polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
KILLSWITCH ENGAGE The End Of Heartache

KILLSWITCH ENGAGE
The End Of Heartache

Przyznam się, iż nie spodziewałem się po Amerykanach aż tak dobrej płyty. Były dwa powody, dla których mogłem snuć takie błędne, jak się teraz okazało, przypuszczenia. Po pierwsze, i chyba najważniejsze, Killswitch Engage ma nowego wokalistę. I tak na dobrą sprawę powinien już w przedbiegach przegrać rywalizację z poprzednim krzykaczem - Jesse Davidem Leachem. Na "The End Of Heartache" jest jednak zupełnie inaczej. Śmiem twierdzić, że ten nowy nabytek - Howard Jones - trzyma równie wysoki poziom. Co więcej, z każdym kolejnym przesłuchaniem umacniam się w przekonaniu, że to właśnie Jones jest najmocniejszym ogniwem tej grupy. Po drugie, nie wiem jak to możliwe, ale nowa płyta śmiało kontynuuje wątki ze swojej doskonałej poprzedniczki "Alive Or Just Breathing" (2002). Killswitch Engage to nadal esencja szwedzkiej melodyki, masywnego brzmienia, metalcore'owych zagrywek i perfekcyjnie dopracowanego głosu, tym razem Howarda Jonesa. Amerykanie porażają wściekłością ("Take This Oath", "When Darkness Calls"), tworzą monumentalne budowle ("The End Of Heartache") i zapraszają do ogrodów wycieszenia ("Inhale", "And Embers Rise"). Promujący ten krążek utwór "Rose Of Sharyn" to doskonała wizytówka całej płyty. I może nie będzie to tak charakterystyczny kawałek jak "My Last Serenade" z poprzedniego albumu, ale to w tym przypadku ma naprawdę małe znaczenie. "The End." trzyma nadzwyczaj równy poziom i pozostawia daleko za sobą wiele zespołów, które myślą, że grają ciężką muzykę. Jeśli często sięgacie po "Natural Born Chaos" Soilwork czy "Heartwork" Carcass, uginacie kolana przed potęgą brzmienia "Burn My Eyes" Machine Head czy też dziełem skończonym "Slaughter Of The Soul" At The Gates, to nowa produkcja Killswitch Engage przyniesie niezapomnianą dawkę perfekcyjnego hałasu do waszego domu. Warto choćby uchylić drzwi.

[Marc!n Ratyński]