polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
CUT CHEMIST Litmus Test

CUT CHEMIST
Litmus Test

Zaliczenie Lucasa McFaddena, znanego szerzej jako Cut Chemist do czołówki hip-hopowych didżejów ostatniej dekady nie powinno zaskoczyć żadnego fana gatunku. Pomimo że rzadko kiedy sięga on po współczesne sample i właściwie całą swoją twórczość oparł na breakach nagranych przed rokiem osiemdziesiątych, jego muzyka jest głęboko nowoczesna i świeża. Szczególnie w czasach próżnego rapu lansowanego przez media, aż miło obcować z kimś ożywiającym klasyczne lata hip-hopu i konsekwentnie uprawiającemu turntablism. Cut Chemist ma na swoim koncie całą gamę dokonań, od produkcji hip-hopowych (głównie dla Jurassic 5), przez imprezowe sety, na nagraniach z innymi didżejami kończąc. Jest w czym wybierać, a połączenie talentu do selekcji breaków i skreczowania najwyższej próby zapewnia świetną zabawę. W tym kontekście "Litmus Test" jest zarówno porywający, jak i denerwujący. W ciągu dwudziestu ośmiu minut Cut Chemist wrzuca na gramofony swoje specialitete de la maison, przy czym tempo zmian jest wręcz oszałamiająco wysokie. Dostajemy więc miks skrajnie naszpikowany przebojowymi breakami i oparty w znakomitej większości na własnych produkcjach didżeja. Jeżeli ktoś przypadkiem nie wiedział, że to Cut Chemist jest twórcą szeregu hiciorów Jurassic 5, albo chociażby "Chemical Calisthenics" Blackalicious, zdziwiony wyłowi je w pędzącym przed siebie jak lawina miksie. Te właśnie bity dowodzą, że Cut Chemist świetnie opanował balansowanie pomiędzy podkładem samym w sobie, a jego rolą jako tła do dokonań MC. Nie zabrakło też porcyjki kultowych lekcji, czyli "Ultimate Lessons" nagranych z Shadowem, Shortcutem hołdem dla klasycznego miksu Steinskiego i Double Dee. Ponieważ na płytę składa się przeszło trzydzieści numerów, jedynie zasmakować możemy szybkiego miksu garażowo-funkowych kawałków ze składanki wydanej przez Stones Throw, albo kilku własnych nagrań didżeja. I o ile momentami tempo zmian breaków wręcz zachwyca, to czasem staje się ono irytujące, gdy tacy giganci mikrofonu jak Gift of Gab znikają z głośników w połowie zdania.

Podobnie jest z numerami J5. Mam wrażenie, że pewne zagrania służą próżności didżeja, a nie uszczęśliwieniu publiki. Na szczęście całość spięta jest typowymi dla Cut Chemista zagraniami, czyli absurdalnymi pioseneczkami i dialogami, wykopanymi chyba z jakiejś bazy nieudanych płyt z lat pięćdziesiątych. Do tego dochodzą oczywiście zwinne skrecze, więc w efekcie dostajemy intensywny i taneczny miks przywołujący najlepsze turntablistyczno-imprezowe dokonania, lepszy chyba niż wydane jakiś czas temu "Product Placement". A że tak skupiony na osobie autora? Cóż album ma być przedsmakiem płyty zapowiadanej na przyszły rok, więc chyba nic dziwnego. Poza tym, Cut Chemist ma już tyle na swoim koncie, że może sobie chyba pozwolić na odrobinę próżności. Szkoda tylko, że nie wziął sobie do serca słów Africa Baambatta z filmu "Scratch", o tym, że zadaniem didżeja jest znaleźć odpowiedni break i sprawić, by słuchacz tańczył w jego rytm przez kilka minut. Niemniej jednak polecam.

[Piotr Lewandowski]