



Body Void zwrócili na siebie uwagę dość późno, bo dopiero w 2021 roku, po ukazaniu się trzeciego albumu Bury Me Beneath This Rotting Earth. Teraz przyjechali z najnowszym, jeszcze lepszym, Atrocity Machine.
Drone-noise-doomową fiestę rozpoczęła para utworów „Microwave”/ „Human Greenhouse”. Po rozbudowanym intro, kwartet rozpętał potężną gitarowo-perkusyjną nawałnicę, której siłę wzmacniały elektroniczne tła. Jeszcze bardziej bezkompromisowo, za sprawą sludge'owej surowości oraz szybkiej core'owej partii w drugiej jego połowie, wybrzmiał „Flesh Market”, którego następnie skontrastował powolny, masywny „Cop Show”. Zespół świetnie łączył tempa, a wyśmienitą formą wokalną imponował Willow Ryan.
Amerykanie konstruowali napięcie, grając utwór po utworze w tej samej kolejności, jak na płycie. Pod koniec najlepszego i najcięższego w całym zestawie „Divine Violence”, zaczęły przychodzić na myśl porównania do koncertowej siły uderzenia Conan, Primitive Man czy Sumac. Nagle, zamiast finału w postaci ponad dziesięciominutowego „Atrocity Machine”, na scenie rozbłysły światła, które niestety, oznaczały koniec koncertu. Koncertu, który trwał niecałe czterdzieści minut.
Szkoda. Pozostał niedosyt. W kategorii gitarowych headlinerów grających muzykę eksperymentalną w estetyce noise/ drone, Body Void przebił nawet Big Brave, który w 2019 roku przy okazji promocji A Gaze Among Them, przyjechał do Europy z koncertami trwającymi niecałe trzy kwadranse.
W rozmowie po koncercie muzycy przekazali, że jedynym miejscem na tej trasie gdzie zamierzają zagrać dłużej niż 38 minut ma być koncert podczas zbliżającego się Roadburn Festiwal. Tam zaprezentują płytę w całości.
[Dariusz Rybus]
[zdjęcia: Ewelina Kwiatkowska]