polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
THE CURE The Cure

THE CURE
The Cure

To najlepsza płyta The Cure od wydanej w 1991r. "Wish". Zespołowi opłaciło się wpuszczenie do swojego hermetycznego grona producenta spoza zespołu.

Ross Robinson, zadeklarowany fan The Cure i zarazem ojciec nu-metalu podkręcił brzmienie i nadał kompozycjom ciężaru. Takiego ataku gitar na początek płyty ("Lost") nie było chyba od czasu pamiętnego "The Kiss". Dalej jest równie dobrze: pornograficzny i gęsty "Labyrinth", mknący radośnie "Before Three", mroczny i kosmiczny "Anniversary" czy wściekły do bólu "Us or Them". Pomiędzy nimi kilka zwykłych piosenek: "End of the World", "Alt.end" i "Taking Off" (przebojów z tego jednak nie będzie). Na deser zostawili genialny, 10-minutowy "The Promise" w którym to stopniowo narasta podskórna złość i wyśpiewany żal aż do wybuchu w finale. Rewelacja ! Jako koda płyty utwór "Going Nowhere" właściwie jedyny numer w starym klimacie. Płyta miała stanowić całość i dlatego niektóre jej edycje nie zawierają tego kawałka (Europie dali o ten 1 utwór więcej, Japończykom dali aż 3). Większość tych dodatków to typowe dla The Cure klimatyczne piosenki, których zabrakło na płycie. I dlatego ta płyta tak mi się podoba ! Gratuluje odwagi w redefinicji brzmienia i nagrania spójnego i zaskakującego albumu. Płyta pozwala mieć nadzieję, że grupa nie będzie odcinać kuponów od swoich dawnych dokonań (jak przy poprzedniej, rozrachunkowej płycie "Bloodflowers") lecz - jak to miała niegdyś w zwyczaju - będzie posuwać swoją muzykę wciąż do przodu. Podoba mi się kierunek jaki obecnie obrał zespół. Choć sukcesu komercyjnego mu nie wróżę. Zresztą fanów zespołu ten album podzielił. A ja im na to: "Boy's don't cry, ci faceci są już za starzy na mazgajstwo i listy przebojów bo i tak "It doesn't matter if we all die...".

[Marcin Jaśkowiak]