polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
The Necks Unfold

The Necks
Unfold

Z właściwą sobie regularnością Chris Abrahams, Lloyd Swanton i Tony Buck od dekady wydają nowe albumy zawsze w roku nieparzystym i tej tradycji staje się zadość. W kontekście samej zawartości płyty zrobili tym razem coś po raz pierwszy od lat kilkunastu, dzieląc cały materiał na cztery osobne kompozycje. Przynosi ten krok jedną z bardziej zróżnicowanych i intensywnych płyt Australijczyków, nie zachwycającą naturalnym flow, jakie stanowiło o hipnotyczności Drive By czy Open. Przy szerszej palecie wykorzystanych środków urok Unfold nie jest aż tak ewidentny i nie jest łatwo z miejsca się w nim zanurzyć. Tym bardziej, że to cztery różne historie, a sam fakt nieoznaczenia żadnej ze stron winylowego wydawnictwa,  narzucający słuchaczowi własny wybór kolejności odsłuchu, jest dość wymowny. Chociaż sam najwięcej uznania mam do tych wspomnianych jednoutworowych albumów grupy i pierwszy kontakt z Unfold łączy się z innymi emocjami, innym rodzajem skupienia, słucha się go świetnie. Trio – mam wrażenie – bardziej stawia na spontaniczność i żarliwość, mniej na chłodne, skupione i cierpliwe budowanie atmosfery.  Sama zwartość kompozycji ewidentnie też robi swoje, wpływając na dynamikę rozwijania się poszczególnych odsłon płyty. Organowy "Overhear" ma posmak lekko etniczny, brzmi chwilami w stylu Joshua Abramsa,  bardziej klasyczny dla grupy "Rise", dość trudny w odbiorze, nieco ponury i zawiesisty, przyniósł mi skojarzenia z Open, z kolei najbardziej kontemplacyjny na płycie "Blue Mountain" to najlepsze momenty z całego albumu, zwłaszcza w doskonałej kulminacji. Dopełnia całości "Timepiece" - bardzo ruchliwy, z kulminacją tym razem łagodniejszą. Na otwarcie czwartej dekady swej działalności The Necks wydają - jakżeby inaczej - bardzo dobry i intensywny album, którym oczywiście nic nikomu udowadniać nie muszą, bo w tym, co i jak robią, są wyjątkowi od lat.

[Marcin Marchwiński]