej nie. Ale mamy wiele mniejszych stacji, które mając niszowy charakter są zainteresowane takim graniem. Dlatego nie narzekam na brak promocji na falach radiowych i nawet cieszę się z tego, że można mnie usłyszeć przede wszystkim w tych specjalistycznych stacjach i audycjach, ponieważ słuchają ich ludzie ciekawi nowych rzeczy. Więc zupełnie mi nie przeszkadza nieobecność w największych stacjach. Istnieją przecież inne i dużo lepsze metody dotarcia do słuchaczy, niż poprzez fale mainstreamowych stacji. Skupiając się na programach niszowych, nie trafiam do przypadkowych ludzi, tylko do potencjalnych fanów. Tak się to przedstawia.

Rozmawiamy w środku twojej trasy koncertowej. Czy wolisz grać w klubach, czy na festiwalach?

Przede wszystkim lubię grać koncerty i nie sprawia mi wielkiej różnicy, gdzie to robię. I kluby, i festiwale mają swoje uroki. Podobne ma się rzecz z graniem dla małego grona słuchaczy, jak i dla wielkiej publiczności. Przykładowo, dwa tygodnie temu graliśmy na festiwalu odbywającym się w małym klubie jazzowym, w którym nawet nie ustawiono sceny i był to wspaniały, intymny wieczór. Główna różnica polega chyba na tym, że w klubach czuję się bardziej zrelaksowany i gra się swobodniej. Ale występ festiwalowy też może taki być, jeżeli słuchacze angażują się w muzykę, jeżeli ona ich wciąga. Wydaje mi się, że to jest właśnie najważniejsza sprawa - gdy publiczność bawi się muzyką i czerpie z niej przyjemność, wtedy nam też gra się łatwiej, przyjemniej i robimy to lepiej. A gdy ludzie jedynie stoją i cię obserwują, wszystko stopniowo traci swój urok.

Czy uczęszczałeś kiedyś do szkół muzycznych? Czy posiadasz formalne wykształcenie w dziedzinie któregoś z instrumentów, na których grasz? Ile ich w ogóle jest?

Nie chodziłem nigdy do żadnej szkoły muzycznej. Uczyłem się stopniowo samemu, w wyniku czego obecnie gram na sporej ilości instrumentów. Na ilu konkretnie - no nie wiem, prawie dziesięć. Zaczynałem od fortepianu, potem przyszła perkusja, gitara, bas, następnie saksofon i tak dalej.

A czy udzielałeś się w jakiś zespołach, zanim rozpocząłeś karierę solową?

Jasne, i to nawet w kilku. Już w szkole średniej zaczynałem grać z kumplami, oczywiście początki były dość ciężkie, ostre i punkowe. Ale zostały z tego etapu jedynie wspomnienia, wszystkie nagrania - o ile jakieś były - są zniszczone, nigdzie się nie ukazały. i bardzo dobrze, nie były chyba tego warte. Zanim zacząłem grać solo, moje próby z muzyką były raczej sposobem na wypełnienie czasu wolnego i zabawą, więc nie ma naprawdę nad czym się rozwodzić.

Wspomniałeś, że nie masz obecnie czasu na poboczne projekty i współpracę z innymi muzykami. Czy zatem przygotowujesz nowy album? Kiedy możemy się spodziewać twojej trzeciej płyty?

Ne da się ukryć, że moja własna muzyka angażuje mnie ostatnio tak mocno, ponieważ intensywnie pracuję nad nową płytą. Powinna się ona ukazać na początku przyszłego roku, mam nadzieję, że dotrzymam styczniowego terminu. Wcześniej planuję wydanie promującego album singla, epki, no a potem przyjdzie czas na trasę koncertową.

Czy nowa płyta także ukaże się dzięki Ninja Tune? Jak oceniasz współpracę z tą wytwórnią?

