polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Amyl and The Sniffers
berghain | berlin | 09.11.22

Całkowity zakaz robienia zdjęć czy nagrywania choćby najkrótszych filmików. Brak opcji photo-passa zarówno u organizatorów koncertu, jak i u zarządzających samym klubem. Pieczołowita kontrola przy wejściu, zaklejanie aparatów w smartfonach, potem rozmowa instruktażowa z członkiem teamu, który podlega zbierającym bardzo skrajne opinie bouncerom. Tutaj obowiązuje tylko ta jedna restrykcja, jeśli ją złamiesz wylatujesz. Wszystko jest jasne.
W industrialnych wnętrzach, słynącego z imprez techno oraz z tzw. dark roomów Berghain, co jakiś czas wpada się w chmury siwego, mającego jamajsko-libańską charakterystykę, dymu. Parę osób paraduje w stylizacji topless, kilka innych wykazuje tylko chwilową potrzebę ekshibicjonizmu. Wspólne toalety, wydzielone miejsca do leżenia oraz ciemne zaułki budują dość specyficzną, swobodną atmosferę klubu.
W końcu, po przeciętnym wyjściu C.O.F.F.I.N., na scenie zameldowało się Amyl and The Sniffers. Po fenomenalnym, przełomowym 2019, Australijczycy dopiero w tym roku mogli w pełnym wymiarze podołać popytowi, jaki powstał po ich niezwykłych występach sprzed pandemicznej przerwy. Wyprzedane od wielu tygodni sale robią wrażenie, ale dla zgromadzonych w Berghain najważniejsze tego wieczoru było to, że nie ma żadnych barierek pod sceną.

Kwartet zagrał bardzo skonsolidowany i żywiołowy godzinny koncert, na który złożyło się około dwudziestu utworów. Zważywszy na fakt, że w całej swojej dyskografii mają ich ze trzydzieści, to nie wiele zabrakło, aby zaprezentowali wszystko, co dotychczas wydali. Najlepiej wypadły oczywiście te najbardziej bezkompromisowe, punkowe „Some Mutts (Can't Be Muzzled)”, „Got You”, „Maggot”, „Security”, „Freaks to the Front” oraz „GFY”, ale przez doskonale zbalansowaną setlistę nawet te bardziej pub-rockowe pozycje się obroniły. W dobrej formie wokalnej oraz fizycznej była główna sprawczyni zamieszania, Amy Taylor. Z tłumu na scenę, przez te cztery kwadranse do stage divingu wdrapywało się łącznie kilkadziesiąt osób. Trzeba mieć w sobie dużo przysłowiowej krzepy żeby pewne sytuacje okiełznać, a przecież do postury, na przykład Grega Puciato, jest jej daleko. Muzycznie, tego wieczoru rolę lidera pełnił perkusista Bryce Wilson. Przy paru utworach większą inicjatywą mógłby wykazać się gitarzysta Dec Martens, ale w sumie to drobny detal.

Reasumując, czwórka z Melbourne znowu narobiła szumu. Trudno powiedzieć na ile płyt i tras, przy tej intensywności, starczy im sił. Na pewno, aby utrzymać intensywność doznań, będą musieli następnym razem znowu czymś zaskoczyć i mam nadzieję, że na ewentualnym nowym albumie wybiorą mocniejszy, hard-core punkowy kierunek.

[Dariusz Rybus]

[zdjęcia: Ewelina Kwiatkowska, Dariusz Rybus]

Berghain [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Info [fot. Dariusz Rybus]
Info [fot. Dariusz Rybus]