polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

TOOL / Fiend
O2 Arena | Praga | 04.06.19

Równo dwie godziny i dwie minuty trwało misterium z jakim na najnowszej, pierwszej od 2007 roku, trasie w Europie pojawił się Tool. Jego główna część składała się z dziesięciu pozycji, z których pierwsza siódemka wywołała ekstremalnie skrajne odczucia. Potem, podobnie jak na najlepszych w swojej historii koncertach, czyli świeżo po wydaniu Lateralus, kwartet zarządził krótką przerwę, po której wrócił na soczysty finał.

Całość rozpoczęło „Third Eye Intro”, po którym wybuchła potężna „Ænema”. Włóczyłem się trochę za Toolem na początku lat dwutysięcznych, ale takiej siły jak tego wieczoru ten utwór jeszcze nie prezentował. Okazało się, że wypunktowany z wielką pasją fragment wokół „Fuck retro anything. Fuck your tattoos. Fuck all you junkies and Fuck your short memory. Fuck L Ron Hubbard and Fuck all his clones (...)” nie tylko pozostaje wciąż aktualny, ale ma jeszcze większą moc niż prawie dwie dekady temu. Tym bardziej, na tle tego intensywnego i cudownie surowego otwarcia, bardzo miałko wypadł słaby, zbyt skoczny „The Pot”. Basowa radosna hulanka z pozbawionymi zacięcia zwrotami znacznie ostudziła wysoką temperaturę inauguracji, którą następnie znowu szybko podgrzała para „Parabol/ Parabola”. MJK przez cały koncert był w wybornej dyspozycji wokalnej, ale wydarcie przy „Alive, I” wykraczało poza jakąkolwiek skalę porównań. I znowu nastąpił drastyczny dół. Odbiór na żywo „Descending” miał wnieść nowe świeższe spojrzenie na dość zawiłą, ale znaną tylko z Youtube, kompozycję. Miał „otworzyć umysł” na ewentualne nowe jej perspektywy. Niestety wersja live tylko potwierdziła, że utwór umiera w okolicach siódmej minuty, natychmiast po rozbudowanej solówce Adama Jonesa. Dalsze drążenie tematu było totalnie bezcelowe i co gorsza, bardzo nużące. Od razu bezlitośnie skontrastowała go także rewelacyjnie rozszerzona wersja „Schism”. Zwolniony, wielowarstwowy, niebywale głośny z każdą minutą wzmagał koncentrację, a cierpliwie konstruowane przejścia z jednej partii w kolejną stawały się źródłem coraz większej ekscytacji. Gdy wydawało się, że wykreowanego w tak wspaniały sposób napięcia nic nie jest w stanie zburzyć wystartował „Invincible”. O ile „Descending” przejawiał jeszcze jakieś oznaki życia, tak drugi z najnowszych utworów był zdecydowanie najsłabszą, i to nie tylko tego wieczoru, partią Amerykanów. Posklejany z kilkunastu różnych motywów, pozbawiony jakiejkolwiek energii, nieznośnie zapętlał się drażniąc zwłaszcza w tych najwolniejszych, najbardziej rozlazłych odcinkach. Rzecz totalnie wtórna. Szkoda. Całe szczęście po tym niespotykanym rollercoasterze, nastała najmocniejsza część koncertu. Rzadko grywany, fantastyczny „Intolerance” był już popisem dużej klasy Justina Chancellora. Następnie bezkompromisowa końcówka z Keenanem w roli głównej przy „Jambi”. A na koniec regularnej odsłony - z najlepszej płyty kwartetu, wbijający w ziemię najlepszy tego wieczoru, walcowaty, wprost genialny „Forty Six & 2”. Nareszcie prawo serii. Wielka moc!

Po dającej wytchnienie 12-minutowej przerwie na scenie zameldował się Danny Carey. Perkusyjna solówka połączona z elektronicznymi dodatkami okazała się dobrym otwarciem finału, w którym z ciekawym długim intro w ramach rozbudowanego „Vicarious” zaprezentował się znakomity Jones. Była to, po „Ænema”, „Schism” i „Forty Six & 2”, najbardziej spektakularna część setu. Głośny megafon Keenana, mocne podbicia, zwroty, cięcia – zwłaszcza w tym fragmencie można było poczuć doskonałe nagłośnienie praskiej hali. A na koniec dłuższa wersja niezwykłego, fenomenalnego na żywo „Stinkfist”.

Siłą powrotnej trasy Toola miała być nowa muzyka i nowa oprawa graficzna. Z tych dwóch elementów tylko grafika spełniła swoją rolę. Trochę szkoda, że zespół wykorzystał marketingowe zamieszanie związane z długim okresem absencji w Europie, tylko po to by zaprosić na koncert z setlistą typu „the best of+dwie nowości”, która to pozostawiła pewny niedosyt. Z drugiej jednak strony jeśli nowy album ma składać się z sześciu-siedmiu tasiemców takich jak „Descending” czy „Invincible” to występ z tymi starociami warty był przywołania pięknych wspomnień, stanowiąc jednocześnie miłą formą pożegnania, z było nie było wyjątkowym zespołem.

Supportem Toola był francuski Fiend z niezłą ostatnią płytą Seeress (projekt znanego z Senser Heithama Al-Sayeda). Zespół skupiony na rozbudowanych partiach perkusji i dominujących na pierwszym planie wokalach, w lepszych fragmentach przypomniał mieszankę Melvins i Shrinebuilder. Niestety owych momentów nie było zbyt wiele ponieważ kwartet, kosztem masywnych gitarowych spięć, za bardzo postawił na wirtuozerskie zagrywki, co w sumie w około 35-minutowej odsłonie bardziej rozpraszało, aniżeli rozgrzewało przed wyjściem Amerykanów.

[Dariusz Rybus]

Tool
Tool
Tool
Tool