polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
ABRADAB Czerwony album

ABRADAB
Czerwony album

Pamiętacie taki przebój zaczynający się od słów: "Zdradliwa wena, raz jest, raz jej nie ma"? Ciekawe, czy autor tych wersów spodziewał się, że będzie prorokiem swego losu. Kiedy przeszło rok temu pojawił się singiel "Miasto jest nasze', wydawało się, że Abradab pozbawiony wsparcia Kalibra 44 i tak nagra dobrą płytę, może tylko nieco bardziej rozrywkową niż albumy zespołu. Ale minęło kilkanaście miesięcy, polski hip-hop w tym czasie jakby nieco ruszył do przodu i na dzień dzisiejszy "Czerwony album" nie jest specjalną atrakcją. Fakt, że z dawnych czasów pozostał Abradabowi świetny flow i niezrównany w skali kraju talent do seryjnie produkowanych wymyślnych metafor i porównań. Takie ozdobniki cieszą ucho, jednak nie są w stanie zrekompensować tego, że zarówno w sferze tekstów, jak i podkładów, "Czerwony album" zawiódł. Cóż z tego, że bity są autorstwa wielu producentów, skoro część z nich jest kompletnie sztampowa, a wyprawy reggea'owo-dubowe nie robią obecnie tak dużego wrażenia, jak rok temu, ponieważ zostały wchłonięte przez mainstream i spotkać je można na każdym kroku. Chociaż trzeba przyznać, że udział Gutka na wokalu i Banacha za konsoletą należą do najmocniejszych akcentów albumu. Niemniej jednak wakacyjna lekkość tej płyty może irytować, słychać, że Abradab skłonił się raczej w stronę zabawy i bezrefleksyjnej twórczości. W porównaniu do albumów Kalibra i kilku płyt, jakie pojawiły się na rynku chociażby w tym roku, teksty są po prostu puste, infantylne i płytkie. Ileż można nawijać o paleniu ze swoim ziomami i składać deklaracji o przywiązaniu do hip-hopowych zasad i tradycji, szczególnie jeżeli głównego autora wspomaga wątpliwej klasy gwiazda polskiej telewizji, wcale na dodatek nieobdarzona specjalnym talentem? No widocznie można, skoro się jednak tak bardzo chce zaprosić wątpliwej jakości kumpli, to proszę się nie dziwić, że muzycznie wychodzą z tego pomyłki. Generalnie rzecz biorąc, to gościnne wizyty raczej tę płytę rozcieńczają, niż wychodzą jej na dobre. Bo jeśli spełnić się mają słowa Tedego "To państwo jest nasze", to ja emigruję..

Jeżeli puścimy w niepamięć powyższe fakty, okaże się, że "Czerwony album" to niecałe czterdzieści minut sprawnego rymowania na wesołym podkładzie, obfitującego w słowne gierki autora -czasem okrutnie głupie - i skoczne bity. Ale zaglądając głębiej, widzimy, że treści kryje się w nim niewiele, lub prawie wcale, a elementów zaskakujących nie ma w ogóle. Szkoda, że Abradab postanowił wyjechać na "bounce, nie na wczasy", bo może dobry urlop na łonie natury pozwoliłby mu na ciekawsze refleksje, a nie jedynie na potrawę zbyt lekkostrawną i wpadającą jednym, a wylatującym drugim uchem. Może na wakacyjne imprezy ten album się nadawał, ale idzie jesień i lepiej posłuchać czegoś z tłustym bitem i solidną treścią. Niestety zawód.

[Piotr Lewandowski]