Jestem bardzo zadowolony z kooperacji z Ninja Tune, więc nie zamierzam zmieniać wytwórni. Oni oferują wspaniałe warunki pracy, pozostawiają mi kompletną swobodę, nie wywierają na mnie presji ani nie starają się mieć kontroli nad tym, co robię. Poza tym zapewniają świetną promocję, więc jest to dla mnie doskonały układ. Ludzie z Ninja Tune sami zaproponowali mi współpracę po tym jak wydałem debiutancki "Animal Magic" w innej wytwórni, która była w porządku, ale działała jedynie na terenie Wielkiej Brytanii. Obecnie moje płyty są natomiast dostępne na całym świecie, wydawnictwa Ninja Tune docierają w wiele miejsc, gdzie mniejsze wytwórnie nie mają szans dotrzeć. Dzięki temu więcej ludzi może poznać moją muzykę, a to przecież też jest ważny powód, dla którego gram.

Czy twoja muzyka nadal będzie w całości instrumentalna, czy pojawią się jacyś wokaliści?

Zamierzam użyć wokali, więc będzie to nowość w mojej twórczości. Na pewno nagram utwór z MC z Wielkiej Brytanii, którego na pewno znacie, ale nie mogę w tym momencie zdradzić, o kim mowa.

Jaką muzyką zajmujesz się w swoim czasie wolnym, czego słuchasz w domu?

Och, słucham przeróżnych rzeczy. Z takich charakterystycznych, interesuje mnie stary folk, ta muzyka oparta jest na bardzo piosenkowych strukturach, bazuje na konkretnych, pojedynczych piosenkach, co mnie w niej ciekawi. Oprócz tego, słucham oczywiście sporo jazzu, głównie pochodzącego sprzed lat. Podobnie zresztą ma się rzecz z folkiem, ciekawi mnie ten stary. Słucham też chętnie muzyki filmowej, ilustracyjnej. A z drugiej strony, zajmują mnie też rzeczy współczesne, muzyka didżejska, połamane rytmy i tak dalej. Czasami wynajdę też jakiś nowy, debiutujący zespół, który mnie zafascynuje, więc nie jest tak, że słucham samych staroci. Ostatnio odkryłem kapelę o nazwie Montgomery Wilderness Society. Pochodzą oni z Brighton - podobnie zresztą jak ja - i grają świetną, świeżą muzykę. Uważajcie na nich, bo warto.

Coraz częściej nawet didżeje lub muzycy elektroniczni zaczynają występować z całym zespołem. Ty sam grasz oczywiście instrumentalnie, ale w ciągu ostatnich lat z big bandami zaczęli grać na przykład Herbaliser, Herbert, Jimi Tenor. Czy nie masz wrażenia, że obserwujemy renesans żywego grania, które odzyskuje miejsce na piedestale po etapie fascynacji didżejingiem, samplingiem i adapterami?

Tak, zgodzę się z twoją opinią. Wydaje mi się, że didżeje zaczynają dostrzegać, że zbliżyli się do granic możliwości i niezbyt daleko mogą dotrzeć ograniczając się tylko do swojej wyjściowej metody i techniki. Więc sami twórcy sięgają po naturalne brzmienia i żywy proces twórczy. Z drugiej strony jednak, publiczność także wywiera presję, bowiem chce ona słuchać muzyki granej na żywo. Wydawało się, że żywe granie odchodzi do lamusa, że powoli zamiera. Zauważ, że cała generacja wychowała się na muzyce didżejskiej; nie mówię, że to źle, ale ci ludzie mogli przez całą swoją młodość nie poznać muzyki granej na żywo. Więc ich następcy pragną odmiany, są znużeni nadmiarem didżejów. To dzięki nim obserwujemy renesans żywego grania. Tak to chyba się będzie toczyło też w przyszłości, po każdym nowym trendzie nastąpi pewien zwrot w stronę źródeł.

[Piotr Lewandowski, Mikołaj Pasiński]