



Z każdą kolejną trasą, Converge przesuwa ciężar mocy z chaotycznego metalcore/ hardcore'u w stronę kompozycji rozbudowanych, mathcore'owych, zawierających coraz więcej elementów noise oraz sludge. Fascynujący, pełen dysonansów, wykonany z matematyczną precyzją „Arkhipov Calm”. Fantastycznie buzujący, połamany „I Can Tell You About Pain”. Powolny, potężnie rozrastający się „Predatory Glow”. Podkręcony, wręcz metaliczny „Dark Horse” i najlepszy z możliwych ich kontrast w postaci „Worms Will Feed/ Rats Will Feast”. Nie mogło oczywiście zabraknąć cudownego tumultu klasyków „Concubine” i „Axe to Fall”, a w dogrywce prawdziwa miazga. Para „First Light”/ „Last Light” oraz eksplodujący, najmocniejszy z całego zestawu „The Broken Vow”. Łącznie osiemnaście utworów. Magia. Pierwszy plan tego wieczoru? Genialny Kurt Ballou. Było inaczej, ale niemal tak samo dobrze, jak w 2010 roku, kiedy w tej samej miejscówce, promowali genialnego Axe to Fall (cóż to był za wieczór, z będącą w swojej szczytowej formie Kylesą i Gazą na supporcie).
Tym razem w roli supportu, w nieco ponad półgodzinnym wyjściu, wyśmienicie zaprezentował się hardcore/ noise/ grindcore'owy Full of Hell. Zaczęli od streszczenia najlepszego Trumpeting Ecstasy (sześć utworów). Doznania płynące z odsłuchu zestawu par „Halogen Bulb”/ „Branches of Yew” oraz „Crawling Back to God”/ „Gnawed Flesh” na żywo powalają. Potem przyszła pora na kolosalnego „Silmaril”, po czym Amerykanie zanurzyli się w kilku kawałkach z Garden of Burning Apparitions, z których najbardziej rozgniótł „Celestial Hierarch”. Ekstremalne eksperymenty Dylana Walkera i spółki w wersji koncertowej nabierają zaskakująco niezwykłej, bogatej w wątki przestrzeni, w czym główna zasługa fenomenalnego bębniarza Dave'a Blanda.
Grono najbardziej podziwianych tego wieczoru otworzył jednak inny perkusista. Niezwykle towarzyski, rozchwytywany w holu, słynny Igor Cavalera imponował, ale duet Petbrick, którego współtworzy z Wayne'm Adamsem, jako całość wypadł średnio. Industrial noise zaprezentowany m.in. na ostatnim Liminal na żywo w jeszcze większym stopniu rozszczepiał i niepotrzebnie kontrastował grę obu muzyków. Grę, której nie były w stanie ratować żadne wokalne dodatki.
[Dariusz Rybus]
[zdjęcia: Ewelina Kwiatkowska]